Dobre duchy rządzą Samotnią

    Dobre duchy rządzą Samotnią

    Alina Gierak

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Każdy, kto przyjedzie w Karkonosze, nie wyjedzie bez odwiedzenia schroniska Samotnia. Gdy tylko przekroczy jego próg, poczuje się jak w domu. To za sprawą rodziny Siemaszków, która od 44 lat prowadzi to schronisko - pisze Alina Gierak
    Marek, Magda, Marysia i Kostek

    Marek, Magda, Marysia i Kostek ©Fot. Marcin Oliva Soto

    Kim są gospodarze kultowego schroniska, którzy od ponad czterech dekad dają schronienie turystom na karkonoskich szlakach?

    Waldek z Samotni,
    czyli Waldemar Siemaszko, który odkąd przeprowadził się w latach 50. do Cieplic i rozpoczął wędrówki po górach, pokochał Karkonosze miłością bezwzględną. Podporządkował im całe życie. Był przewodnikiem sudeckim, ratownikiem górskim, szkolił się w alpejskim ośrodku lawinowym w Davos w Szwajcarii i był jednym z nielicznych specjalistów w Polsce od lawin. Ale przede wszystkim był gospodarzem Samotni.

    Obejmował w 1966 roku schronisko w opłakanym stanie. Jak wspominają turyści, na naprawy i doprowadzenie zabytkowego budyneczku do jako takiego stanu wydawał własne pieniądze.
    Nie żałował, bo spełniał swoje marzenia o gospodarzeniu w schronisku pełnym ciepła, humoru, ciekawych ludzi. Dzisiaj o takim miejscu mówi się - kultowe. Pod jednym dachem spotykali się profesorowie, sportowcy, partyjni bonzowie, artyści. Po wędrówkach po górach w schronisku grzali się przy kaloryferach i topnieli w domowej atmosferze, którą stwarzali Siemaszkowie.

    We wspomnieniach turystów przewija się bez przerwy Waldek i jego pomysły. A to 11 listopada, gdy odbywały się zjazdy ludzi zasłużonych dla schroniska, a to święta, wigilie i mikołaje lepsze niekiedy od rodzinnych, a to zawody narciarskie o Puchar Samotni. Bez Waldka nie byłoby nic możliwe. Zawsze uśmiechnięty, sam witał turystów - każdy czuł się od razu jak oczekiwany gość. Miał też ogromne serce. Bywalcy do dziś wspominają, jak przez wiele miesięcy w schronisku mieszkał Egon Myśliwiec - zjazdowiec, który przygotowywał się do mistrzostw świata i trenował w żlebie naprzeciwko schroniska.

    Samotnia była zawsze pełna ludzi, przyjaciół, ich dzieci i przypadkowych turystów. Dla wszystkich szokiem była nieoczekiwana śmierć Waldemara Siemaszki. Zginął w wieku 63 lat w wypadku samochodowym, w miejscu, które znał jak własną kieszeń, koło świątyni Wang, na oblodzonej drodze. Ludzie gór pamiętają o nim zawsze.

    Pani Sylwia, żona Waldka
    Namówić ją na rozmowę jest bardzo trudno. Na zdjęcie - niemożliwe. O tym uprzedzają mnie najbliżsi, a zięć Marek obiecuje poszukać w albumie choć jedno zdjęcie mamy z wnuczkiem...
    - Bez pani Sylwii schronisko rozpadłoby się - mówią bywalcy Samotni. - Waldek był na pierwszym planie, wszędzie go było pełno, ale to ona trzymała wszystko w garści. Wiedziała, ilu gości będzie, co im da jeść, ile zapasów jest w magazynie, czy nie zabraknie czystej pościeli.

    - Nigdy nie była na pierwszym planie, zawsze w cieniu męża, spokojna, uśmiechnięta, konkretna - opowiada o pani Sylwii Janusz Turowski, turysta z Wrocławia, przyjaciel Samotni od lat 60. Pani Sylwia celowo usuwała się w cień, choć bez niej schronisko nie funkcjonowałoby. Ale nie chce o tym opowiadać i tylko możemy domyślać się, jak trudno było jej wychować na górze córkę, gdy równocześnie trzeba było wydać dziesiątki obiadów, dopilnować sprzątania pokoi i porozmawiać z gośćmi. Ale udawało się jej to znakomicie. Nie straciła ponadto ani na moment niemal dziecięcego zachłyśnięcia się urodą miejsca, w którym przyszło jej spędzać większość życia.
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      .

      . (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 158 / 124

      .

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama