Stanisław Likiernik, żołnierz Kedywu: Poszedłem do...

    Stanisław Likiernik, żołnierz Kedywu: Poszedłem do powstania, bo nie byłem niewolnikiem

    Sylwia Arlak

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    - Widziałem wiele okropności, ale większość moich towarzyszy walki zachowała się bohatersko. Do dowództwa mam stosunek negatywny. "Monter" wysłał nas po prostu pod karabiny maszynowe - swoje powstańcze przeżycia wspomina Stanisław Likiernik, jeden z ostatnich żołnierzy Kedywu. Mówi też Sylwii Arlak, dlaczego źle się czuje w skórze bohatera.
    Stanisław Likiernik, żołnierz Kedywu: Poszedłem do powstania, bo nie byłem niewolnikiem
    Gdzie jest granica odwagi i zamiłowania do bohaterskiego umierania?

    Nie było bohaterskiego umierania. Wręcz przeciwnie. Nikt nie umiał i nie chciał umierać bohatersko. Dwa dni przed tym wydarzeniem mój przyjaciel Roman Mularczyk, który potem znany był jako Roman Bratny, przyszedł do mnie na Żoliborz. Powiedział, że jak wybuchnie powstanie, to Stalin się zatrzyma i poczeka, aż nas Niemcy wykończą. Na co ja odpowiedziałem: "Nasi szefowie w jakiś sposób muszą się z porozumieć z Armią Czerwoną i skoordynować akcje. Jest to może trudne, ale niezbędne".

    A oni zrobili niespodziankę Stalinowi. Stalin przyglądał się z uciechą, jak nas Niemcy wykańczali.
    Pewnie bardzo mu było przyjemnie, bo robili za niego brudną robotę. Miał humanistyczne podejście do życia: ludność cywilna zginie, ale co mu to szkodzi? I będą mieli miasto do odbudowywania. W Rosji wiele miast zostało zniszczonych. Jak jedno w Polsce będzie zniszczone, to co to za problem?

    Mówi to Pan z wielką goryczą.

    Droga pani, Norman Davies w swojej książce "Boże igrzysko. Historia Polski" pisze, że naziści zrobili brudną robotę za Sowietów, a AK zostało złamana. Często się z nim nie zgadzam, a jego książka napisana jest po to, by zrobić przyjemność Polakom. Najlepszą książką, jaką można znaleźć o powstaniu, jest "Powstanie Warszawskie" Jana Ciechanowskiego. Ciechanowski opowiadał, że Davies, przebywając w Anglii, był przeciwnikiem powstania. Ale jak przyjechał do Polski, zrobił się jego zwolennikiem.

    Czym jest bohaterstwo?

    Nie lubię tego słowa. To w ogóle nic nie znaczy. Miałem definicję "bohatera", który się rzuca do rzeki, żeby pomagać nieznanemu, gdy ten się topi. Raz w czasie wojny zdarzyło mi się widzieć nad Wisłą topiącego się człowieka. Rzuciłem się do wody i dzięki mnie się uratował. Odrzuciłem więc tę definicję, bo nie chcę być bohaterem.

    Dlaczego tak bardzo unika Pan tego określenia?

    Kiedy człowiek jest w pewnej sytuacji, przystosowuje się do niej. Po prostu. Nie wszyscy, ale moi koledzy zachowali się tak, jak powinni się wtedy byli zachować. Wszyscy w pewnym momencie mieliśmy przekonanie, że to się skończy śmiercią nas wszystkich. Pamiętam, jak 25 czerwca z Jurkiem Krzymowskim byliśmy na Starym Mieście i dowiedzieliśmy się, że Paryż został uratowany. Stało się to po trzech dniach powstania. Zdenerwowałem się. Oni po trzech dniach są już wyzwoleni, a my jesteśmy już 25 dni na Starym Mieście pod bombami.

    Pan uważa, że powstanie to była misja samobójcza.

    Nie umiem przewidywać przeszłości i powiedzieć, co by było gdyby. Ale gdyby to powstanie zaczęło się o dobre kilka dni później, to może miałoby jakąś szansę. Stalin nie mógłby wtedy odwołać pomocy. Kiedy poprosiliśmy o nią za wcześnie, miał jeszcze czas na wycofanie swoich wojsk i przeniesienie ich na południe. Dużą rolę w wyniku wybuchu wcześniejszego powstania odegrał Chruściel. Była plotka, że czołgi sowieckie są po drugiej stronie Wisły. Chruściel wywarł wówczas wielką presję na Bora-Komorowskiego, aby to powstanie wywołać.

    Z takim podejściem spotykamy się zdecydowanie rzadziej.

    Cała moja generacja miała tę samą reakcję co ja. Wtedy większość młodzieży przygotowywała się jednak do powstania. W końcu mieli broń w ręku (choć nie wszyscy) i mogli się wyżyć. A jak się było w Kedywie, który miał akcje zbrojne od 1943 r., wyżywało się wcześniej na akcjach inteligentnych i znakomicie pomyślanych. Mnie dostanie się do Kedywu uratowało więc skutecznie przed tym byciem zadowolonym z powstania.

    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      plany były zależne od jednego miasta nad Wisłą?

      spokojny

      Zgłoś naruszenie treści / 2 / 2

      „Stalin się zatrzyma i poczeka, aż nas Niemcy wykończą”. He, he. Jak zwykle polskie megalomaństwo. Stalin przygotowywał ofensywę na początek 1945, która skoordynowana z drugim frontem była...rozwiń całość

      „Stalin się zatrzyma i poczeka, aż nas Niemcy wykończą”. He, he. Jak zwykle polskie megalomaństwo. Stalin przygotowywał ofensywę na początek 1945, która skoordynowana z drugim frontem była największą operacją wojskową w dziejach ludzkości. Po stronie sowieckiej były przygotowywane cztery fronty i 5 milionów chłopa i baby w 500 dywizjach udrzających na liniach liczących kilka tysięcy kilometrów od Kręgu Polarnego do Afryki Północnej a my myślimy, że te plany były zależne od jednego miasta nad Wisłą?

      Gdyby Stalin chciał tylko odczekać na wykończenie Powstania uderzyłby na północy i południu, zostawiając Powstanie z boku. Po drugie dlaczego nie uderzał w początku października gdy Powstanie upadło? Dlaczego stał też w listopadzie i grudniu? Właśnie z powyższych powodów strategicznych. Powstanie na plany staliowskie wpływu nie miało. Zajął prawobrzeżną Warszawę w lipcu 44, bo tak zaplanował i ruszył na Berlin w styczniu 45, bo tak zaplanował rok wcześniej.

      zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama