Czarne proroctwa Michela Houellebecqa. Na ile jego diagnozy...

    Czarne proroctwa Michela Houellebecqa. Na ile jego diagnozy Francji były trafne?

    Mariusz Grabowski

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Najnowsza książka Michela Houllebecqa nosi tytuł "Soummission" i trafiła do francuskich księgarń 7 stycznia, na kilka dni zaledwie przed masakrą w redakcji "Charlie Hebdo". Jako że Houllebecq jest dziś jednym z niewielu pisarzy, którzy nie boją się dotykać tak gorących tematów jak imigranci muzułmańscy, powieść natychmiast okrzyknięto w kręgach krytyków "odważną" i "odkrywczą". Gdy zaś bracia Kouachi dokonali masakry w Paryżu, natychmiast pojawiły się głosy, że jest "prorocza" i "przewidująca". Gdy książkę nazywa się proroczą znaczy to - ni mniej, ni więcej - że jej autor jest prorokiem. Przyjrzyjmy się zatem proroctwom w niej zawartym.

    Można powiedzieć, że "Soummission" odwołuje się do zapomnianej dziś nieco tradycji antyutopii. Oto, pisze Houellebecq, przyszłość Francji zdominowana zostanie przez radykalny islam. W 2022 r. prezydentem zostanie Mohammed Ben Abbes z Bractwa Muzułmańskiego. Weźmie się ostro do przemeblowania świadomości Francuzów, ze szczególnym uwzględnieniem edukacji: wykładowcy Sorbony zostaną zmuszeni do przejścia na nową wiarę, studentki założą czadory, a studenci będą musieli wkuwać Koran.

    Wszystko to widzimy oczami głównego bohatera - François, zestrachanego wykładowcy i niegdysiejszego speca od Huysmansa.
    Jak widać, proroctwo jest dość umowne, Houellebecq popuścił po prostu wodzy wyobraźni i lekko zmodyfikował to, co od dawna można przeczytać w gazetach. Gdyby - jak twierdzą złośliwcy - naprawdę posiadł dar prorokowania, przewidziałby z pewnością krwawą jatkę w redakcji "Charlie Hebdo" albo przynajmniej spontaniczne reakcje sprzeciwu Francuzów przeciw galopującej islamizacji.

    W "Soummission" nic takiego nie ma - potomkowie Karola Młota, krzyżowców i żołnierzy z Algierii idą w muzułmański jasyr jak bezwolna trzoda. Wystarczy im, że wciąż mają świeże bagietki i wino, reszta jest nieważna. W Pałacu Elizejskim może siedzieć nawet sunnicki tyran. W sumie co za różnica?

    Ale dziś, gdy Francuzi otrząsają się z szoku po wydarzeniach z zeszłego tygodnia, niektórzy znów przypominają sobie Houellebecqa i jego rzekomy dar widzenia przyszłości. Na szpalty gazet wracają echa wywiadu, którego w 2001 r. pisarz udzielił miesięcznikowi "Lire", w którym nazwał islam "najgłupszą religią świata", zaś muzułmanów "baranami". Od tamtego czasu minęło 14 lat i trudno przypuścić, by mówiąc to, miał wówczas na myśli zeszłotygodniową masakrę w Paryżu. Lepiej skłonić się do wersji, że jako początkujący literat szukał taniego rozgłosu i bezmyślnie palnął kilka niepotrzebnych, choć dających tani poklask słów.

    W 2001 r., kiedy jeszcze ideologia multikulti zdawała się być przyszłością Europy, powiedzenie, że islam jest głupi, musiało zaowocować procesem. I taki proces Houelle-becqowi szybko wytoczono. Wygrał go zresztą, choć argumentacja, której używał podczas procesu, nie spodobałaby się jego dzisiejszym gloryfikatorom. Ani razu nie powołał się na swoje wieszcze zdolności, ani razu nie przestrzegł rodaków przed tym, że za kilkanaście lat fanatyczni muzułmanie będą do nich strzelać jak do kaczek. Uciekał raczej w słowne meandry, tłumacząc się, że nie jest rasistą, a islam nie jest rasą czy cechą wrodzoną i w każdej chwili można przestać być jego wyznawcą.

    Trybunał paryski oczyścił Houellebecqa z zarzutów, że wyśmiewając islam, przyczynił się do zamachu na World Trade Center, a on natychmiast zmienił obiekt swoich zainteresowań. Islam odsunął na bok i zajął się opisywaniem francuskiej obyczajowości. Nie musiało minąć wiele czasu, a krytycy zaczęli pisać, że jest jedynym pisarzem, który "trafnie diagnozuje teraźniejszość i przyszłość francuskiego społeczeństwa". W 2002 roku, tuż po publikacji "Platformy", w "Le Monde" ukazał się sążnisty artykuł, z którego można było się dowiedzieć, że jego pisarstwo jest jak reflektor, który odsłania "pustkę konsumpcjonizmu i hedonizmu współczesnych".

    Co Houellebecq wyprorokował w "Platformie"? Niewiele, pośród penetrowania kulis modnej wśród Francuzów turystyki seksualnej do krajów islamskich, rzucił parę uwag o tym, że w gonieniu za chucią wcale nie jesteśmy pierwsi, że w ten sposób w nicość odeszło już kilka kwitnących cywilizacji. Powie ktoś - banał. Okazało się jednak, że w ustach pisarza nawet banały urastają do prawd objawionych. "Bezpardonowa krytyka upadku cywilizacji" - jak pisali rozentuzjazmowani dziennikarze - zapewniła Houellebecqowi ponowną falę zainteresowania i popularności.

    Co ciekawe, miłość rodaków wcale nie była mu potrzebna. W "The Paris Reviev" udzielił głośnego wywiadu, w którym narzekał na przedstawianie go w krzywym zwierciadle, przez co stał się symbolem "wielu niemiłych zjawisk: cynizmu, nihilizmu, mizoginii".

    "Powiedziałbym - mówił - że pytanie, czy miłość jeszcze istnieje, odgrywa w moich powieściach taką samą rolę co pytanie o istnienie Boga u Dostojewskiego". Bufonada bijąca z tych słów dotarła nawet do rezydencji prezydenta Francji. Sam Jacques Chirac poczuł się zobowiązany skomentować w telewizji hamletyzowanie pisarza: "Niektórym intelektualistom powinno się ściągnąć gacie na środku ulicy i dać im pasem w tyłek". Ale czy można zlać pasem proroka?

    Ale można przynajmniej śmiać się z tego, któremu zamarzyło się stanięcie na tym samym podium co autor "Braci Karamazow". Pamiętajmy, że początek nowego tysiąclecia był dla Houellebecqa czasem największej prosperity. Każde zdanie, które napisał, rozchwytywane było jak objawienie, każde słowo analizowane jak wizja. Nie zmieni tego fakt, że "Platforma" okazała się największym gniotem, jaki wyszedł spod jego ręki. Nawet jeśli zawierała ciekawe spostrzeżenia, ginęły one w lawinie stron przedstawiających mdławe opisy seksualnych perypetii autorów.

    "Co najbardziej interesuje Houellebecqa jako pisarza?" - takie pytanie zadał mu w 2005 r. dziennikarz francuskiej telewizji. Pisarz z poważną miną, między jednym a drugim zaciągnięciem się papierosem, wysylabizował wolno: "Znużenie zachodnim stylem życia". Było to zaraz po tym, jak w księgarniach pojawiła się nowa jego książka "Możliwość wyspy", koronny argument tych, którzy w Houellebecqu widzą proroka. O tyle ciekawa, że pisarz umieścił akcję w odległej przyszłości, siłą rzeczy zmuszając się do futurologicznego zaglądnięcia poza kurtynę czasu.

    Mamy więc rok 4000 i sytuację, w której ludzkość zabrnęła właśnie w ślepy zaułek ewolucji. Ziemia po kolejnych wojnach i konfliktach nuklearnych i kataklizmach ekologicznych jest zrujnowana i przypomina żużel. Zdziesiątkowana ludzkość zdegenerowała się i cofnęła do poziomu dzikich, którzy nie potrafią korzystać z pozostałych resztek cywilizacji i aby przeżyć, tworzą zbieracko-myśliwskie hordy, niecofające się przed żadną nikczemnością. Istnieją jeszcze niezbyt liczni neoludzie, będący genetycznie zmodyfikowanymi kopiami przodków, które można odtwarzać w nieskończoność. Są nimi dwaj bohaterowie powieści, Daniel24 i Daniel25, repliki żyjącego w naszych czasach Daniela1.

    A więc jednak - powie ktoś - Houellebecq umie prorokować. Owszem, choć podobne wycieczki w przyszłość nie są w literaturze niczym nadzwyczajnym, ale jednak pisarz pokusił się o jakąś wizję ludzkości. Problem w tym, że jałowość i pustka tego opisu są przygnębiające. Co komu po informacjach o ludzkości za dwa tysiące lat, skoro nie potrafimy uporać się z problemami tu i teraz - wyśmiewali się recenzenci "Możliwości wyspy". Świadom tych zarzutów Houellebecq próbował skonkretyzować swoje poglądy w artykułach prasowych. W jednym z nich napisał: "Jeżeli ludzie będą się interesować jedynie »kolekcjonowaniem wrażeń«, poszukiwaniem przyjemności, ciągle mocniejszych podniet, jeżeli niczym niecierpliwe dzieci będą się domagać wciąż nowych zabawek, to prędzej czy później doprowadzi to do zerwania trwalszych związków między ludźmi. Wtedy ludzkość czeka katastrofa".

    To chyba najważniejszy wniosek z blisko ćwierćwiecza obecności pisarza na literackiej scenie Francji. Pojawił się mimochodem, ale zawiera uniwersalną prawdę, której Houellebecq nie umiał powtórzyć w żadnej z kolejnych powieści. Ani w "Mapie i terytorium" (2010), za którą - nie wiedzieć czemu - dostał Nagrodę Goncourtów, ani w wydanym właśnie "Soummission". Zresztą głębię przestróg zamienił na skandalizowanie: znika na długie tygodnie, finguje własne porwania, żąda za samego siebie okupu, fabrykuje newsy o samobójstwie. Gdy wreszcie po wielu zaproszeniach zgodził się przyjść do telewizji i opowiedzieć o swojej radości z nagrody Goncourtów, zachowywał się jak obrażony młodzik. Siedział milczący i ćmiący papierosy, a gdy przemówił, wprowadził słuchacz w stan osłupienia. "Zastanawiałem się, czy transcendencja jest nam jeszcze potrzebna". I po chwili: "Ale i tak nie ma do niej powrotu".

    Na moment nad Sekwaną odżyły spory, jak zaklasyfikować Houellebecqa i jego poglądy. Lewicowcy, którzy od zawsze uważali go za swego przedstawiciela, wybaczyli mu krytykę zawartą w "Cząstkach elementarnych" i "Platformie". Z kolei prawicowcy na moment uwierzyli, że gromy, które rzucał na pustotę Francuzów znaczą coś więcej niż tylko oratorskie popisy. Wszystko ucichło, gdy Houellebecq ogłosił znienacka, że literaturę odsuwa na bok i bierze się do kina. Faktycznie, w 2014 r. na ekrany weszło "Porwanie Michela Houellebecqa", w którym osobiście zagrał, ale nad filmem wypada litościwie spuścić kurtynę milczenia. "Już lepiej niech pisze" - skomentował tę nagłą woltę w zainteresowaniach jeden z dziennikarzy "Le Soir".

    W ten oto sposób wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli do"Soummission" i pytania, czy Houellebecq posiada zdolności prorocze. Wszystko wskazuje, że jednak nie posiada, w przeciwieństwie do bystrości spojrzenia na otaczający go świat. Houellebecq patrzy zatem i widzi to, co dla innych przesłonięte jest ideologią: pustkę współczesnego człowieka, maskowanie samotności pogonią za seksem, złudę relacji międzyludzkich, wreszcie znudzenie samym sobą. W takim świecie nawet mord na karykaturzystach, których jedyną pasją było obrażanie wierzących, urasta do wydarzenia, które choć na chwile rozpala emocje. Jeśli opis tej degrengolady można uznać za proroctwo - to tak, Houellebecq jest największym prorokiem współczesnej Francji. Jego konkurentom nie chce się już nawet wziąć pióra do ręki.

    Czytaj także

      Komentarze (2)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Czy Pan chociaż czytał te książki?

      Bojatak (gość)

      Zgłoś naruszenie treści

      Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że dziennikarz to nie zawód a stan umysłu.

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Kto się myli. Pan Mariusz czy Pan Michael?

      Tomek (gość)

      Zgłoś naruszenie treści

      Proroctwa odnoszą się do przyszłych zdarzeń. Zatem proszę nie twierdzić dzisiaj, że M.H. się myli. Pożyjemy, zobaczymy Panie Mariuszu

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama