- Każdy przychodzi na świat z bagażem doświadczeń dziadków i rodziców. Z czasem dochodzą jeszcze własne przeżycia. I może się zrobić naprawdę ciężko... - mówi Mikołaj Łoziński, pisarz, autor książki "Książka"
Dlaczego opowieść inspirowana dziejami Pana rodziny nosi tytuł "Książka"? Wyobraża Pan sobie kogoś, kto przychodzi do księgarni i pyta: "Czy jest »Książka«"?
(śmiech). Starałem się opowiedzieć historię polsko-żydowskiej rodziny w XX wieku też poprzez przedmioty. W takich rodzinach nie ma ciągłości przedmiotów, nie ma zastaw stołowych, które przechodził-by z pokolenia na pokolenie. Wojnę przeżyły tylko najprostsze przedmioty: klucze, fifka, okulary. Tytuł każdego rozdziału to jeden przedmiot. Kiedy napisałem całość, zrozumiałem, że ta książka automatycznie stanie się jednym z przedmiotów rodzinnych, które w niej opisuję. I dlatego nazwałem ją "Książka".
Zależało mi też, żeby miała ładną okładkę - żeby sama w sobie była ładnym przedmiotem.
Przedmioty są ważne w Pana życiu?
Okazało się że tak. Pisałem o nich przez ponad cztery lata.
We wrocławskim spektaklu "Transfer", opowieści o historycznych wypędzeniach, współczesny Niemiec pakuje małą walizkę, przygotowany na możliwość szybkiej ewakuacji. Tego nauczyła go historia. Z takim minimalizmem posiadania najpotrzebniejszych przedmiotów kojarzy Pan dzieje swojej rodziny?
Wydaje mi się, że każdy przychodzi na świat z bagażem doświadczeń dziadków i rodziców. Z czasem dochodzą jeszcze własne przeżycia. I może się zrobić naprawdę ciężko. Postanowiłem zajrzeć do tego bagażu. Zobaczyć, co jest w środku. Może coś da się przepakować albo wyrzucić, żeby było lżej iść dalej.
Bardzo dyskretnie zaznacza Pan żydowskie korzenie rodziny. Pisze Pan, że po 1968 roku ktoś kupował już mniej mięsa, bo część rodziny wyjechała.
Pisząc, wyobrażam sobie przyszłego czytelnika jako kogoś inteligentniejszego ode mnie, dla którego muszę się bardzo postarać. Dlatego nie piszę wprost, staram się unikać ogranych klisz i łatwych odpowiedzi. Zależy mi, żeby zostawić dużo miejsca dla czytelnika, żeby mógł wypełnić je sobą, swoimi uczuciami i doświadczeniami. W "Książce" małą historię rodziny próbowałem wpisać w dużo większą drugiej wojny światowej, komunizmu, marca 1968, stanu wojennego, aż do dzisiaj.
Te rodzinne węzły są często poplątane, a mimo to zdaje się Pan uważać, że rodzina jest najważniejsza w życiu. Nawet dla tych, którzy chcą się od niej odciąć?
Ciężko jest odciąć się od rodziny. Myślę, że próba odcięcia się jest znakiem związania i uwikłania.
Pana ojciec Marcel Łoziński i brat Paweł są dokumentalistami. Nie chciał Pan iść ich śladami?
Nie, nie umiałbym.
Ale trochę jest Pan dokumentalistą, skoro napisał Pan historię swojej rodziny.
To nie jest dosłowna historia mojej rodziny. Ale jest nią inspirowana. W "Książce" jest parę prawdziwych elementów, ale ponieważ reszta jest fikcją, prawdziwe elementy też stają się fikcją. Zależało mi, żeby pokazać moją prawdę o tych ludziach - ich związkach, uczuciach, wyborach - żyjących w trudnych i ciekawych czasach.
I efekt jest taki, że rozdziały zaczynają się stwierdzeniami Pana bliskich: "mam nadzieję, że nie napiszesz...".
Kiedy cztery lata temu zacząłem pisać "Książkę", rodzina się bardzo ucieszyła. Przynosili mi zdjęcia, pamiątki, opowiadali historie. Z czasem ich nastawienie się zmieniło. Zaczęli żartować, że stałem się niebezpieczny, że trzeba przy mnie uważać, co się mówi. Zaczęli nawet mówić mi, o czym mam nie napisać. Postanowiłem umieścić te próby cenzurowania mnie w "Książce" jako jej warstwę współczesną. Myślę, że "Książka" jest nie tylko opowieścią o rodzinie, ale o tym, jak się pisze historię rodziny.
Trudno?
Strasznie, ale mi w ogóle pisanie przychodzi bardzo trudno.
Ojciec i brat są artystami. Zostawiacie sobie wzajemną swobodę życiową i artystyczną?
Jasne. Obawiałem się reakcji rodziny na "Książkę". Ale mam wrażenie, że ona zbliżyła nas do siebie, a tata powiedział, że jest dumny z tego, że mógł być pierwowzorem jednego z bohaterów.
W "Książce" dziadek ze strony matki był pułkownikiem w Służbie Bezpieczeństwa. Pisze Pan o nim z dystansem, nie oceniając go. Brak stawiania łatwych ocen to cecha młodości. Pan nie ocenia ludzi?
Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby zrozumieć, a nie osądzać. Może dlatego rozdział o pułkowniku zajął mi ponad rok. Staram się nie oceniać, ale chyba lepiej mi to wychodzi w pisaniu niż w życiu.
Pisze Pan o pośpiechu, w którym nieustannie żyje współczesny człowiek. Tego przykładem jest opisany przez Pana ojciec. A Pan pisał cztery lata, bez pośpiechu, jakby na przekór własnej teorii.
Długo szukałem przedmiotów, pisałem wolno, dużo poprawiając i wyrzucając. Starałem się napisać "Książkę" najlepiej, jak potrafię. Chciałem, żeby forma rozdziałów był różnorodna. W "Paczkach" musiałem wymyślić styl listów babci do przyjaciółki mieszkającej we Francji. Babcia pisze głównie o rodzinie i prosi o przysłanie paczek z produktami, które w latach 80. trudno jej był dostać w Polsce: salami, żółty ser, garnki. Te listy są pisane długimi, trochę skomplikowanymi zdaniami. Kiedy skończyłem ten rozdział, długo nie mogłem pisać inaczej. Potrzebowałem trochę czasu, żeby wrócić do swojego, dużo prostszego, stylu.
Rozmawiał Pan o książce w czasie jej powstawania?
Z wieloma osobami. Mam przyjaciół, którzy moim zdaniem znają się na pisaniu. Mam do nich zaufanie i często pytam ich o zdanie. W czasie pisania "Książki" przeczytałem też dużo książek historycznych o Polsce i historii XX wieku. Chciałem mieć pewność, że to, o czym piszę, jest wiarygodne.
W "Książce" przewija się motyw opuszczenia, samotności. Jak ważny jest w Pana życiu?
Bardzo.
Nie eksponuje Pan skandali, nie czerpie informacji z gazet. Pisze Pan prostym stylem, niewzbudzającym u czytelnika gorączki.
Po prostu lubię tak pisać nie wprost, zostawiając dużo miejsca dla czytelnika. Staram się unikać zbędnych słów.
Jest Pan też autorem "Bajek dla Idy". Napisał je Pan dla konkretnego dziecka?
Tak, właśnie dla Idy - młodszej córki mojego brata. Pierwszą bajkę dostała ode mnie na swoje dziewiąte urodziny. Miałem mało pieniędzy, kupiłem jej trochę badziewną grę komputerową i było mi wstyd. Dlatego napisałem dla niej bajkę o żółwiu, a potem następne, np. o bakterii, która organizuje ucieczkę zwierząt z laboratorium.
Świat przyrody sprawia, że człowiek może nauczyć się dystansu wobec samego siebie?
Tak mi się wydaje.
Ida ucieszyła się z bajek?
Tak, to było bardzo miłe. Wzruszyła się.
Jaki wpływ na Pana życie miała powieść "Reisefieber"? Dostał Pan za nią prestiżową Nagrodę Kościelskich.
Cieszyłem się, że się spodobała. Poznałem dzięki niej wielu fantastycznych ludzi. Ktoś mi powiedział, że po jej przeczytaniu postanowił odnaleźć swojego dawno niewidzianego ojca. W takich momentach czuję, że to pisanie ma sens.
Odczuwa Pan reisefieber?
Zawsze, nie mogę spać w nocy przed wyjazdem. Ale dzięki książce zacząłem więcej podróżować. I powoli zaczynam to lubić.
Jest Pan fotografem, ma Pan swoich mistrzów w tym fachu?
Henri-Cartier Bressona. Miałem szczęście go poznać. W Paryżu poszedłem zobaczyć wystawę Miesiąc Fotografii. I zobaczyłem go przy stoisku z albumami. Wyglądał super: niebieska marynarka, niebieska apaszka, spodnie w kant i najnowsze wtedy nike AIR. Moja narzeczona powiedziała: "Idź do niego, to jedyny moment w życiu, kiedy możesz z nim porozmawiać". Podszedłem, powiedziałem, że jestem z Polski, że jest pan moim ulubionym fotografem. "Skąd? Z Polski?" - zapytał. I powiedział że trochę mówi po polsku: "Chuj, pierdolę, kurwa mać". Te słowa znał z obozu, w którym był w czasie wojny. Na pryczy obok spał Polak, który w kółko to powtarzał. Poprosiłem Bressona o autograf, nie miał długopisu, szukaliśmy czegoś do pisania. Wiedziałem, że nie pozwala robić sobie zdjęć, czytałem, że jest arogancki dla dziennikarzy. Ale sam zaproponował, żebym zrobił mu zdjęcie, znalazł fajne tło z czerwonych cegieł. Pamiętam, jak pomachał mi na pożegnanie. Ktoś z galerii powiedział, żebym zapamiętał ten dzień do końca życia, bo zwykle, kiedy ktoś wyjmuje aparat i chce mu zrobić zdjęcie, Bresson wyjmuje nóż. To było dla mnie ważne spotkanie. Spotkałem wielkiego człowieka z wielką klasą.