Maria Pietrzyk: To Wrocław, który znam z młodości

    Maria Pietrzyk: To Wrocław, który znam z młodości

    Lucyna Ferens, BN

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Opowieści o wojnie, odbudowie Wrocławia po zniszczeniach, historie pierwszych miłości. Wiersze, eseje, opowiadania - na konkurs literacki pt. "(Nie)zwykli ludzie. (Nie)zwykłe historie. Wrocław oczami seniorów" wpłynęło ponad trzydzieści prac. W poniedziałek, 24 stycznia, we Wrocławskim Teatrze Lalek poznaliśmy zwycięzców.
    Maria Pietrzyk, autorka zwycięskiego eseju o dwóch gołąbkach

    Maria Pietrzyk, autorka zwycięskiego eseju o dwóch gołąbkach ©Janusz Wójtowicz

    Pierwsze miejsce zdobyła pani Maria Pietrzyk za esej "Moje miasto. Moje życie". Maria Pietrzyk to rodowita wrocławianka. Chociaż nie spełniła swoich marzeń o studiowaniu filologii polskiej, na emeryturze znalazła czas na realizowanie swoich młodzieńczych pasji. Pomysł na esej o dwóch gołąbkach, które w powojennym Wrocławiu znalazły miejsce na uwicie gniazdka i założenie rodziny, zaczerpnęła z... rodowego nazwiska.

    - Opowiadanie napisałam w dwa dni - mówi laureatka.
    - Czułam, że muszę opisać Wrocław, który znam z młodości i który ciągle się zmienia. Zanim zniknie zupełnie.


    Esej Moje życie. Moje miasto


    Kiedy echem wspomnień stał się chaos wojny, para młodych Gołąbków uwiła sobie gniazdko w pobliżu Wybrzeża Wyspiańskiego, malowniczego jak sam Wyspiański. W tym pięknym zakątku Wrocławia postanowili rozpocząć swoje dorosłe życie. Owoc Ich miłości przyszedł na świat w 1949 roku w szpitalu przy ulicy Pomorskiej. Tym pisklęciem byłam ja. Mała nieopierzona Marylka. Pierwsze kroki stawiałam przed Halą Ludową i w ogrodzie zoologicznym. Te dwa miejsca na zawsze wrosną w moją pamięć i zawsze będę tu potem wracać - ze swoim synem, potem wnukiem a być może niedługo swoim prawnukiem. Moja młoda mama była pielęgniarką w Klinikach przy ul. Chałubińskiego, tato studiował na Politechnice. Swój niemowlęcy okres spędzałam w żłobku usytuowanym obok Pergoli (budynek stoi do dziś), a czasami na wykładach profesor Hirszfeldowej, żony słynnego profesora.

    Pani profesor sadzała mnie na katedrze przed swoimi studentami jako żywy model dobrze odżywionego dziecka. Sądzę, że Spacery po przepięknym Parku Szczytnickim, wzdłuż Odry po wałach i polderach, mroźną zimą lub upalnym latem pozytywnie wpłynęły na moją dziecięcą kondycję.

    W 1952 roku te piękne okolice stadko Gołąbków opuszcza. Zakłada nowe gniazdko na Grabiszynku, w budynku poniemieckim z numerem 37 przy Alei Pracy. Spędzili tu lata od 1952 roku do roku 1960. Na świat przyjdzie jeszcze jedno pisklę Gołąbków - mój brat. I tu będzie magiczny świat naszych dziecinnych lat.

    Za ścianą naszego budynku ciągnęły się szkielety nocy domów. 500 metrów ruin, gruzów ciągnących się wzdłuż ulicy. Nasz skarbiec. Znajdowaliśmy kawałki kolorowych szkiełek z rozbitych niemieckich serwisów, metalowe łyżeczki. Snuliśmy się po zakamarkach piwnic, nie zdając sobie sprawy z grozy sytuacji. Nad głowami zwisały nam fragmenty stropów, betonowe belki i żelazne pręty. Tuż obok przemykały tłuste, wielkie szczury. Stąpaliśmy po śladach okrutnej wojny, grzebaliśmy w miejscach bytu poprzedników - Niemców. Gdzieniegdzie w powyrywanych płytach chodnikowych tkwiły kawałki lotniczych bomb.

    Nasz świat dziecięcych zabaw dzielił się na ten - od ulicy i na ten - od podwórka. Na ulicę wolno było wychodzić tylko za pozwoleniem rodziców. Moje podwórko było oazą zieleni. Rosły tu jawory, klony, olbrzymie lipy, wielkie krzaki głogu, rozłożyste krzaki ostów. Wchodziliśmy na szczyty lip (my, sześcioletnie dzieciaki), jedliśmy owoce głogu, do pudełek po zapałkach łapaliśmy olbrzymie bąki grasujące w ostach, toczyliśmy wojny na pokrzywy, po których całe nasze wątłe ciałka były czerwone i w bąblach, kolana pokaleczone i w strupach.

    Za pasem drzew były ogródki działkowe założone przez sąsiadów. Były one miejscem naszego niewinnego szabru. Jabłka, gruszki - prosto z drzewa, były pyszne. Za ogródkami ciągnął się pas dołów stanowiących w czasie oblężenia Wrocławia - okopy. Teraz porośnięte soczystą trawą. Naszą ulubioną zabawą były podchody. Okolice stanowiły skuteczną przestrzeń do chowania się i szukania. Zieleń sprzyjała ptakom lecz często zdarzało się, iż wiele martwych znajdowaliśmy na ziemi. Każdy z nich miał zapewniony przez nas pogrzeb, w maleńkim pudełeczku, na kawałku kolorowej szmatki, pod jednym z drzew. Uzbierał się potem całkiem spory ptasi cmentarz. Wiosna to był czas przyjazdu prawdziwych Cyganów. Zawsze czekaliśmy na ten dzień, chociaż mama powtarzała: "jak będziesz niegrzeczna, to porwą cię Cyganie!" rozkładali swój tabor przy okopach przy okopach.

    Do dziś mam w pamięci i oczach kolorowe wozy, drewniane, z okienkami i ich całą zawartość za pięknie upiętymi firaneczkami, poduchy, pierzyny. Wokół krzątali się śniadzi ludzie, w kolorowych strojach. Widzę małego chłopca, który golusieńki siedział w wiadrze i zachęcał nas do zabawy. Trochę przestraszeni staliśmy wpatrzeni w bezpiecznej odległości, aby umknąć, gdy zechcą nas ukraść Cyganie. Nigdy nie wymarzę z pamięci widoku tego taboru i ich pięknych koni, które skubały trawę na łące pod naszymi balkonami. Przyjazd Cyganów był dla nas wielkim wydarzeniem. Naszymi sąsiadami byli Grecy, uchodźcy. Częstowali nas zupą z pokrzywy. Hodowali kozy i kury. Nad podwórkiem górował gołębnik. Przyglądałam się ptakom szybującym nad naszym miejskim osiedlem. Był tu skrawek wsi, a w naszych rękach pajda chleba ze smalcem i cukrem. Ulica - to był inny świat.

    Bardzo rzadko przejeżdżał nią samochód. Częściej wóz zaprzężony w konia. Konie były piękne. Perszerony. Dzwoniły o bruk podkowami. Próbowaliśmy złapać wystający z tyłu wozu drąg, usiąść na nim i przejechać się kawałek. Tak, aby woźnica nie zauważył. Były to zakazane zabawy sześciolatków. Wzdłuż Alei Pracy stały gazowe latarnie. Pan latarnik wieczorem zapalał je, a nad ranem gasił, długim wysięgnikiem. W ich świetle ulica wydawała się bardzo tajemnicza. Rosły tu olbrzymie kasztanowce. W czasie burz szumiały głośno, wyginając się w obie strony. To był prawdziwy koncert. W upalne dni chodziło się po lody w kwadratowych wafelkach, do budki obłożonej bryłami prawdziwego lodu. Do sklepiku na rogu, zawsze rano biegłam z aluminiową bańką po mleko z dużej kanki, odmierzone chochlą przez panią sprzedawczynię. Po drugiej stronie skrzyżowania al. Pracy z ul. Przodowników Pracy (obecnie Hallera) rozciągał się cmentarz niemiecki. Był piękny i tajemniczy.

    Jak okiem sięgnąć - czarne, marmurowe nagrobki, ze złotymi gotyckimi napisami, porośnięte bluszczem. Tutaj testowaliśmy swoją odwagę. Obok stał przepiękny w swej architekturze budynek krematorium. Śpiewały w nim ptaki a wpadające przez witrażowe szyby promienie słońca dodawały mu anielskości. Dziś w tym miejscu jest park. Całkowitym zaprzeczeniem anioła był hycel, który wyłapywał bezpańskie psy. Jego przyjazd na naszą ulicę był dla mnie dramatem. Skowyt psów zamkniętych w małej budzie na kółkach przeszywał moją małą duszyczkę. Poruszał mnie także krzyk starej, siwej pani, która przechodząc naszymi ulicami, piskliwym głosem wykrzykiwała w naszą stronę: "szwalne, szwalne" (schwein) a my odpowiadaliśmy jej: "rajne, rajne". Nie wiem, dlaczego tak, może po prostu tak, ponieważ słowa te rymowały się. Zapytałam kiedyś mamę: "co ta pani do nas mówi?" mama po krótkim namyśle odpowiedziała tylko: "nic ważnego, po prostu wojna pomieszała jej zmysły!".

    Później dowiedziałam się, co znaczyły jej słowa. Być może mama nie chciała uczyć nas nienawiści do Niemców. Chociaż tak naprawdę każdy Niemiec był wówczas dla mnie - tym złym. Według nas dzieciaków nie było dobrych Niemców. Moja mama była więźniem Oświęcimia i coś na temat Niemców kojarzyłam. Opowieści o okrucieństwach wojny towarzyszyły mojemu sielskiemu dzieciństwu. Uwielbiałam słuchowiska radiowe, szczególnie bajki. Godzinami siedziałam z uchem przyklejonym do radia z zielonym oczkiem albo wyginałam się w takt dźwięków Tercetu Egzotycznego. Marzyłam by zostać baletnicą. Szalałam na podwórkowym trzepaku, gimnastykując swoje ciało.
    1 3 4 5 »

    Czytaj także

      Komentarze (7)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Roman

      gość (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 2

      Wciąż kocham!

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Piszmy historię Polski, przez nasze własne

      Izabella (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 40 / 40

      Całkiem nieżle napisane. Bez względu na poziom literacki, warto pisać wspomnienia. Każdy z nas powinien napisać swoją opowieść życia.
      To co najcenniejsze to fakty, które gubią się w nurcie...rozwiń całość

      Całkiem nieżle napisane. Bez względu na poziom literacki, warto pisać wspomnienia. Każdy z nas powinien napisać swoją opowieść życia.
      To co najcenniejsze to fakty, które gubią się w nurcie upływającego czasu.
      Stwórzmy księgę wspomnień Polaków, z czasów tak odległych , jak to tylko możliwe.

      Fakty są najważniejsze, ale i nasze myślenie z tamtych lat, też jest cennym historycznym elemetem przeszłej rzeczywistości. Ludzie zapominają smaki, zapachy i odczucia jakie mieli.
      Znikają bezpowrotnie (?) wartości i piękno. Zastępuje je tandeta i powierzchowność. Niszczenie historii i zaduszanie prawdy, zabija w nas, krok po kroku człowieczeństwo. Świat dąży do rozwałowania humanizmu, do wdeptania go w błoto, w imię tak zwanego globalnego interesu.

      Piszmy o naszym życiu i zostawiajmy to naszym dzieciom i wnukom jak bezcenny spadek, który pozwoli im przetrwać ten barbarzyński czas w jaki nas wpychają ci, którzy bogami na ziemi chcą być zwani.

      Mamy 500 miliarderów na naszym globie i oni są dla nas wszystkich największym zagrożeniem. Nam potrzeba bezpiecznych 4 ścian i kawałka naszej podłogi, zdrowej,prawdziwej żywności, słońca latem i puchatego śnieżku zimą, prawa do godności i do radości życia i nic więcej , a im o co chodzi ? zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Mój esej

      Maria Pietrzyk (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 30 / 36

      Bardzo dziękuje za cenne komentarze dotyczące mojego eseju o Wrocławiu.Powtórzę tylko za Krystyną Ratajską,autorką wstępu do * Kwiatów polskich* Juliana Tuwima: - miejsce urodzenia,realia i...rozwiń całość

      Bardzo dziękuje za cenne komentarze dotyczące mojego eseju o Wrocławiu.Powtórzę tylko za Krystyną Ratajską,autorką wstępu do * Kwiatów polskich* Juliana Tuwima: - miejsce urodzenia,realia i duchowy klimat najbardziej osobistej przestrzeni są istotą człowieczego zakorzenienia-.Mój esej jest dla mnie formą spotkania z tym co bezpowrotnie minęło.Jeszcze raz serdecznie dziękuję i życzę...miłych wspomnień.zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Lata lecą

      Marek (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 42 / 38

      Pani Mario, Aleja Pracy to Grabiszyn a nie Grabiszynek. Cmentarz owszem lezal na Grabiszynku:) Górka Pafawag to Gajowice i ulica Krucza,a górka na Skarbowców to Grabiszynek,potocznie zwana górką...rozwiń całość

      Pani Mario, Aleja Pracy to Grabiszyn a nie Grabiszynek. Cmentarz owszem lezal na Grabiszynku:) Górka Pafawag to Gajowice i ulica Krucza,a górka na Skarbowców to Grabiszynek,potocznie zwana górką Stolarską. Ładne wspomnienia,lata lecą a ma pani dobrą pamięć. Pozdrawiamzwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Gatuluję pani Mario!

      ira (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 42 / 44

      Bardzo ładnie napisane.

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      cd

      ula (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 44 / 39

      Jak to miło znowu powspominać młode lata. Z ogromną przyjemnością czytałam ten tekst, tym bardziej, że też tam mieszkałam i wszystko pamiętam.

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      .....

      eva (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 49 / 36

      Ja pamiętam nasze zabawy na śródmiejskim podwórku, gdzie były gruzy. Nasz dom miał zburzone czwarte piętro, na które wspinaliśmy się po zburzonych schodach. Za te...rozwiń całość

      Ja pamiętam nasze zabawy na śródmiejskim podwórku, gdzie były gruzy. Nasz dom miał zburzone czwarte piętro, na które wspinaliśmy się po zburzonych schodach. Za te wspinaczki otrzymywaliśmy od rodziców klapsy i zakaz wychodzenia z domu. Też chodziłam do tego żłobka.
      Ale największą frajdę mieliśmy w zimie w parku Tołpy, zjeżdżając z górki nie tylko na sankach, często na tornistrach i staw w tym parku był oblegany przez nas, łyżwiarzy. Zdarzało się, że lód był kruchy i skąpani w wodzie wracaliśmy do domu i nikt nie miał nawet kataru.
      zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama