Poszedłem do lekarza pierwszego kontaktu. Po co? Głupie pytanie - nadszedł mój termin.
Bo to jest tak. Od kilku dobrych lat zmagam się z klasyczną w moim zawodzie chorobą - nadciśnieniem. Żeby sprawnie funkcjonować, muszę regularnie brać tabletki. Od lat te same, od lat w tych samych dawkach. Ponieważ pan doktor może przepisać określoną tabletek ilość, kiedy od niego wychodzę, od razu idę do rejestracji, żeby zapisać się na kolejną wizytę. Czasem (nawet częściej) proszę żonę, żeby to ona poprosiła doktora o nowe recepty.
I tak to leci.
Wszedłem do gabinetu i natychmiast zauważyłem, że coś jest nie tak. Bo pan doktor zaczął do mnie mówić po łacinie. Nie, nie. Tej klasycznej, Owidiuszowej. A wiem już, że kiedy doktor zaczyna używać łaciny, musiało zdarzyć się coś, co go dotknęło do żywego.
- Koniec wypisywania i wydawania recept per procura - rzucił w moją stronę i spod sterty kart pacjentów wyciągnął urzędowe pismo.
A w piśmie jak byk: "Lekarz orzeka o stanie zdrowia określonej osoby po uprzednim osobistym jej zbadaniu". I dalej: "Wystawianie recept bez osobistego zbadania pacjenta, tj. nie w ramach porady lekarskiej, w trakcie której lekarz przeprowadza i dokumentuje powyższe czynności, stanowi generowanie nienależnej refundacji ze środków publicznych, których dysponentem jest Narodowy Fundusz Zdrowia".
Zacząłem szperać. Jak naprawdę jest na Mazowszu? Źle jest...- To wiemy, panie doktorze, gdzie jest pies pogrzebany - rzuciłem.
- Nie do końca wiemy, proszę pana. Wiemy, że nie wydamy recepty dla pana pańskiej żonie, co akurat może nie jest aż tak istotne, ponieważ pan jest pacjentem chodzącym - skomplementował mnie doktor - ale nie wydamy też recepty np. córce obłożnie chorej staruszki, która musi regularnie zażywać insulinę, o czym wiem od lat.
- Więc?
- Więc będę ograniczał swój dyżur w przychodni, żeby wsiąść w auto i udać się do pani chorej na cukrzycę, żeby "przeprowadzić i udokumentować powyższe czynności". W ten sposób odwiedzę z 6 osób, które przyjąłbym w przychodni przez godzinę.
- Ale dlaczego tylko 6?
- Żeby "nie generować nienależnej refundacji ze środków publicznych". Pan zapłaci mi za nadgodziny?
- To jakaś bzdura - powiedziałem i wczytałem się w urzędowe pismo. I olśniło mnie.
- Panie doktorze, to jest pismo pani dyrektor mazowieckiego NFZ. Nas - narodowości dolnośląskiej, że użyję modnego określenia, nie dotyczy!
- A niby skąd jest mazowiecka pani dyrektor Barbara Misińska? Dzisiaj dotyczy Mazowsza, jutro nas!
Nie ukrywam, że wyszedłem od doktora podłamany. Ale zacząłem szperać. Jak naprawdę jest na Mazowszu. Źle jest. Protesty są. Nawet Ministerstwo Zdrowia powiedziało, że to zarządzenie nie obowiązuje. Ale mazowieckie przychodnie czekają, aż pani dyrektor ogłosi w internecie specjalny komunikat. - Nie będzie nowego komunikatu. Zdjęcie poprzedniego ze strony jest równoznaczne z odwołaniem - powiedziała Barbara Misińska, dyrektor mazowieckiego NFZ "Gazecie Stołecznej".
A ja tak sobie myślę, od czego gorsza jest nadgorliwość.