Siatkówka. Marcin Jarosz, trener Bielawianki: Czasem...

    Siatkówka. Marcin Jarosz, trener Bielawianki: Czasem potrafię tupnąć nogą

    Jakub Guder; Twitter @JakubGuder

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Siatkarska Bielawianka Bester Bielawa - kwiecień 2015 (II liga). Od lewej w górnym rzędzie: Andrzej Zemanek, nasz rozmówca - trener Marcin Jarosz, Michał
    1/2
    przejdź do galerii

    Siatkarska Bielawianka Bester Bielawa - kwiecień 2015 (II liga). Od lewej w górnym rzędzie: Andrzej Zemanek, nasz rozmówca - trener Marcin Jarosz, Michał Glinka, Tomasz Surtel, Łukasz Jurczyński, Jarosław Pizuński, Michał Tomiałowicz, Krzysztof Król. Na dole od lewej: Jakub Kapczuk, Kamil Durski, Alex Strubbe, Grzegorz Kukla, Maciej Leński i Mateusz Polakowski ©fot. Facebook Bielawianki

    W miniony weekend Pana drużyna w Gorzowie Wielkopolskim sprawiła nie lada niespodziankę - zajęła w turnieju barażowym o I ligę drugie miejsce i dzięki temu wywalczyła prawo gry o bezpośredni awans do I ligi. Liczył Pan na tak dobry wynik?
    Przed turniejem obdzwoniłem pół Polski i udało mi się zdobyć nagrania wideo z meczami naszych rywali. Dzięki temu mogliśmy się do tych spotkań dobrze przygotować taktycznie.
    Pojechaliśmy tam z cichą nadzieją, że się uda. Pierwszy mecz z Gorzowem był bardzo emocjonujący - dużo wymian, nasza dobra gra w obronie, ale zabrakło wykończenia. Do tej porażki 1:3 podeszliśmy jednak spokojnie. Potem był mecz z Gwardią, w którym wrocławianie prowadzili w każdym z setów, ale potem to my przejmowaliśmy inicjatywę. Grając na koniec z Międzyrzeczem, mieliśmy wewnętrzny spokój i luz. Pokazaliśmy fajną siatkówkę (wygrana 3:0).

    Nie ma w Bielawie presji awansu, więc pewnie grało się łatwiej.
    Dokładnie. Jak na początku sezonu mówi się, że będzie awans, to różnie to może potem wyglądać. Jedni siatkarze są bardzo mocni psychicznie, inni mogą tego nie wytrzymać. Nam wszyscy gratulują, bo ten wynik to duża niespodzianka. Ten zespół był montowany tak, żeby spokojnie się utrzymać. Na 5.-6. miejsce, no, może czwarte. Udało się jednak osiągnąć coś więcej. Chłopcy są ambitni, chcą dalej pracować i walczyć. Turniej finałowy (od 29 kwietnia, gospodarz jest jeszcze nieznany) będzie emocjonujący, ale musimy popełnić mniej błędów własnych. Te mecze to też dla nas nauka w kontekście przyszłych sezonów.

    Jest klimat dla siatkówki w Bielawie? No i pieniądze na I ligę?
    Bardzo fajnie mi się tu pracuje. Wszyscy są bardzo życzliwi, a o to, czy znajdą się pieniądze, to trzeba prezesów pytać. Niewykluczone, że nasz budżet trzeba by podwoić. Może znalazłby się jeszcze jakiś sponsor... My będziemy walczyć. Nikt się nie położy niezależnie od tego, czy będziemy bić się o pierwsze, czy o szóste miejsce.

    Do Bielawy przeniósł się Pan ze Świdnika, gdzie najpierw Pan grał, a potem trenował. Skąd decyzja o powrocie na Dolny Śląsk?
    Jedno z dzieci szło do przedszkola i zaczęliśmy się zastanawiać z żoną, co robić. Od Wrocławia dzieliło nas 500 km, a to z tym miastem jesteśmy najbardziej związani, tu jest rodzina, mieliśmy tu mieszkanie. W Świdniku spędziliśmy 9 lat i na ogół w tym czasie więcej sukcesów niż porażek.

    Ma pan 35 lat - dość szybko skończył Pan karierę zawodniczą.
    Trzy sezony temu. Zdecydowały kwestie zdrowotne. Jeśli w pewnym momencie zaczyna cię wszystko boleć i gra nie sprawia ci tyle przyjemności, to trzeba kończyć. A ja i tak podszedłem do sprawy ambitnie i długo grałem z bólem.

    Trenerka to jest to, co chciałby Pan robić już zawsze? Da się z tego wyżyć w II lidze? Myśli Pan, by skoczyć szczebel wyżej - chociażby w roli asystenta?
    Pracuję jeszcze w XI LO, w którym zresztą od nowego roku szkolnego ma powstać klasa siatkarska. To bardzo sympatyczna szkoła, więc jeśli ktoś chciałby uprawiać tę dyscyplinę, to mogę z czystym sumieniem polecić. Oczywiście, gdyby pojawiała się jakaś opcja pracy wyżej, to poważnie bym to rozważył. Ten sport to moje życie. Oddycham siatkówką.

    Z ojcem - Maciejem Jaroszem - często Pan rozmawia o swojej pracy czy raczej staracie się unikać tematów zawodowych?
    Jeśli mam jakiś problem, to oczywiście spotykamy się i rozmawiam z tatą. Bardzo pomógł mi w wielu sprawach, ale ostateczna decyzja zawsze należy do mnie.

    Tata był siatkarzem wybitnym, czasem impulsywnym. Podobnie na trenerskiej ławce. Marcin Jarosz tę cechę też odziedziczył?
    Trzeba zapytać zawodników. Kiedy należy, to oczywiście potrafię pobudzić zawodników czy nawet tupnąć nogą (uśmiech). Umiem też chwalić. Natomiast podczas zbliżającego się turnieju o awans do I ligi nie będę krzyczał. Będę tylko pomagał drużynie.

    >

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama