Nepal: Trzy noce grozy. Himalaiści przeżyli piekło na grani...

    Nepal: Trzy noce grozy. Himalaiści przeżyli piekło na grani Mount Everestu [REPORTAŻ]

    Nicola Smith

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Akcja ratunkowa w bazie pod Mount Everest
    1/6
    przejdź do galerii

    Akcja ratunkowa w bazie pod Mount Everest ©Mariusz Malkowski

    Jeden z himalaistów uratowanych ze zbocza Mount Everestu po trzęsieniu ziemi opowiada o przerażających chwilach, które spędził na ostrej jak brzytwa grani na wysokości 6 tys. metrów.
    Wiatr wiał z prędkością do 170 km/godz. Po obu stronach ciągnął się spadek terenu głębokości 15 metrów. Nieostrożny krok groził śmiercią.

    51-letni inżynier elektryk Jim Grieve pochodzi ze szkockiego Kinross. Jest ojcem trójki dzieci. - Po trzęsieniu rozpętało się piekło - mówi Grieve. Kataklizm zniszczył znaczną cześć Nepalu i zabił ponad 6620 osób. Dziesięć tysięcy jest rannych. Trzęsienie wywołało zejście lawiny na zboczu Mount Everestu.


    W skład zespołu Grieve'a wchodzili m.in. także 28-letnia Brytyjka Alex Schneider i Sam Chapatte. Para dopiero co wzięła ślub. Dowodził doświadczony alpinista Daniel Mazur. Grupa odpoczywała, za chwilę miała ruszyć w drogę do położonej na zdradzieckim lodospadzie bazy nr 1.

    - Była godzina 11.15. Relaksowaliśmy się. Nagle o 12 usłyszeliśmy huk. Zaczęło się trzęsienie - wspomina Grieve. - Wszyscy wyskoczyli z namiotów. W pewnym momencie ujrzeliśmy trzy ściany lodu. W każdej chwili mogły się na nas zwalić. Daniel powiedział: "Przygotujcie się. Weźcie czekany". Czekaliśmy jakieś 35 sekund, chociaż zdawało się nam, że to cała wieczność.

    - Myślałem o moim maleńkim chłopczyku. Po chwili powiedziałem sobie: "No, dobra. Stało się. To koniec". Wszyscy myśleliśmy w ten sposób. Każdy chciał jednak pewnie wykazać się odwagą. Ale to nie był mój czas - wspomina Grieve. Jego najmłodszy synek ma tylko 21 miesięcy.

    Jedyna droga w dół poprzez lodospad Khumbu była zatarasowana. Grupa musiała zatrzymać się na grani. Wiał nieprawdopodobnie silny wiatr. - Próbowałem użyć swojego namiotu jako wiatrochronu. Nie można było złapać oddechu - mówi Grieve.

    Przez trzy noce spali w namiotach. Razem dziewięciu wspinaczy i tyle samo Szerpów. Jedli owsiankę, płatki kukurydziane, makaron i ryż.

    Z początku nie zdawali sobie sprawy z tego, co stało się w Nepalu. Tragiczna prawda dotarła do nich, gdy telefonicznie skontaktowali się z rodzinami. Dowiedzieli się, że wśród 18 osób, które zginęły pod lawiną zeszłą ze zbocza Mount Everestu, znajdował się wspinający z nimi Amerykanin Tom Taplin. Grieve'owi i 48-letniemu profesorowi z Wirginii Patrickowi McKnightowi udało się porozumieć z ekipą ratowniczą. Obiecała przysłać po nich śmigłowiec. Przyleciał we wtorek o godzinie 9.30. Przez 10 minut docierali do jedynego miejsca, gdzie mógł wylądować.

    Grieve określa Szerpów mianem "prawdziwych bohaterów". Jednak po powrocie do Katmandu mówi też o poczuciu winy. Dlaczego? Bo zrozumiał, jak wiele uwagi skupiono na sytuacji alpinistów znajdujących się na zboczach Mount Everestu, a nie na potwornych zniszczeniach, które dotknęły Nepal.

    Dziewięć dni po trzęsieniu kraj ten robi, co może, by sprostać ogromnemu wyzwaniu, jakie stanowi akcja ratownicza.
    W sobotę władze poinformowały, że nie jest możliwe, by pod gruzami przebywali jeszcze żywi ludzie. Dodały, iż jak dotąd nie otrzymały zapowiadanej pomocy finansowej z zagranicy. Raz jeszcze zwróciły się do opinii światowej z prośbą o namioty, brezent i żywność.

    - Dostaliśmy takie rzeczy, jak tuńczyk i majonez - mówi minister finansów Nepalu Ram Sharan Mahat. - Na konto rządowe nie wpłynął jednak ani jeden dolar.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama