Totalny Niemen i swoiste resume, czyli Jacek Bończyk na 35....

    Totalny Niemen i swoiste resume, czyli Jacek Bończyk na 35. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej

    Małgorzata Matuszewska

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Jacek Bończyk, śpiewający aktor, reżyser koncertu finałowego Przeglądu Piosenki Aktorskiej, odkrył Czesława Niemena spełnionego w swoim artyzmie i sztuce. Pokaże go w finale PPA. W swoim własnym recitalu zaśpiewa m.in. utwory Młynarskiego, Staszewskiego, Stachury.
    Jacek Bończyk

    Jacek Bończyk ©Andrzej Świetlik

    Wystąpi Pan z koncertem „Resume”. Nie za wcześnie na podsumowanie?
    Resume to dla mnie raczej życiorys, a nie podsumowanie. Mój wydawca wymyślił sobie płytę „Jacek Bończyk - The best of”, a ja niekoniecznie lubię wracać do swoich dawnych wykonań. Każdy chyba artysta wychodzący ze studia po nagraniach, po jakimś czasie myśli: na pewno można było to zrobić inaczej lub po prostu lepiej. Wyobraziłem sobie, że na takiej płycie znajdą się pewnie dwa utwory z płyty Następny, dwa z Tanga Kameleon i jakieś pozbierane utwory koncertowe, więc z muzykami, z którymi teraz gram, doszliśmy do wniosku, że wolimy wejść na trzy dni do studia i nagrać materiał na tzw. setkę. I zrobiliśmy to. Ta płyta oddaje temperaturę i emocje naszych koncertów. Jestem z niej zadowolony, zwłaszcza z kilku piosenek ulubionych Francuzów w zupełnie innych, nowych aranżacjach.

    Czyli są różnice?
    Oczywiście, jest na przykład ogromna różnica między Libertangiem, nagranym przed laty z Hadrianem Tabęckim i Grupą MoCarta a naszym dzisiejszym – tam zabrzmiały w aranżacji głównie smyki, a teraz „jedzie” to zupełnie inaczej. Kompletnie inaczej gramy La boheme czy Kino. Ta płyta nie jest odgrzewanym i przypadkowym zbiorem starych nagrań, bo tego po prostu nie lubię. Dużą przyjemność czerpałem z sięgnięcia po kilka piosenek, na których wyrosłem, które miały na mnie wpływ. Bardzo istotne jest to, że każdej z tych piosenek coś zawdzięczam. Przejście przez utwory Młynarskiego, Francuzów, Staszewskiego, Stachurę i dopełnienie tego moimi tekstami pokazuje to, w jakiej formie jestem dzisiaj, wiele lat po tak zwanym debiucie i pierwszych płytach. To już dziewiąta i żarty się skończyły (śmiech).

    Ma Pan ulubioną piosenkę?
    To bardzo trudne pytanie. Wszystkie są ważne.

    Bo każda ma w sobie coś?
    Każda jest związana z jakąś historią, nie ma przypadkowych. Środowiskowo mówi się, że na każdej płycie zawsze znajdą się jakieś dwa numery, będące tzw. zapychaczami. U mnie takich nie ma, bo te piosenki są żywe i albo drażnią, a nawet bolą, albo wzbudzają piękne emocje. Cieszę się, mogąc powiedzieć, że pracując przez całe lata z piosenką, udało mi się nie śpiewać rzeczy nieważnych.

    To może jest najbardziej szczególna?
    Piekielnie mocno przeżyłem płytę Mój Staszewski. Wiele lat temu na PPA wziąłem udział w koncercie Wojtka Kościelniaka z piosenkami Taty Kazika i pamiętam, że już wtedy zrobiły one na mnie wielkie wrażenie. Miałem jednak pełną świadomość, że żeby zaśpiewać program „barda socrealizmu”, trzeba do niego dojrzeć, coś przeżyć, oberwać parę razy od życia, a potem znaleźć dystans. I do płyty Mój Staszewski zbierałem się bardzo długo. Gdy już powstała i zaczęliśmy ją grać, okazało się, że jest jedną z ważniejszych wypowiedzi w moim życiu, choć są na niej nie moje teksty i kompozycje. Wykonanie piosenki wtedy ma sens, kiedy tak intensywnie wejdziemy w czyjś tekst, że możemy go przekonująco śpiewać, jak swój.

    Był Pan na Ostrowie Tumskim. Jaki jest Pana Wrocław?
    Nie jestem tu tak często, jak chciałbym (kiedyś bywałem częściej, bo grywałem przecież w Capitolu), teraz tylko przejeżdżam – jadąc do siostry do Wałbrzycha albo grając koncerty. Mój Wrocław? Ilekroć jestem we Wrocławiu, zawsze odkrywam, że tutaj spokojniej chodzą ludzie, jeżdżą na rowerach, nie trzeba się nigdzie aż tak bardzo spieszyć. W Warszawie mogę spokojnie pospacerować z psem na moim Zaciszu albo jeśli wyjadę poza miasto. W Warszawie przeważnie nie mam czasu – zawsze się śpieszę do studia, na próby, do teatru… A tutaj zostawiam samochód i nie wsiadam do niego przez cały festiwal. I robię raz za razem rundkę do Rynku, na Ostrów Tumski, chodzę swoimi ścieżkami, przysiadam na ulubionej ławce. Potem się zastanawiam, gdzie zjeść i oczywiście zawsze trafiam do La Scali, bo mnie od lat nie zawodzi. Okazuje się, że wciąż niezmiennie spotykam ludzi, których tu znałem, mieszkając kilka lat temu. Tak więc czas na PPA to jest rodzaj święta i celebrowania dawnych ścieżek... Z dużą przyjemnością patrzę, jak Wrocław się rozwija i stał się europejskim miastem.

    Widział Pan nową szkołę teatralną?
    Nie. Tylko przejeżdżałem obok. Kiedy jeszcze Wydział Aktorski był na Jastrzębiej, starałem się do niej wpadać z sentymentu, spotkać z dawnymi profesorami. Słyszę od wielu ludzi, że przy Braniborskiej to jest teraz szkoła „pełną gębą”. Jerzy Bielunas, który uczył mnie i wciąż tam uczy, pytał nawet, czy bym się nie spotkał ze studentami, ale z lekka drętwieję na samą myśl, że miałbym im opowiadać, co zrobić ze swoim życiem po szkole teatralnej. Nie uzurpuję sobie prawa do przekazania formuły czy recepty.

    Przecież przydałyby im się różne punkty widzenia…
    No, może tak (uśmiech). Ale jest różnica między zaproszeniem absolwenta Roberta Więckiewicza, który zrobił niesamowitą karierę w kinie, czy Joli Fraszyńskiej – a mnie. Mam świadomość, że dużo pracuję i generalnie robię swoje, ale daleko mi do odcinania kuponów czy pokazywania siebie jako człowieka, któremu „się udało”.

    Przecież do tego zawodu powinno się iść, by zostać świetnym aktorem, nie gwiazdą–celebrytą.
    Pani o tym wie i ja też wiem. Ale mam coraz więcej wątpliwości, czy młodzi ludzie wiedzą, po co tam idą. Jestem idealistą i zawsze jestem trochę z boku całego celebryckiego cyrku. Nie zamierzam być banitą, ale niezmiennie nie zgadzam się na wiele rzeczy, które dzieją się w teatrze czy w mediach publicznych. Doszedłem do momentu w życiu, kiedy stwierdzam, że w niektórych rzeczach po prostu nie muszę brać udziału. Biorę udział w tych, które mnie kręcą. Dobrze mi robi świadomość, że mogę sobie na to pozwolić.

    Jaki jest Pana Wałbrzych?
    Na szczęście się zmienia. Przez całe lata miałem pretensje do rodzinnego miasta, że podupada, że jest szaro-bure, bez jasnych perspektyw. Ale to się zmieniło w ciągu ostatnich 3-4 lat. Wyremontowany Rynek robi wrażenie, kolejna odrestaurowana kamieniczka czy skwerek są zapowiedzią lepszego czasu. Nie chciałbym, żeby Wałbrzych kojarzył się wyłącznie z aferami czy zawalającymi się ulicami nad dawną kopalnią. Wolałbym mieć miłą pewność, że dzieje się tam coś dobrego, że jest na przykład bazą wypadową dalej, w góry, w które kiedyś tak często chodziłem. Nareszcie z ulgą stwierdzam, że ktoś tam zaczął sensownie myśleć i miasto nabiera innych kolorów. Zasługuje na to.

    Co usłyszymy podczas koncertu?
    Przede wszystkim materiał z ostatniej płyty, ale pewnie dłużej zatrzymamy się przy Moim Staszewskim, poza tym zagramy moje autorskie utwory, które dosyć nieśmiało wpakowałem na płytę. To piosenki z wątkiem kosmicznym, bo co jakiś czas z niezmiennym zdumieniem stwierdzam, że znikają z mojego pola widzenia różni ludzie: bliscy, znajomi, znani z gazet czy z tego, że podziwiałem ich, z powodu tego, co w życiu robili. Zastanawia i zaciekawia mnie inny wymiar, ale nie myślę o nim źle, raczej nastraja mnie pozytywnie. Pierwszy utwór z tego cyklu pojawił się u mnie, kiedy roztrąbiono wszem i wobec kolejny koniec świata. Utwór Wniebowzięci powstał specjalnie na 21 grudnia 2012. Potem okazało się, że końców świata będzie więcej, ale tamten dzień zrobił na mnie jakieś szczególne wrażenie. Zdałem sobie sprawę z tego, że i tak nie jesteśmy na to przygotowani, i tak nie da się nic zrobić, jedyne, co można, to posprzątać dom i zadzwonić do bliskich.

    W Kombinacie na 23. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej to nie Pan śpiewał piosenkę Obcy astronom.
    Nie, ale śpiewam ją, kiedy gram ze Zbyszkiem Krzywańskim. Ostatnio zaczęliśmy grać koncerty we dwóch – Czarno-białe ślady, a w pro gramie mamy piosenki Republiki i Depresjonistów. Okazuje się, że taka forma też się fajnie sprawdza. Zaaranżowanie utworów Republiki na dwie gitary i czasem tamburyn okazało się bardzo ciekawą formą. Wiosną będziemy z tym koncertem we wrocławskim Imparcie. A kosmos zaciekawia mnie, zdumiewa, niezmiennie go nie pojmuję, nie ogarniam. Myślę, że gdzieś tam są moi bliscy, którzy odeszli. Wróciły do mnie dalekim rykoszetem dwa utwory napisane przeze mnie – nie dla mnie. Jedną piosenkę napisałem na jedną z płyt Michała Bajora, zachwycił się nią jeden z moich muzyków i przygotował udaną aranżację. Jest także utwór otwierający płytę Kasi Groniec sprzed kilku lat – Przypadki. Mam nadzieję na fajne dwa koncerty. Mimo tzw. wysługi lat przy festiwalu, zawsze jest to okupione stresem i zastanawianiem się, jak takiego dzisiejszego Bończyka ludzie przyjmą.

    Wspomniałam Kombinat, był niesamowity…
    Moje życie dzielę na: do Kombinatu i po Kombinacie. To był niezwykły program i czas, legendarne już spotkanie z Republiką, z grupą utalentowanych ludzi, z którymi wtedy pracowaliśmy.

    Teraz pracuje Pan nad piosenkami Niemena. To też niezwykłe spotkanie.
    Musiałem „wykosić” kilka rzeczy z kalendarza, żeby rzetelnie przekopać się przez całą twórczość Czesława Niemena, o której wiedziałem naprawdę niewiele. Dopiero dzięki spotkaniom z Małgorzatą Niemen, z Natalią, odnajdując jego płyty, prześliznąłem się przez wszystkie rejony muzyczne, które przeszedł, a o których nie wiemy. Odbiorcy talentu Niemena zatrzymali się na Śnie o Warszawie i Pod Papugami, a on przeszedł nieprawdopodobnie długą i niesamowitą drogę. Jego ostatnia płyta z 2001 roku, jest właściwie nieznana. Kiedy szukałem klucza, budując scenariusz koncertu, odkryłem kilka tekstów, które mnie szczególnie zaintrygowały, po czym okazało się, że to są teksty Niemena. Nie wiedziałem, że sam pisał teksty, najlepiej znamy go przecież z interpretacji Norwida. Czesław był też zapalonym grafikiem komputerowym. Odkryłem, że jego ostatnia płyta opatrzona bardzo dziwnymi obrazkami jest w całości jego autorstwa. Efekty moich poszukiwań publiczność zobaczy i usłyszy w koncercie Total Niemen, czyli o czym trąbodzwonisz. Chcę przedstawić Niemena totalnego, spełnionego w swoim artyzmie i sztuce, którego odnalazłem. Cały projekt został zaakceptowany i „pobłogosławiony” przez Małgorzatę i Natalię Niemen. Mam nadzieję, że ten koncert spowoduje, że ktoś będzie się chciał pochylić nad innymi piosenkami niż tylko tymi bardzo znanymi, z którymi już nic się nie da zrobić.

    Jacek Bończyk: Resume z wątkiem kosmicznym – 26 marca o godz. 18.30 i 27 marca o godz. 18, koncert finałowy Total Niemen, czyli o czym trąbodzwonisz wg scenariusza i w reż. Jacka Bończyka – 28 marca o godz. 16 i 20.30 w Teatrze Muzycznym Capitol. Program PPA na stronie www. wroclaw.naszemiasto.pl.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama