Historia. Czy w Gross-Rosen były dziecięce komanda? Szukamy...

    Historia. Czy w Gross-Rosen były dziecięce komanda? Szukamy świadków!

    Robert Migdał

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Jerzy Weretelnik, były pracownik Politechniki Wrocławskiej, opowiada o niewyjaśnionych jeszcze do końca tajemnicach obozu w Gross-Rosen
    Rodzice Jerzego Weretelnika (na zdjęciu z fotografiami mamy i taty) trafili do obozu. Dlatego przez wiele lat studiował historię obozów koncentracyjnych

    Rodzice Jerzego Weretelnika (na zdjęciu z fotografiami mamy i taty) trafili do obozu. Dlatego przez wiele lat studiował historię obozów koncentracyjnych i odszukiwał nieznane fakty ©fot. Paweł Relikowski

    Podeszwy oderwane od dziecięcych butów. To od nich wszystko się zaczęło...
    W rzeczy samej. Była jesień 1972 roku. Pracowałem wówczas w Instytucie Inżynierii Sanitarnej Politechniki Wrocławskiej. Pojechałem, jako opiekun, razem z grupą studentów trzeciego roku, do niemieckiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen koło Rogoźnicy. Na miejscu dostaliśmy łopaty i kilofy. Mieliśmy, w ramach obowiązkowych prac społecznych, porządkować wyznaczone miejsca na terenie obozu: na przykład zdjąć warstwę darni pokrywającej fundamenty baraków obozowych, po których nie było już prawie żadnego śladu. Przechodząc obok pracującej grupy studentów, natrafiłem na mały otwór w ziemi.
    Byłem ciekawy, co tam jest i wskoczyłem do środka. Było to niemal zupełnie puste pomieszczenie, o wysokości około dwóch metrów, oświetlone małym otworem okiennym. Na białych, gładkich ścianach były napisy w języku rosyjskim wykonane węglem. A na środku pomieszczenia leżała niewielka kupka kilkunastu mocno schodzonych podeszw od butów.

    Małych? Dużych?
    Małych, jakby oddartych z dziecięcych trzewików, jeszcze z widocznymi resztkami szewskich nici. Nic innego nie było w tym pomieszczeniu. Te podeszwy przeleżały tam do lat 70., bo pewnie nie miały dla nikogo żadnej wartości. Bardzo zdziwiło mnie to znalezisko, bo Gross-Rosen to był hitlerowski obóz zagłady, głównie dla jeńców wojennych, którzy pracowali w pobliskich kamieniołomach. Nigdy nie natrafiłem na żadną informację, że były w nim dzieci.
    Rozmawiał Pan o tym z pracownikami Muzeum w Gross-Rosen?
    Oczywiście. Opisałem im moje znalezisko. Dostałem odpowiedź: „Oczywiście będziemy sprawdzać ten wątek, chociaż o pobycie małych dzieci w KL Gross-Rosen nie mamy żadnej informacji. Faktu takiego nie wspomniał też żaden z byłych więźniów obozu, a przecież byłoby to wręcz nieprawdopodobne, żeby ktokolwiek nie zauważył dzieci”.

    Zapomniał Pan o tym znalezisku?
    Na prawie dziesięć lat. Bo zagadka z obozu Gross-Rosen wyjaśniła się dla mnie zupełnie przypadkowo. Był rok 1981, zimny, grudniowy wieczór stanu wojennego. Do drzwi mojego spółdzielczego mieszkania w bloku na piątym piętrze zapukała zmarznięta kobieta. Prosiła o jakąkolwiek pomoc. Dałem jej gorącego mleka. Zaczęła opowiadać o tym, jak miała wypadek w jednym z zakładów we Wrocławiu, po którym ma uszkodzony kręgosłup. Po kilku miesiącach wyszła ze szpitala, nie miała pieniędzy na życie i dlatego chodziła po domach i prosiła ludzi o pomoc. Dodała, że już od dziecka miała „wiatr w oczy”. Mieszkała z rodzicami w Rabce. Po zajęciu miasta przez hitlerowców jej rodzice – nauczyciele – zostali aresztowani i rozstrzelani. Ona, razem ze starszym, dziewięcioletnim bratem została wywieziona do Łambinowic. Zajęło się nimi gestapo. Brat próbował uciekać i został rozstrzelany, ją wywieziono do... Gross-Rosen.

    Po co?
    Zapytałem ją, co sześcioletnia dziewczynka miałaby robić w tym ciężkim, hitlerowskim obozie koncentracyjnym. Wypytywałem ją o układ baraków obozowych, ich rozstawienie, podpiwniczenie i inne szczegóły, o których wiedziałem: na przykład, czy były kafle na podłodze, bo takie odkryliśmy ze studentami podczas prac porządkowych. Na wszystkie pytania odpowiadała bardzo precyzyjnie. Nie miałem żadnych wątpliwości – ta kobieta musiała długo przebywać w obozie w Gross-Rosen. Wiele szczegółów z jej opowieści zgadzało się z moimi spostrzeżeniami. Opowiedziałem jej o moim znalezisku: że widziałem w piwnicy obozowego baraku małe dziecięce podeszwy od butów. Poprosiłem, żeby mi wyjaśniła, skąd mogły się tam wziąć. Odpowiedziała, że zapewne była to piwnica baraku, najprawdopodobniej łaźni, należącego do SS--manów pilnujących więźniów w Gross-Rosen. I zaczęła swoją opowieść: Na kilka lat, po przewiezieniu z Łambinowic była wcielona do tak zwanego „dziecięcego komanda”, które funkcjonowało na terenie obozu, w części dla esesmańskiej załogi.

    Dziecięce komando?
    To było określenie, które usłyszałem od niej samej: „dziecięce komando”. Wcielone zostały do niego same dziewczynki, w wieku od 6 do 14 lat.

    Co robiły w obozie? Jakie miały zadania?
    Do codziennych obowiązków tych dzieci – była ich piętnastka – należało na przykład czyszczenie zabłoconych esesmańskich butów i mundurów, stałe utrzymywanie czystości, porządku w barakach załogi SS i inne prace zlecane przez nadzorujące dziewczynki „wychowawczynie”. Baraków, które dzieci musiały codziennie sprzątać, było 15, a samej załogi SS – około 150 osób. Pracy więc miały sporo. Baraki SS były oddalone od baraków więźniów, dlatego też – według mojej rozmówczyni – zwykli więźniowie, mężczyźni, mogli nie widzieć krzątających się dzieci. Stąd, być może, nikt z byłych więźniów Gross--Rosen nie wspominał o dzieciach.

    Dlaczego do prac porządkowych i usługowych „zatrudniono” w obozie dzieci?
    Bo tak było bezpieczniej dla esesmanów. Dzieci łatwiej było zastraszyć, dzieci nie stanowiły takiego zagrożenia, jak np. więźniowie mężczyźni.

    A skąd te podeszwy oderwane od trzewików?
    Za najdrobniejsze zaniedbania w obowiązkach dzieci z komanda były surowo karane. Na porządku dziennym było to, że „wychowawczynie” biły dziewczynki pejczami, które cały czas nosiły przy sobie. Dwie młode esesmanki były szczególnie sadystyczne w wymyślaniu nagan. Jedną z dotkliwszych kar było stanie całego dziecięcego komanda kilka godzin na mrozie. Żeby kara była zapamiętana na dłużej, esesmanki kazały odrywać podeszwy od butów i stać na mrozie w samych cholewkach, gołymi stopami na śniegu lub lodzie.

    Dlaczego tak?
    Z prostej przyczyny – być może niektórzy Niemcy nie zgadzali się na tak dotkliwe kary dla dzieci. A gdy dziewczynki stały w cholewkach na mrozie, wyglądało to tak, jakby stały w butach. Nie było widać, że w bucie nie ma podeszwy. I tak wyjaśniła się historia, która nurtowała mnie od początku lat 70.

    Udało się Panu dotrzeć do innych osób, które coś wiedziały na temat dziecięcego komanda w Gross-Rosen?
    Niestety, nie. Nie odnalazłem żadnych innych świadków, a i w Muzeum w Gross-Rosen też nie ma żadnych informacji na ten temat. a

    Rozmawiał Robert Migdał

    Liczymy na pomoc Czytelników „Gazety Wrocławskiej”. Ktokolwiek z Państwa ma informacje na temat „komanda dziecięcego” działającego w obozie Gross-Rosen koło Rogoźnicy, prosimy o kontakt.

    Może ktoś z waszej rodziny, przyjaciół lub znajomych wie coś na ten temat?
    Prosimy zadzwonić (tel. 71 37 48 138), napisać mejla na adres: robert.migdal@gazeta.wroc.pl (w tytule mejla wpisując „komando dziecięce”) lub przysłać informacje zwykłym listem na adres: Robert Migdał, „Gazeta Wrocławska”, ul. św. Antoniego 2/4, 50-073 Wrocław.

    Czytaj także

      Komentarze (2)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Dziękuję

      gość (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 2

      Bardzo ciekawy wywiad.

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      publikacja

      lokalna (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 4

      Ten artykuł i apel o kontakt powinny się ukazać w wydaniu ogólnopolskim, a nie tylko tu w górnej zakładce, oczywiście jeśli faktycznie chcecie dotrzeć do kogoś, kto ma informacje

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama