I z przegrzania ludzie umierają, i z nudów

    I z przegrzania ludzie umierają, i z nudów

    Paweł Zarzeczny

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    I z przegrzania ludzie umierają, i z nudów

    ©Polskapresse

    Sroga zima. Pisze rodzina z Moskwy do rodziny z Irkucka: "Mróz minus 30, czas już czapki i szaliki zakładać". Po trzech tygodniach odpowiedź: "A u nas minus 50, trzeba na noc okno zamykać!". No więc tyle wstępu. Jakby ktoś dalej bredził, że Polskę dotknął jakiś straszliwy kataklizm. Ot, paru misiom zmarzły dupki, i tyle…
    I z przegrzania ludzie umierają, i z nudów

    ©Polskapresse

    Ja od dzieciństwa chowany byłem w podziwie dla mrozu - od Jacka Londona począwszy. Albo przygód Amundsena, dzielnego polarnika, które pochłaniały wyobraźnię. Chciał zdobyć biegun północny - uprzedził go jednak Peary. Kibicowałem mu w wyprawie na biegun południowy (na kartach książki, rzecz jasna) i Amundsen go zdobył. Ale ja zamiast się cieszyć, współczułem już Scottowi, który dotarł do celu ledwie kilka dni później, a zrozpaczony zobaczył tylko opuszczony namiot zwycięzcy, a w drodze powrotnej zmarł z wycieńczenia. O mrozie mówić nawet nie wypada, było minus 70!

    Czytając te opowieści, płakałem i marzłem razem z moimi bohaterami... A Amundsen podzielił zresztą los Scotta. Gdy pomknął saniami ratować włoski sterowiec Italia, konstruktora Nobile, który spadł gdzieś w Arktyce. Ślad po Amundsenie zaginął wtedy na zawsze. A ten Nobile uratowany cudem przez radziecki lodołamacz "Krasin" dożył niemal setki jako generał włoskiego lotnictwa, gdy lepsi i godniejsi od niego pozamarzali na wieczność. Jak ci marynarze z Czukotki, jak pionierzy z Gór Skalistych - zjadający się nawzajem. Tej zimy wielu także zamarznie, ale i z przegrzania ludzie umierają, i z nudów. W ogóle - ludzie umierają ze wszystkiego. Dopiero na samym końcu ze starości.

    Zima. Kiedyś, kilka lat temu, kolega zaproponował mi zdobycie polskiego bieguna, bieguna zimna. Miał być w okolicach jego pałacu, w miejscowości Ublik na Mazurach. Pojechałem z duszą na ramieniu, ale była to jedna z piękniejszych podróży - choć najmroźniejsza. Minus 40, a my w samych swetrach i z pochodniami godzinami maszerowaliśmy wokół pałacowego jeziora. Sceneria boska, zielono, piękny cmentarz. Ten mój kolega Wiesiek Giler (zmarł właśnie na raka mózgu, to były szef kibiców Legii - jakby to wam powiedzieć, nie wszyscy to fani chuligani) odrestaurował groby rodów pruskich, Zedwitzów, Lehwaldów, Kullak-Ublików, choć po właścicielu sklepów spożywczych zupełnie się tego bym nie spodziewał. No, i potomek tych dziedziców również! Kiedyś przyjechał na ziemię ojców - Wiesiek w strachu, że może chce odzyskać ojcowiznę - a tu zaskoczenie! Starszy pan okazał się byłym ambasadorem Niemiec w Moskwie. Mężczyzną z wielką klasą. I kiedy zobaczył, jak Polak zadbał o groby jego rodu (a Wiesiek zbudował też groby czterem radzieckim żołnierzom i jednemu niemieckiemu - Nieznanemu), pomógł uzyskać milion euro z Unii na odbudowę zabytków. Danke!

    A działa się tam historia, i to mroźna. Jednej zimy to w Ubliku zaplanował operację "Barbarossa" - plan napaści na ZSRR - Adolf Hitler. Hm, przespałem się nawet w łóżku tej kanalii, i - uwierzcie - wolałbym jednak być w kilkunastu innych łóżkach, rozumiecie mnie chyba dobrze. Hitler zresztą zafundował rodakom najmroźniejsze wtedy wakacje, co pięknie widać w filmie "Stalingrad" - jak zamarza naraz niemal milion ludzi, wielu ze Śląska, Pomorza, czyli jednak i naszych... Brr... No, ale w tym Ubliku nie tylko żeśmy wspominali stare dzieje, ale również się wygłupiali zdrowo. Jeden z polarników, ksiądz Franek z Wawra (niech będzie pochwalony!) wyjął zaraz przy obiedzie... pistolet. A zapytany przeze mnie, czy ma pozwolenie, odparł, że nie musi, bo to replika z XIX w. No i wziął woreczek z prochem, pakuły jakieś, ołowiane kule, no i począł katechezę z nabijania broni. A po cośmy ją nabijali? Żeby zapolować na zające! I z głodu nikt w te mrozy nie umarł. Przy minus 40.

    No dobra, przestańmy się rozczulać z tą zimą - wie to każdy, kto raz pojechał koleją transsyberyjską, tydzień z okładem do Irkucka. Na rozgrzewkę są tylko spirit i czaj, a dowcipy wśród podróżnych kończą się trzeciego dnia najpóźniej. Jak w tym pytaniu współpasażera do kolegi, czy miał jakiś bliższy związek z sobaką (zoofilia, da, da!), a na wątpliwość, skąd aż tak idiotyczny temat porusza: "A, dla poddierżenija razgawora!". No więc bez paniki, choć raz w zimie naprawdę panikę przeżyłem. Było to na zimowisku w Spale (komuna nas hartowała, i dobrze, inaczej byśmy dziś padali jak muchy!). Widząc w pensjonacie, jednym z wielu, piękne poroża jeleni na ścianach, nieopatrznie pochwaliłem się, że takie same widziałem rano, na wycieczce do lasu... No i buch! Nagle wszyscy wychowawcy w komplecie zakrzyknęli, że pojedziemy po ten skarb rano! No i obudzili mnie o świcie i we trzech albo czterech ciągnęli saneczkami przez las, a jest on tam wielokilometrowy. No i kiedy się jednak zaczął kończyć, wyznałem, że… nie pamiętam, gdzie to całe poroże leży. No i skutek był taki, że sankami jechałem, ale pieszo wracałem. Była to jednak lekcja - ludzkiej chciwości, czego po dorosłych się nie spodziewałem. Taa, mój idealizm nie miał nigdy żadnej szansy, by się rozwinąć.

    A jak o dorosłych - niech będzie i o dzieciach, oczywiście własnych, o ich zimie. Córa, małoletnia, rok w rok jeździ sama na narty, w Alpy albo na Słowację, by się hartować. Ale w zeszłym roku już pierwszego dnia telefon: - Zabierz mnie! Nie mam koleżanek! Chora jestem! Uciekłem się do kłamstwa: - Widziałem się wczoraj z Dodą. I ona mówi, że jak była na zimowisku chora, to nie pękała...

    I za godzinę telefon: - Tato! Już nie chcę wracać! Wszystkie dziewczyny chcą się ze mną przyjaźnić! Bo mój tata zna Dodę! No więc jak to powiedzieć - danke, Doda! A syn mnie zwykle wkurza - mianowicie wciąż wędruje w góry, nie bacząc na kilkukrotnie złamaną nogę. Co dziwne, lubi tam się pchać wtedy, gdy najzimniej. A od paru lat uprawia sport polegający nie na zjeżdżaniu na nartach z góry, ale na kierunku odwrotnym - wjeżdżaniu. Służą temu jakieś dziwne narty ze skórą foki od spodu (co na to obrońcy zwierząt?), która się nie ślizga i pozwala zdobywać szczyty. Cóż, nie wdał się we mnie, mnie inne w głowie szczytowanie. Ale za nim trudno trafić, wędrownik. - Masz jakiegoś szefa? - ostatnio zapytałem... - Chyba tak. W Australii. Albo nie, w Szwecji teraz może być. - A masz jakąś sekretarkę? (to pytanie podchwytliwe, miałem nadzieję, że pochwali się jakąś superlaską). - Mam. W Londynie. Bilety lotnicze mi rezerwuje. Ale jak ostatnio kupiła mi na rumuńskie linie, to sobie już sam wolę rezerwować...

    No więc w takim powariowanym świecie przyszło nam żyć, w świecie mrozu, nart pod górę i WikiLeaks. O tych ostatnich króciutko - szkoda mi was, chłopaki, bo paru wpadnie przypadkiem pod auto, paru przypadkiem do wody, jak chorąży Zielonka do Wisły, a paru najzdolniejszych - trafi do Departamentu Stanu, żeby teraz sprzedać kolegów (jak ten oszust DiCaprio ścigany przez Hanksa, fałszerz, który zamiast do ciupy trafia do Federal Banku). To nie jest fikcja. Choć od Spielberga.

    No dobra, dojechaliśmy z Moskwy do Irkucka, więc i tamtejszy żart na koniec, jak to w odwiedziny przyjeżdża teściowa (przyda się wam może na święta).
    - Na długo do nas mama przyjechała?
    - Dopóki się wam, dzieci, nie znudzę!
    - No to się mama nawet herbaty nie napije?

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      kawały z brodą

      billyboy (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 27 / 11

      Lubię pana czytać ale proszę o trochę więcej wysiłku w dobieraniu dowcipów!Te ,dzisiejsze chodziły w moim przedszkolu lat temu 60!!!!!!

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama