Deep Purple rozniosą Wrocław

    Deep Purple rozniosą Wrocław

    JB

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Ich legenda nie tylko wciąż żyje, ale ma się zdecydowanie lepiej niż cała masa o wiele młodszych wykonawców - pisze Jakub Bocian
    Mało kto wie, że nazwa Deep Purple wzięła się od ulubionej piosenki babci Ritchiego Blackmore'a, a ich największy przebój - "Smoke on the Water" - no cóż... wielu na-zwałoby to kradzieżą.

    Z początkowego składu zespołu, który skompletowano w 1967 r., do dziś pozostała tylko... jedna osoba - perkusista Ian Paice. Pozostałych czterech muzyków, których już w niedzielę zobaczymy we wrocławskiej Hali Ludowej, dołączyło do Deep Purple na przestrzeni wielu lat działalności grupy.
    Ale wróćmy do roku 1967. Deep Purple mieli być wtedy tak naprawdę maszynką do robienia pieniędzy, wymyśloną przez trzech młodych biznesmenów, którym marzyła się kariera menedżerów. Dlatego też narodził się pomysł, żeby zespół był cover bandem, czyli kapelą grającą cudze utwory. W końcu ludzie lubią piosenki, które już słyszeli, a jeśli nie mogą usłyszeć "Help" Beatlesów na żywo, to będą zadowoleni z wersji "purpurowej".

    W latach 1977-1983, kiedy zespół po licznych perturbacjach tak naprawdę nie istniał, jego pierwszy wokalista, Rod Evans, postanowił sobie jeszcze trochę dorobić. "DEEP PURPLE", głosiły plakaty, po czym wymieniały nazwiska największych gwiazd, jakie miały okazję grać w kapeli. "RITCHIE BLACK-MORE, DAVID COVERDALE, IAN GILLAN, ROGER GLOVER, GLEN HUGHES, JON LORD, IAN PAICE" - wielkimi literami krzyczały do fanów ogłoszenia, po czym maluteńką czcionką szeptały: "nie wystąpią". Evans porwał się zresztą z motyką na słońce - wymyślił sobie, aby koncertom tego pseudo-Deep Purple nadać iście futurystyczną jak na tamte czasy oprawę: lasery, pirotechnika, nawet maszyny do wytwarzania suchego lodu na scenie! Do tego chwalił się, że jego zespół wykonuje wszystkie największe przeboje grupy: "Hush", "Highway Star", "Smoke on the Water", "Woman from Tokyo", "Might Just Take Your Life" czy "Mandrake Root". Fani doskonale wiedzą, że ża-den z oficjalnych składów Deep Purple nigdy nie wykonał wszystkich tych utworów naraz.
    Cóż jednak z tego, skoro większość z koncertów "Deep Purple Roda Evansa" (bo chyba możemy tak ich sobie roboczo na-zwać) kończyła się przed czasem z powodu zbyt żywiołowej reakcji publiczności. Reakcji w formie rzucanych w stronę muzyków krzeseł, butelek i innych przedmiotów, jakie tylko znalazły się w zasięgu ręki. Sam Evans musiał zaś zapłacić 672 tysiące dolarów odszkodowania za wykorzystanie marki Deep Purple. Ponieważ takich pieniędzy nie miał, stracił uprawnienia do tantiem z pierwszych płyt zespołu z jego udziałem.

    Zresztą w historii Purpli takich "niepewnych" momentów nie brakuje, zarówno wymierzonych przeciwko zespołowi, jak i wywołanych przez muzyków Deep Purple. Ich najsłynniejszy przebój - "Smoke on the Water" - słyszał chyba każdy. Charakterystyczny, chwytliwy riff Ritchiego Blackmore'a i żywiołowy śpiew Iana Gillana na zawsze wpisały się do żelaznej klasyki rocka i znajdują się w pierwszej dziesiątce większości list najbardziej rozpoznawalnych motywów muzycznych. Zasługi przypisuje się tu niezmiennie Blackmore'owi - genialnemu człowiekowi w czerni, który według wielu potrafi wręcz zaczarować gitarę elektryczną i wydobyć z niej dźwięki jak nikt inny. Jednak ze "Smoke on the Water" jest pewien problem... Chodzi o dosłownie dwa zdania, które podczas niej padły: - Zagrajmy to jak The Stooges w "Loose". Weźmy ten sam riff i trochę go przeróbmy - który z członków Deep Purple to powiedział? Trudno stwierdzić na pewno. Prawdą jest jednak, że porównanie obu utworów nie pozostawia wątpliwości: riff w "Smoke on the Water" jest prawie identyczny z tym w "Loose", nawet pod względem tempa i brzmienia.

    Czy to jednak komuś prze-szkadza? Na pewno nie fanom Deep Purple ani tym miłośnikom rockowego grania, którzy nie są zdeklarowanymi fanami tej kapeli. Bo "Smoke on the Water" to po prostu świetnie skrojony numer, silnie inspirowany innymi, ale i tak tworzący osobne, autorskie dzieło. No i oczywiście znakomicie przemyślany przebój, wpadający w ucho i rozrywkowy, ale nie kiczowaty. A o to wszystko razem w muzyce rockowej wcale nie tak łatwo. JB

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama