Koniec historii? Jeszcze nie teraz. Francis Fukuyama obawia...

    Koniec historii? Jeszcze nie teraz. Francis Fukuyama obawia się o przyszłość świata

    Josh Glancy

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Francis Fukuyama
    1/2

    Przejdź do
    galerii zdjęć

    ©FOT ANNA ARENT

    Akademik, którego esej i późniejsza książka rozgłosiła triumf liberalnej demokracji, przyznaje dziś, że swoją tezę sformułował przedwcześnie. Jednak chociaż gdy chodzi o Chiny i Rosję, czeka nas jeszcze trudny czas, koniec końców okaże się ona prawdziwa.
    Francis Fukuyama jest zaniepokojony. Człowiek, który napisał najbardziej optymistyczną XX-wieczną pracę na temat historii, zaczyna odczuwać obawy.


    Ponad dwie dekady temu 62-letni dziś akademik oświadczył, że historia skończyła się w 1989 r. Wraz z upadkiem muru berlińskiego zatriumfowała liberalna demokracja. To jedna z tez artykułu, który przyniósł Fukuyamie sławę. Historia w sensie politycznego rozwoju - a nie serii zdarzeń - dobiegła kresu. Rozprzestrzenianie się demokracji jest sprawą nieuniknioną. Wygrali bohaterzy pozytywni.

    Jednak dziś podstawy światowego porządku zaczynają kruszeć. Siły antydemokratyczne są w natarciu. Władmir Putin rozgrywa na Ukrainie rewanżystowską grę. Państwo Islamskie (IS) drze na strzępy umowę Sykes-Picot - tajne porozumienie z 1916 r. Wielkiej Brytanii i Francji odnoszące się do podziału Bliskiego Wschodu.

    Rozmawiam z Fukuyamą w Londynie. W tym czasie amerykańskie myśliwce bombardowały pozycje IS w Syrii. Historii nie zaplanujesz. Mój rozmówca stał się pesymistą. - Rzecz wygląda fatalnie.

    Prowadzenie wywiadu z Fukuyamą - nazywanym Frankiem - przypomina słuchanie wykładu uniwersyteckiego. Profesor jest drobnej postury, ale promieniuje pewną siebie. [Toczona niemal na całym świecie] debata na temat końca historii wyniosła go do rangi intelektualnego arystokraty. I takim pozostał. Pisze książki. Wygłasza odczyty. I jest także starszym wykładowcą w Uniwersytecie Stanforda.

    Fukuyama przyleciał do Londynu promować swoją nową książkę "Political Order and Political Decay". To druga część jego opisu historii organizacji politycznej od czasów prehistorycznych do dziś. Bite 658 stron - od rewolucji francuskiej do Baracka Obamy. Autor mówi o wielkich sprawach i ideach. Żadnej książkowej gadki szmatki. Pierwsza część wydana trzy lata temu nosiła tytuł "The Origins of Political Order".

    Gdzie wszystko poszło w złym kierunku? Największe rozczarowanie stanowi Rosja. - W 1989 r. żywiliśmy nadzieję, że powstanie liberalna Rosja - kraj dążący do integracji [z Europą]. Tak się nie stało.

    Problem z Rosjanami polega na tym, że demokracja kojarzy się im z "gangsterskim kapitalizmem", jakiego doświadczyli w latach 90. ubiegłego wieku. - Mamy niestety całe pokolenie Rosjan sądzących, że tak właśnie wygląda demokracja. Dlatego pragną powrotu do czegoś w rodzaju radzieckiej formy autorytaryzmu, w jakiej żyli ich rodzice - mówi Fukuyama. W rezultacie wszystko zmierza w "bardzo niepokojącym" kierunku. - Cały pozimno-wojenny układ opierał się na koncepcji, że jeśli jesteś Rosjaninem żyjącym poza Rosją, to po prostu tam pozostaniesz. Wszyscy akceptowali granice [państw] i nie próbowali wyznaczać ich na nowo. Putin w zasadzie powiedział tym ludziom: "Jeśli nie podoba się wam taka sytuacja, przyjdziemy z pomocą". Zaczął od Krymu, ale dziś potencjalnie zagrożone są kraje bałtyckie, Mołdawia, Kazachstan i Uzbekistan.
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      my Stanów Zjednoczonych Europy nie chcemy

      spokojny

      Zgłoś naruszenie treści / 3 / 4

      A co my robimy w Unii? Referenda nacjonalistyczne i rozwalamy Unię i podzielmy się znowu na otoczone drutami kolczastymi nacjonalistyczne państwa a potem rzucimy się sobie do gardeł, bo zdaje się,...rozwiń całość

      A co my robimy w Unii? Referenda nacjonalistyczne i rozwalamy Unię i podzielmy się znowu na otoczone drutami kolczastymi nacjonalistyczne państwa a potem rzucimy się sobie do gardeł, bo zdaje się, że bez patriotyzmów, podziałów na swoich i obcych i światowych rzezi nie potrafimy inaczej. Co byłoby z USA gdyby powstało tam też pół setki niezależnych państw, zamiast federalnego państwa z 50-ma stanami? Zapewne wielokrotnie toczyłyby ze sobą krwawe wojny. Ale pozytywne doświadczenia USA nas nie interesują, my Stanów Zjednoczonych Europy nie chcemy ale będziemy brnąć do III wojny światowej.zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama