Organizacje pozarządowe twierdzą, że we Wrocławiu jest dla nich coraz gorszy klimat. Ich lista pretensji do miasta jest długa. W magistracie bronią się: to rząd przygotowując restrykcyjne ustawy, zabija małe organizacje pozarządowe
Wrocław chwali się wszem wobec olbrzymim budżetem przeznaczonym na finansowanie organizacji pozarządowych (NGO - Non-Governmental Organisations). Ostatecznie ponad 60 milionów to nie w kij dmuchał, to nawet więcej niż rząd daje Funduszowi Inicjatyw Obywatelskich. Miasto w trosce o wygodę NGO powołało nawet Biuro ds. Współpracy z Organizacjami Pozarządowymi (BWO). Są konkursy, które mają decydować o podziale pieniędzy. Czego chcieć więcej?
Bomba wybuchła, kiedy wojewoda uchylił uchwałę Rady Miejskiej, która pozwala finansować organizacje pozarządowe. Wiceprezydent Jarosław Obremski zaprosił na spotkanie przedstawicieli NGO, żeby przekazać im tę informację.
I okazało się, że nie był to najważniejszy punkt spotkania. Najwięcej czasu zajęło wysłuchiwanie żalów i pretensji, jakie mają do miasta przedstawiciele organizacji pożytku publicznego. Ze spotkania zrobiła się prawdziwa ściana płaczu.
Prezydent Obremski wyjaśnił, co się stało, wysłuchał pretensji i obiecał, że za dwa tygodnie odbędzie się kolejne spotkanie. Przedstawiciele miasta byli szczerze oburzeni, iż podstawą uchylenia uchwały było niedotrzymanie ustawowych terminów przez władze Wrocławia. Bo wrocławskie NGO przyzwyczaiły do tej praktyki. Spóźnienie oznacza, że mogą się pożegnać z komunalnymi pieniędzmi. Nawet te zasłużone.
Przekonali się o tym na własnej skórze mieszkańcy Pawłowic. W ubiegłym roku obchodzono 10-lecie działalności parafialnej świetlicy dla dzieci. Były gratulacje i życzenia kolejnych dekad tak wspaniałej działalności. Świetlica już nie istnieje. Spóźniła się z papierami do BWO i dotacji nie dostała.
- Najważniejsza jest dobra wola urzędników - mówi poseł Sławomir Piechota, który przez lata odpowiadał w zarządzie miasta Wrocławia za współpracę z NGO. - Bo przecież nie chodzi o to, żeby wyszukiwać każde, najdrobniejsze uchybienie i patrzeć tylko na przepisy. Chodzi o to, żeby pomóc tym organizacjom, które mają problemy.
- Przepis jest przepisem - mówią w Urzędzie Miejskim. - Jeśli nie przestrzegamy tych, narzuconych nam przez ustawę o pożytku publicznym i wolontariacie, konsekwencje ponosimy my i organizacje pozarządowe. Bo każda kontrola, a jest ich naprawdę dużo, nie dość, że wytknie nam każde naruszenie przepisów, to jeszcze każe, żeby NGO oddały pieniądze z zakwestionowanego kontraktu.
Działacze NGO wzruszają tylko ramionami. Bo i na to jest sposób. Na przykład rządowy Fundusz Inicjatyw Obywatelskich przygotował specjalny elektroniczny kwestionariusz. Jeśli przy jego wypełnianiu popełni się jakiś błąd, od razu dostajesz informację o tym. I musisz ponownie wypełnić to pole. Dobre rozwiązanie? Może i tak. Wrocławskie BWO próbowało tej drogi. Przygotowało jedną elektroniczną aplikację. Wadliwą, jak twierdzą przedstawiciele organizacji pozarządowych. I na tym koniec.
Problemy z aplikowaniem o pieniądze, piętrzące się biurokratyczne przeszkody i niechętny stosunek pracowników BWO do składających wnioski to tylko czubek góry lodowej.
We Wrocławiu działa około 800 organizacji pożytku publicznego. 60-milionowy budżet powinien zaspokoić nawet najbardziej wygórowane żądania. Nie zaspokaja.
- Tak naprawdę budżet jest znacznie niższy - przekonuje poseł Piechota. - Bo blisko 40 milionów złotych, choć trafia do NGO, powinno być wypłacane z innych pozycji budżetowych. Finansowanie wrocławskich domów pomocy społecznej, domów dziecka czy noclegowni dla bezdomnych we Wrocławiu to zadania własne gminy. I pieniądze na ten cel powinny znaleźć się w gestii MOPS-u. Takich kwiatków jest więcej. Prawie 3,5 mln złotych z budżetu NGO trafiło do różnych instytucji z przeznaczeniem na remonty zabytków. To przecież zadanie konserwatora zabytków. Czy jeśli jakaś organizacja pozarządowa wygra przetarg na sprzątanie miasta, to pieniądze na to zadanie także popłyną z puli przeznaczonej na NGO?
- Oczywiście, możemy się spierać o definicję, na przykład, czy tak duża organizacja jak Schronisko Brata Alberta jest jeszcze organizacją pozarządową czy już nie. Albo Era Nowe Horyzonty czy Teatr Pieśń Kozła - mówi Jarosław Obremski.
- Ale budżet układamy zgodnie z przepisami i to one nakazują wyłączenie wydatków na organizacje pozarządowe oraz definiują, co zaliczyć do tych wydatków. Lista żalów organizacji pozarządowych jest długa. Na przykład, że miasto foruje sport. Wystarczy pobieżnie przerzucić listę zadań, które zostały dofinansowane w ubiegłym roku, żeby znaleźć 980 tysięcy złotych dla WKS Śląsk na program młodzieżowych centrów sportowych w 2010 roku i kolejne 880 tysięcy dla Śląska tym razem na program sportowych grup szkolenia podstawowego. Śląsk pojawia się jeszcze co najmniej raz na tej liście, ale po co wyliczać takie drobne dotacje, jak 54 tysiące zł?
Jednak jasny szlag trafia działaczy, kiedy okazuje się, że ich program został wysoko oceniony i dostał dużo punktów. Nie miało to jednak żadnego przełożenia na pieniądze. Bo te, jak były bardzo skromne, tak są nadal. Bo jak usłyszeli, można otrzymać maksymalną liczbę punktów i nie dostać ani złotówki, ponieważ program nie mieści się w "polityce miasta". Tylko nikt im nie umiał wytłumaczyć, co to jest ta "polityka miasta".
Na przykład w FIO wiadomo, że granty dostaje się powyżej 64 punktów, wszyscy, którzy dostaną ich mniej - pieniędzy nie dostają.
Zdaniem działaczy NGO, fikcja fikcją goni. Bo co powiedzieć, jeśli klub seniora z Wrocławia dostaje 6000 zł dofinansowania, a rocznie za czynsz musi zapłacić 12 tysięcy złotych? Czy organizacja zajmująca się niepełnosprawnymi dziećmi z 30-tysięcznego grantu musi zapłacić miastu za lokal aż 24 tysiące złotych. Chodzi o czynsz za lokal komunalny - wynajmowany od miasta. Oznacza to, że miasto przelewa pieniądze z jednej kasy miejskiej do drugiej.
- To trochę śmieszny zarzut - mówi Jarosław Obremski. - Ponieważ stawki za wynajem lokali dla organizacji pozarządowych nie zmieniły się od wielu lat. Od czasów, kiedy gospodarką lokalową zajmował się w mieście Wiesiu Kilian, a NGO Sławek Piechota. Nie ruszaliśmy tego do tej pory. Ale pewne zmiany powinny nastąpić. Bo na przykład Towarzystwo Miłośników Wrocławia nie płaci za swoją kamieniczkę w Rynku, wynajmuje dodatkowo powierzchnię i utrzymuje się z tych pieniędzy. To nie jest właściwe i przejrzyste rozwiązanie.
Wśród organizacji pozarządowych panuje przekonanie, że są one systematycznie wypierane z centrum miasta. Jeśli tylko ulica, przy której mają lokal, staje się atrakcyjna, NGO natychmiast dostają wypowiedzenie. I propozycję przeniesienia się na peryferie. Często do zupełnie zdewastowanego lokalu wymagającego kapitalnego remontu.
- Co gmina czy powiat, to inne rozwiązanie - mówi poseł Tadeusz Tomaszewski z SLD, który pracuje w Parlamentarnym Zespole ds. Współpracy z Organizacjami Pozarządowymi. - Często stosowane rozwiązanie to powołanie gminnego czy powiatowego centrum. Tam znajduje się miejsce dla NGO, ale też pomieszczenia na różnego rodzaju spotkania czy konferencje. Są miasta, które "użyczają" lokali, inne stosują preferencyjne stawki czynszu, np. 2 złote na metr kwadratowy.
Co ciekawe, pomysł z tworzeniem specjalnego centrum NGO przyszedł do nas z Górnego Śląska. I to samorządowcy z tamtego rejonu przekonali posłów, by w ustawie zapisali takie rozwiązanie.
We Wrocławiu funkcję takiego centrum pełni Sektor3 w dawnej zajezdni tramwajowej przy ulicy Legnickiej.
- Tam jest miejsce na spotkania NGO, dyżury telefoniczne - mówi Jarosław Obremski. - Oczywiście rozumiem, że nie wszyscy mogą skorzystać z tej oferty. Na przykład stowarzyszenie rodziców dzieci z porażeniem mózgowym, które chce prowadzić rehabilitację, powinno mieć więcej miejsca. Ale czy zawsze musi to być samodzielny lokal? A może połączyć go z jakimś np. przedszkolem?
Jarosław Obremski dodaje, że w Polsce małe i duże organizacje pozarządowe są zabijane powoli przez przepisy. Bo każda nowa regulacja dowodzi jednego: państwo nie ma zaufania.
- Dlaczego narzuca nam się z góry, jakie umowy mamy podpisać z NGO? - pyta wiceprezydent Wrocławia. - Dlaczego mamy prześwietlać każdą organizację? Jeśli NGO złamie warunki umowy, to od wyjaśniania tego jest prokuratura, nie my. Teraz, jeśli jakaś grupa zapaleńców występuje do nas o dofinansowanie i uszczęśliwiłoby ich 1000 złotych, to znacznie więcej wydaje na sprawdzenie tej organizacji. A my musimy zatrudniać coraz więcej ludzi, którzy będą te organizacje sprawdzali.