Kamil Biliński: Ludzie mogą myśleć, co chcą, ale...

    Kamil Biliński: Ludzie mogą myśleć, co chcą, ale imprezowiczem nie byłem [WYWIAD]

    Jakub Guder; Twitter - @JakubGuder

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Kamil Biliński: Ludzie mogą myśleć, co chcą, ale imprezowiczem nie byłem [WYWIAD]
    Kamil Biliński, nowy napastnik Śląska Wrocław, opowiedział nam o negocjacjach ze Śląskiem, swoich ambicjach i planach oraz wyjaśnił, dlaczego ludzie niesłusznie przykleili mu łatkę imprezowicza.
    Kamil Biliński: Ludzie mogą myśleć, co chcą, ale imprezowiczem nie byłem [WYWIAD]
    Zapewne zmienił się Pan, od kiedy ostatnio grał w Śląsku. Jaki jest teraz Kamil Biliński?
    Kamil Biliński ma 27 lat, żonę i prawie dwuletniego syna. To dużo zmienia.

    Pytam o to, bo parę lat temu przylgnęła trochę do Pana łatka imprezowicza.
    Nie chce mi się tego komentować. Jako młody chłopak poszedłem raz czy drugi na miasto, ktoś mnie mógł zobaczyć i łatka została. W ten sposób do każdego może przylgnąć taka opinia, nawet po jednym wyjściu.
    Ktoś wypije jedno piwo, na które może sobie pozwolić i ludzie powiedzą, że jest pijakiem. Tak to wygląda. Każdy może sobie myśleć w Polsce jak chce, to wolny kraj. Ja się z tym nie zgadzam. To, że jako młody chłopak wyszedłem na dyskotekę, nie oznacza, że szukałem tylko okazji, by się pobawić.

    Urządził się Pan już od nowa we Wrocławiu? Ma Pan tu swoje mieszkanie?
    No właśnie nie – nie mam tu nic. Póki co mieszkam u rodziców, bo spraw do załatwienia jest teraz dużo. Oczywiście chcę ściągnąć żonę z synem. Mam rodzinę, a nie mam nawet samochodu (śmiech). Jak wyjeżdżałem z Polski, to sprzedałem auto. Teraz to wszystko trzeba w najbliższym czasie pozałatwiać.

    Dużo się zmieniło, od kiedy wyjechał Pan z Wrocławia?
    Jeśli chodzi o znane twarze w drużynie, to zostali tylko Piotrek Celeban, Mariusz Pawelec i Krzysiek Ostrowski. Zmieniło się wiele – zaczynając od szatni, poprzez sztab szkoleniowy, aż do tego, że drużyna gra na nowym stadionie. W jakimś stopniu te zmiany mi się podobają. Do tego trzeba dodać podejście trenerów i sztabu szkoleniowego. Dlatego wróciłem do Wrocławia.

    Już jakiś czas temu rozwiązał Pan kontrakt z Dinamem. W jakiej jest Pan formie?
    Zagrałem w sezonie 33 mecze, do tego kilka pucharowych. Opuściłem tylko jedno spotkanie. Po sezonie miałem osiem dni przerwy, a potem obóz przygotowawczy, na którym ciężko pracowałem. Wtedy zaczęły się problemy związane z moją przyszłością. Wówczas trochę straciłem, bo nawet jeśli trenujesz mocno sam, to nie jest to samo, jak ćwiczenia z drużyną, z piłką. Czuję, że mam tu jakieś braki, ale to można szybko nadrobić. Zobaczymy, czy zadebiutuję w czwartek. Wszystko zależy od trenera. Czuję się dobrze, chociaż nie wiem, czy będę w stanie wytrzymać 90 min. To się okaże. Sam jestem ciekaw.

    Trenerowi Tadeuszowi Pawłowskiemu zachwalał Pana bardzo Łukasz Becella, który pamiętał Pana jeszcze z czasów Ryszarda Tarasiewicza.
    Trener Łukasz był moim pierwszym szkoleniowcem w Śląsku. Razem z nim pracował też Paweł Barylski. To oni przygotowywali nas do roli przyszłych piłkarzy... Właściwie to zawodników, bo piłkarze to są na tym wyższym poziomie, do którego trzeba dążyć (śmiech). Kiedy pojawiła się informacja, że rozwiązałem kontrakt w Bukareszcie, to jako pierwszy do mnie zadzwonił i powiedział, że chciałby, żebym wrócił i że zrobi wszystko, aby tak się stało. Za chwilę był telefon od trenera Pawłowskiego i tak to się zaczęło nakręcać. Negocjacje były trudne. Musieliśmy ustalić wiele rzeczy, żeby mój powrót tutaj miał sens. No ale do późnych godzin nocnych udało się zakończyć rozmowy (śmiech).

    Był taki moment, kiedy wszyscy mówili, że Kamil Biliński zagra jednak w Lechii Gdańsk. Tak faktycznie było? Pojawił się jakiś kryzys w negocjacjach?
    Tak. Miałem naprawdę bardzo dużo ofert z różnych części świata.

    Kierunki arabskie też?
    Też. Była również propozycja ze Stanów Zjednoczonych. Były oferty lepsze i gorsze finansowo. Miałem z czego wybierać. Raz bliżej mi było do jednego klubu, innym razem do drugiego. Na początku oferta Śląska była średnio zadowalająca i czekaliśmy, jak dalej potoczą się negocjacje. Wszystko zadecydowało się, gdy przyjechałem do Wrocławia na dwa dni, żeby odwiedzić rodzinę i prezesi nie chcieli mnie już puścić (śmiech). Przyjechałem na dwa dni, a zostanę dwa lata (śmiech). Gdy byłem na trybunach podczas z meczu z Celje, to w klubie stwierdzili wtedy, że musimy się dogadać. Oczywiście nikt mnie pod ścianą nie postawił. Sam też się nie wpraszałem, ale czułem, że wszyscy są we Wrocławiu zainteresowani moim powrotem. Usiadłem więc kiedyś, zacząłem analizować i stwierdziłem, że to wszystko ma sens. Uznałem, że mogę się tu dalej rozwijać. Nie wracam dlatego, że chcę już zostać na stałe we Wrocławiu, do końca przygody z piłką. Chcę pomóc Śląskowi, ale też chcę, by WKS pomógł mi się dalej rozwijać.

    27 lat, jest Pan w najlepszym wieku dla napastnika. Nie pojawiła się taka myśl, że może to za wcześnie, by wracać do polskiej ligi?
    Spędziłem trzy owocne lata zagranicą. Wyjeżdżając z Polski bardzo się rozwinąłem pod każdym względem. Teraz jestem lepszym zawodnikiem. Pewnie trochę osób pomyśli, że przychodząc do Śląska robię krok w tył, ale ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Moja droga jest zawiła, ale cały czas robię kroki do przodu. Nie wracam do Śląska, który buduje swoją markę, ale do klubu, który ma już renomę i jest jednym z najlepszych zespołów w Polsce. Chce tu o coś walczyć. Trener też o tym mówi. Chcę też by na oku miał mnie trener reprezentacji Polski. Stać mnie na to, bym dostał szanse w kadrze i spełnił w ten sposób swoje marzenia.

    Pana przypadek jest inny niż piłkarzy, którzy w ostatnim czasie sprowadzani są do Śląska. Sytuacja finansowa jest taka, że we Wrocławiu zatrudniają zawodników albo mało znanych, albo z ciekawym CV, ale wracających po kontuzji. Pan jest tymczasem na fali – grał Pan z powodzeniem zagranicą, strzelał Pan bramki. Oczekiwania wobec Pana są bardzo duże.
    Jeśli bałbym się presji, to nie grałbym w piłkę. Na Litwie czy w Rumunii potrafiłem sobie wywalczyć mocną pozycję. W Dinamie byłem w kilku spotkaniach kapitanem. To oznacza, że nie obawiam się presji i ktoś był mi w stanie zaufać. Mam 27 lat, a nie 19. Wtedy mogłem czuć presję. W tej chwili mój bagaż doświadczeń jest ogromny. Oczywiście ludzie patrzą na mnie w ten sposób, że wraca „swój”, a do tego strzelał zagranicą bramki. Trzeba sobie jednak stawiać wyzwania.

    Z Dinama odszedł Pan przede wszystkim ze względów finansowych?
    Złożyło się na to wiele czynników. W poprzedniej rundzie prezes zainwestował sporo pieniędzy, ściągnął dużo zawodników. Liczył, że udźwigniemy presję i awansujemy do europejskich pucharów. Wcześniej wyniki były różne. Na początku maja UEFA zadecydowała jedna, że Dinamo w kolejnych dwóch latach nie dostanie licencji na grę w Europie. Wtedy skończył się jakiś etap w klubie. Prezes zredukował finansowanie, postawił na zawodników z mniejszymi kontraktami, a pozostali byli odsuwani. Przez 3-4 miesiące nie dostawałem też wypłaty. Zobaczyłem również, że już raczej się tam nie rozwinę. Moje odejście było więc sumą kilku czynników.

    Jest Pan w stanie porównać poziom ligi rumuńskiej do polskiej?
    Trudno mi to zrobić. Zagrałem kilka meczów w naszej ekstraklasie, ale wydaje mi się, że od tego czasu poziom w Polsce poszedł jednak trochę w górę. Po Euro 2012 liga zyskała też pod względem marketingowym. Myślę, że tutaj jest więcej taktyki. W Rumunii – więcej techniki i przygotowania fizycznego. Poziom był przyzwoity.

    A jak Dinamo wyglądało organizacyjnie?
    Dopiero pod koniec mojego pobytu trochę się to popsuło. Wcześniej miałem świetne warunki do trenowania. Pod każdym względem czułem się jak zawodowiec. Widzę, że we Wrocławiu wiele rzeczy się pod tym względem zmieniło i Śląsk trzyma poziom europejski. To jest świetne.

    Ma Pan żal do trenera Ryszarda Tarasiewicza, że nie dał Panu więcej szans do gry w pierwszym składzie, a do ówczesnego zarządu, że w pewnym momencie tak łatwo się Pana pozbyto?
    Oczywiście z tyłu głowy coś tam siedzi. To był też jeden z czynników, który jakoś wcześniej mnie blokował, jeśli chodzi o powrót. Mały żal może kiedyś był, ale teraz już go nie ma. Obecnie Śląsk to inny klub – jest inny zarząd, inny sztab szkoleniowy. Wiele się zmieniło. Nie można tego porównywać. Cieszę się ze wszystkiego, co osiągnąłem. Z drogi, którą pokonałem, by dojść do tego punktu. Staram się nie patrzeć w przeszłość, ale raczej do przodu. Wierzę, że może być jeszcze lepiej.

    Wypożyczenia do Znicza, Polkowic i Wisły Płock były dla Pana trudnymi momentami? Całe piłkarskie życie spędził Pan przecież we Wrocławiu, aż tu nagle został Pan rzucony do Pruszkowa...
    Po rozmowie z trenerem Tarasiewiczem doszliśmy do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie, gdy na pół roku trafię do I ligi. Chodziło o to, żebym więcej grał i nadal się rozwijał. Do pewnego momentu wszystko było fajnie. Zagrałem tam chyba 11 meczów, strzeliłem bodajże cztery bramki. Myślałem że wrócę i dostanę większą szansę w Śląsku. Tymczasem pojawiła się decyzja, że mam być dalej wypożyczony. Tym razem do Polkowic. Ten moment jakoś wszystko we mnie zburzył. Niezbyt miło wspominam pół roku w Polkowicach. Później poszedłem jednak do Płocka, a tam już worek z bramkami się rozwiązał i mam nadzieję, że jak najdłużej tak zostanie.

    Gdy wyjeżdżał Pan na Litwę sporo osób pukało się w czoło, mówiąc że to krok w tył.
    Ja uważam, że to był krok w bok. Miałem dzięki temu nabrać więcej doświadczenia i na dzień dobry dostałem Ligę Europy. Zdobyliśmy w pierwszym sezonie wicemistrzostwo, a potem mistrzostwo kraju, a ja w sumie zagrałem w 10 meczach europejskich pucharów. Nikt też nie wie, dlaczego udało się odejść do Żalgirisu, a nie gdzie indziej. Nie chcę już tego komentować. Oczywiście – obawy były, bo pierwszy raz wyjeżdżałem grać zagranicę. Trzeba było mieć jednak twardą d... Ten ruch dał mi mocnego kopa, po którym wystrzeliłem do góry.

    Teraz na koszulce grać Pan będzie z nr 19, tak jak Marco Paixao. On przed sezonem mówił, że chce na przykład strzelić 20 bramek. A Pan?
    Nigdy sobie czegoś takiego nie zakładam. Będę pracował nad tym, żeby trafiać jak najczęściej i dać dużo radości kibicom Śląska. Jako napastnik z pewnością będę rozliczony z goli. Nie pokuszę się o to, żeby jak Marco powiedzieć, że strzelę 20 bramek. On dużo osiągnął, ale ja mam swoje myślenie, a on miał swoje. Teraz przyszedłem ja i dużo spoczywa na moich barkach. Zrobię wszystko, by być jego godnym następcą.

    >

    Czytaj także

      Komentarze (4)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      powrot

      asf (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 29 / 3

      Milo posluchac rozsadnego, pewnego swoich umiejetnosci pilkarza. Wroclaw liczy na swoich utalentowanych wychowankow. Trzeba dawac szanse ambitnym pilkarzam z regionu. Nie wolno tracic takich...rozwiń całość

      Milo posluchac rozsadnego, pewnego swoich umiejetnosci pilkarza. Wroclaw liczy na swoich utalentowanych wychowankow. Trzeba dawac szanse ambitnym pilkarzam z regionu. Nie wolno tracic takich pilkarzy jak Bilinski. Wspaniale, ze podjal decyzje o powrocie. Przywitajmy go serdecznie na stadionie.zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Bramek nie strzela się

      "zagranicą" (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 3 / 5

      tylko nogą albo głową, panie "redaktorze":)

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Witamy

      mc (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 26 / 3

      Twierdza Wrocław wita ...daj nam dużo radości ,powodzenia

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      :)

      :) (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 35 / 3

      powodzenia Kamil ! życzę tytułu króla strzelców i mistrzostwa :)

      Gry On Line - Zagraj Reklama