Rowerem przez Afrykę: Gorący oddech pustyni

    Rowerem przez Afrykę: Gorący oddech pustyni

    Łukasz Pałka

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Rowerem przez Afrykę: Gorący oddech pustyni
    1/22
    przejdź do galerii

    ©Fot. KP, JR, JM

    Pokonaliśmy na rowerach tysiąc kilometrów w jednym z najgorętszych i najbardziej suchych obszarów na Ziemi. A wszystko po to, by odnaleźć namibijską farmę Gumuchab, gdzie przed osiemdziesięcioma laty mieszkali Polacy. To u nich zatrzymał się przemierzający Czarny Ląd podróżnik Kazimierz Nowak.
    Przede mną dzika, nędzarna, pustynna Afryka aż po równik prawie! Oj! - będzie sporo trudu! - aż chwilami chęć odchodzi, żeby ruszyć, a jednak trzeba - byle woda była - byle unikać pragnienia, które tak wyczerpuje - tak strasznie męczy!" - pisał Kazimierz Nowak w liście do swojej żony 16 czerwca 1934 roku, siedząc nad rzeką Oranje na granicy RPA i dzisiejszej Namibii. Po latach również i my w tym samym miejscu rozpoczęliśmy naszą rowerową podróż na północ Afryki. Kraj przywitał nas ciągnącą się po horyzont pustynią, silnym, gorącym wiatrem (bardzo rzadko w plecy) i temperaturami sięgającymi 40 stopni Celsjusza.

    ***

    Wszędzie piach.
    Jego drobne ziarenka po nocnej zadymce znajdujemy w bagażu, butach, namiotach, które - wydawałoby się - były szczelnie zamknięte. Noc na pustyni jest zimna. Temperatura spada do poziomu poniżej 10 stopni Celsjusza, ale już około godziny 11 słońce z powrotem grzeje pełną parą. Kolejne kilometry pokonujemy na ważących po 30-60 kilogramów rowerach. Większość naszego bagażu to woda, którą uzupełniamy przy każdej nadarzającej się okazji. A tych jest jak na lekarstwo, bo wsie i miasteczka są oddalone od siebie o mniej więcej 150 kilometrów.

    Pijemy dużo, więc nawet zakładane pierwotnie dziesięć litrów "na głowę" dziennie okazuje się ilością zbyt małą. Ale po drodze zdarzają się niespodzianki, jak na przykład blaszany kiosk na samym środku pustyni. A w nim pani w lokówkach na głowie, sprzedająca suszone mięso antylopy i coca-colę. Jakaż to miła odmiana w porównaniu do zagotowanej wody w bidonie.

    Wszystkie koryta rzek, które mijamy, są wyschnięte. Jednak im dalej na północ, tym krajobraz robi się bardziej przyjazny. Gdzieniegdzie pojawiają się nawet drzewa. To na pustyni o tyle niezwykłe, że ich obecność za kilometr sygnalizowana jest specjalnym znakiem drogowym. Właśnie w ich cieniu znajdujemy trochę wytchnienia, starając się przeczekać najgorszy upał. Najtrudniejszy na całej trasie odcinek to ostatnie 30 kilometrów do miejscowości Mariental.

    Silny wiatr praktycznie uniemożliwia nam jazdę z prędkością większą niż 10 kilometrów na godzinę. Chronimy się przed nim nawzajem, jadąc obok siebie. Do miasta docieramy absolutnie wycieńczeni. A tu kolejna niespodzianka. Jak spod ziemi na stacji benzynowej wyrasta przed nami pan Witek Kozłowski. Na co dzień mieszka w RPA i pokazuje Afrykę polskim turystom. Polskich podróżników ratuje świeżymi owocami i sokami.

    ***

    Pan Witek to jedna z wielu osób, których pomoc i miły gest okazywały się dla nas bezcenne podczas tej trudnej podróży. Jak pracownicy szpitala w Karasburgu, który musieliśmy odwiedzić po spowodowanym silnym wiatrem upadku na rowerze. Jak policjanci z maleńkiej miejscowości Stampriet, którzy - gdy już otrząsnęli się ze zdziwienia na widok polskich cyklistów - na dokładnych mapach pomogli nam odnaleźć farmę Gumuchab. Jak właścicielka piekarni, która podarowała nam świeży chleb. Jak misjonarze, opiekunka ze szkoły dla dzieci w Aranos czy farmerzy, którzy ostrzegli nas przed zbliżaniem się do niektórych drzew, by uniknąć spotkania z żółtą kobrą czy czarną mambą.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama