Kulisy serialowych przebojów reżysera Andrzeja Konica

    Kulisy serialowych przebojów reżysera Andrzeja Konica

    Lucjan Strzyga

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Ze śmiercią Andrzeja Konica skończyła się epoka wielkich, wystawnych seriali telewizyjnych, którymi włodarze PRL-u demonstrowali światu swoją potęgę. Na ówczesne tasiemce nie żałowano pieniędzy, pokazywali się w nich popularni aktorzy, majstrowali przy nich spece od pokazywania historii przez odpowiednio spreparowany ideologiczny filtr.
    Kulisy serialowych przebojów reżysera Andrzeja Konica

    ©Materiały promocyjne

    Ale w porównaniu z dzisiejszą serialową drobnicą dla półinteligentów seriale reżyserowane przez Andrzeja Konica jawią się niczym imponujące transatlantyki, do dziś ściągające przed ekrany rzesze maniaków.

    Co ciekawe, nim Konic stanął za reżyserskimi sterami "Stawki większej niż życie", przeszedł porządną szkołę zawodu, choć początkowo nic nie wskazywało na to, że zostanie filmowcem. W 1948 roku, jako 22-letni młodzian, ukończył SGH i zaczął pracę w Centrali Handlu Zagranicznego "Ciech". I trwałby pewnie za ekonomicznym biurkiem, gdyby przypadkowo nie wygrał konkursu na lektora radiowego. Potem był teatr (debiutował na początku lat 50.
    w spektaklu "Poemat pedagogiczny"). Zaś po kilkuletniej wędrówce po teatralnych scenach trafił do telewizji: w 1963 roku zdał egzamin eksternistyczny na reżysera. Ponoć swoją karierę telewizyjną zawdzięczał wszechwładnej wówczas Janinie Planer, ale jeśli nawet tak było, świadczy to, że miała nosa do wschodzących talentów.

    Kilka lat spędzonych w telewizji to ciąg programów literackich i widowisk. Wtedy Konic wyreżyserował m.in. adaptację "Ani z Zielonego Wzgórza", którą wciąż oglądają kolejne pokolenia milusińskich: miała 132 premiery i dziesiątki przedstawień. W tym czasie w Teatrze TV zrealizował 12 odcinków "Stawki większej niż życie". To przygody dzielnego kapitana Hansa Klossa, Polaka w służbie sowieckiego wywiadu, który przez całą wojnę kiwa Niemców, przyniosły Konicowi nieśmiertelność. Premiera pierwszego odcinka spektaklu miała miejsce 28 stycznia 1965 roku (następne pokazywały się na antenie co miesiąc). Przedstawienia szły "na żywo", a w roli głównej i w eleganckim niemieckim mundurze brylował Stanisław Mikulski.

    Spektakl podobał się nie tylko widzom, dumnym z rodaka, który tak sprytnie wystrychnął nazistów na dudków, ale przede wszystkim włodarzom kultury z Komitetu Centralnego. Dość szybko zapadła więc decyzja, aby z telewizyjnego przedstawienia zrobić pełnometrażowy serial. Nakręcono go, jak na warunki realnego socjalizmu, błyskawicznie: między marcem 1967 roku a październikiem roku następnego w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi. Zużywając do tego, jak skrzętnie odnotował kierownik produkcji Mieczysław Wajnberger, 30 tys. metrów taśmy filmowej. W serialu zagrało ogółem 700 aktorów, w tym ci najpopularniejsi, z Mikulskim w roli J-23. W jednym z odcinków ("Hotel Excelsior") pojawił się w epizodzie sam Andrzej Konic.
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Stawka wpisała się

      spokojny

      Zgłoś naruszenie treści / 37 / 38

      Stawka wpisała się w temat pod roboczym tytułem „Sylwetki Niemców i Polaków podczas drugiej wojny światowej w polskim filmie”.
      Zaczynam od pierwszego powojennego filmu...rozwiń całość

      Stawka wpisała się w temat pod roboczym tytułem „Sylwetki Niemców i Polaków podczas drugiej wojny światowej w polskim filmie”.
      Zaczynam od pierwszego powojennego filmu polskiego – „Zakazanych piosenek”. Film nakręcony tuż po wojnie można wręcz, jeśli chodzi o scenografię, traktować jako dokumentalny. Jak przebiega hitlerowska okupacja w Polsce? Widz może odnieść wrażenie, że w myśl piosenki „jak to na wojence ładnie”. Polacy? Głównie zajmują się śpiewaniem wesołych utworów w stylu „teraz jest wojna”; w domyśle – jest fajnie, handluje się, żyje się. Jest zdrada – zdradza Polak. Niemcy? Też są ale to jakieś nieszkodliwe typki, którymi nie warto się przejmować. Oto polski chłopak zaciąga „śpiewać się nie boję, bo mnie nie rozumią te szkopskie gnoje”. Nagle pojawia się umundurowany żołnierz niemiecki. Jaka może być jego reakcja na taką prowokację? To chyba jasne. Jest w końcu wojna. Niemiec zaraz wyciągnie rewolwer i zacznie strzelać albo co najmniej wsadzi polskiego bohatera za kratki. Tymczasem nasz hitlerowiec dobrodusznie przygraża palcem i łamanym polskim, duka z głupawą miną: „ja, ja, gnoje to my”. Czy takiego wroga można brać na serio?
      Niemiec „bawi, tumani, przestrasza”. Tyle, że przestrasza chyba głównie sam siebie. Czy wychowywanym takimi filmikami pokoleniom Polaków mogło przyjść do głowy, że z Niemcami trzebaby rozmawiać twardo, stawiać żądania? Pewnie nie. Jak tu twardo rozmawiać z pokracznymi wesołkami granymi przez polskich aktorów-idoli? Co się dzieje dalej w rozważanym filmie? Niemiecka żandarmeria sprawdzająca pociągi kojarzy się z „kanarami”, którzy za chwilę postraszą okrzykiem „bileciki do kontroli”. Jak wyglądają te kontrole? Szykany, tortury, bicie, egzekucje? Nic z tych rzeczy. Hitlerowiec bierze do ręki „skrzypce” Szaflarskiej i ze zdziwieniem stwierdza sepleniąc „cieszke te kszypcze”. Po czym spokojnie odchodzi a Polka bez przeszkód wiezie dalej granaty dla partyzantów. Ci uganiają się po lesie i w ostatniej scenie filmu tryumfalnie kroczą krokiem defiladowym. Wygląda na to, że sytuacja była cały czas „pod kontrolą”. W pierwszym szeregu maszerują chłopcy z „talerzami” czyli erkaemami-de, Diegtiariewa. Robią wrażenie. Wojna wygrana. Brakuje tylka z angielska rzuconego do Niemców tekstu, znanego z amerykańskich filmów policyjnych: senkju for kooperejszon, „dziękujemy państwu za współpracę”. Czołówka polskiego aktorstwa dba aby widzowi miło się te bajeczki oglądało. Co można czuć do sympatycznego kabereciarza Dziewońskiego? Obsadzono go w roli gestapowca. Inną sylwetkę gestapowca kreuje Janusz Kłosiński, który polskiemu widzowi skojarzy się głównie z uśmiechniętym sierżantem Biełousowem z „Pancernych”. Kolejny gestapowiec to popularny później „Zagłoba” – Kazimierz Wichniarz. W rolę esesmana zdążył się także w polskiej kinematografii wcielić nawet Wiesław Gołas. A nie można było w roli Niemców obsadzać konsekwentnie aktorów niemieckich? Tak zrobił np. Polański w „Pianiście”. A lata później, na warszawskiej wystawie pokazującej aktorów w mundurach nazistowskich, pojawi się Daniel Olbrychski, protestujący w szablą Kmicica w ręku. Ale gdy można było wcześniej wziąść kasę za rolę w filmie jakoś nie protestował.
      Wojenna komedia w filmie polskim to rzecz częsta. Bohaterowie? W „Gdzie jest generał” gamoniowatego polskiego szeregowca gra Jerzy Turek. Jego przeciwnikiem jest jeden z „etatowych” generałów niemieckich polskiego filmu – Stanisław Milski. Zapadł pokoleniom polskich widzów w pamięć rolą roztrzepanego profesorka w „Szatanie z siódmej klasy”. Aktor drugoplanowy, zagrał też hitlerowskiego generała w „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”.
      Już sam tytuł tego ostatniego filmu jeży włosy na głowie. Przez jego dwie części Marian Kociniak nieustannie powtarza, że to on rozpętał drugą wojnę światową. Ubaw po pachy. Widz w Indonezji czy Nigerii zapewne sięgnie do Wikipedii żeby dowiedzieć się gdzie i kiedy zaczęła się druga wojna światowa. Przeczyta, że „wojna zaczęła się w Polsce 1-go września 1939”. Resztę może sobie dośpiewać: wojnę rozpoczęli Polacy. Przesadzam? Pewnie tak. Tego filmu w Afryce i Azji nikt nie obejrzy. Ale co z kolejnymi pokoleniami Polaków w Polsce? Czy na pewno im się nie przemieszają humorystyczne wątki z historyczną prawdą? A filmik od czasu do czasu pojawia się na ekranach „na życzenie telewidzów”.
      Kociniak „naprawiając prysznic” gimnastykuje się w tańcu na rurze, kręconej przez niemieckich żołnierzy. Polska kinowa czy telewizyjna publika ryczy ze śmiechu. Jest wojna. Jest obóz. Jest wesoło. W tym obozie zresztą Polacy też głównie spiewają piosenki a wolnych chwilach budują tunel. Z Niemcami bawią się w chowanego. Uzbrojonego niemieckiego wartownika można obrzucić kamieniami. Ten strzela? Nie, reaguje jakby miał do czynienia z niesfornymi przedszkolakami puszczającymi papierowe samolociki. Jest wojna. Jest obóz. Jest wesoło.
      Nasz bohater nie ma problemu nawet z gestapo. W końcu esesmana gra przymilny „Bruner” czyli polski król Jagiełło z „Krzyżaków”. Swój chłop – Emil Karewicz. Jak wygląda scena przesłuchania Polaka przez gestapowca? Znowu jest zbiorem skeczy i wiców, na które polski odbiorca nie może zareagować inaczej jak salwami, wyzwalającego z polsko-niemieckich kompleksów, śmiechu. Oto reżyser „Jak rozpętałem” wyposaża „dla hecy” gestapowca w kuriozalny biały szal, bo największym problemem hitlerowca jest ból gardła. Do tego dochodzi ból głowy po usłyszeniu niewymawialnego polskiego nazwiska: Zbrzęszczyszczykiewicz. Wojna wygrana. Komu by przyszło do głowy ścigać po takim przedstawieniu Brunera za zbrodnie wojenne? Tych zbrodni po prostu na filmie nie ma.
      W ten sposób znaleźliśmy się w kręgu sztandarowego dzieła filmowego polskiej kinematografii wojennej – „Stawki większej niż życie”. To już nie pojedynczy film. To osiemnastoodcinkowy monument, z poprzedzającym go czternastoodcinkowym widowiskiem teatralnym. Do tego wydano komiks, film szedł w kinach, dotarł do wielu krajów świata (np. Szwecja), niezliczone nagrody, do dziś wznowienia i emisje. Fenomen zauważył nawet niemiecki „Spiegel”, zamieszczając zdjęcie Mikulskiego w nazistowskim mundurze z podpisem „takim pokochały go miliony Polaków”. Niemiecki tygodnik się nie mylił. Wybór gwiazd ekranu na tylniej stronie kosmetycznych lusterek w Ludowej Polsce nie był duży. Można było kupić Indianina Winetu albo eleganckiego oficera hitlerowskiego kontrwywiadu – kapitana Klosa. Eleganckiego, jak wszyscy inni niemieccy oficerowie w „Stawce”. Nienagannie skrojone mundury, praca w rękawiczkach (dosłownie).
      Gdy w przyszłości pojawi się wersja z elektronicznymi zapachami (są już takie technologie) z pewnością poczujemy dystyngowaną woń słynnych francuskich perfum „Chanel Nr 5”. Trudno oprzeć się wdziękowi tych przedstawicieli „rasy panów”. Czy mogą widza pociągać postacie Polaków? Oto Bronisław Pawlik, starowinka Rzecki z „Lalki”, jak zwykle ze swoją zafrasowaną i niepewną minką. Gra dowódcę lokalnej partyzantki polskiej. Widzimy go na lichej furmance jak popędza bacikiem chudą szkapinę. Widz domyśla się, że jego uzbrojenie może składać się jedynie z „karabina na sznurku”. Co innego Niemcy. Ci wyposażeni są w Szmajsery, lśniące podobnie jak ich wyglansowane cholewki. Ścigają się wypolerowanymi Mercami po szosie. Ignacy Gogolewski wygrywa na pianinie sonaty przepijając markowym koniakiem. A tymczasem polski ruch oporu w osobie Nalberczaka z Damięckim siorbie jedynie cienkie lury („masz herbatę? to zaparz - przyniosłem cukier”).
      Otóż sylwetki bohaterów filmowych mogą być grane przez różnych aktorów, mniej czy bardziej sympatycznych, w zależności od potrzeb. Można też tak sterować scenografią, kostiumami, że widz będzie się identyfikował podświadomie równie dobrze ze stroną „silniejszą” jak i „słabszą”. Ze ściganym jak i ścigającym. Film to magia, King-Kong naprawdę miał 80 centymetrów wzrostu. Można też manipulować dobrem i złem. Zrobiono tak np. w ostatnim Batmanie, który przestaje być postacią jednoznacznie pozytywną, popełnia błędy i ma wątpliwości a więc jest bardziej „ludzki”. Przerzucono celowo część sympatii widza na nowy profil Jokera wykreowanego przez Huge Ledgera, rezygnując z jednoznacznie odrażającej postaci, zagranej we wcześniejszej wersji przez Jacka Nicholsona. Polski partyzant w szmaciakach i workowatych, wytartych spodenkach na pewno nie jest „sexy”.
      Ktoś powie: trzeba było tych ludzi tak ubrać, bo taka była prawda o zabiedzonych Polakach czasu okupacji. Otóż uważam, że nie trzeba było. Bo kręcono nie film dokumentalny ale sensacyjny, odwołujący się do emocji i można było skorzystać z możliwości jakie daje technika i swoboda korzystania z przeróżnych artystycznych mechanizmów. Można było zrobić herosów z Polaków, zrobiono z Niemców. Któż zachwycałby się sowiecką żołnierką Julie Christie w „Doktorze Żywago”, gdyby pokazano ją „zgodnie z prawdą”.? Wymizerowaną, wygłodniałą, wynędzniałą i z zapadniętymi policzkami. Szarą od brudu i niedomytą, z pożółkłymi zębami. Tymczasem pani ma zawsze wyfiokowane włosy, tryska świeżością, jak po wyjściu spod prysznica czy relaksującego masażu, nienaganny makijaż podkreśla starannie dobrany kolor szminki a bielutkie ząbki wyglądają jakby wzięte prosto z plakatu reklamowego renomowanych firm kosmetycznych. Inny przykład: Rambo. Nie da się go ubrać w nowy mundur Gwardii Narodowej czyli trzeba go pewnie puścić w jakichś poszarpanych kalesonach. Faktycznie, Sylwester Stallone ma na sobie opaskę na włosy i własnoręcznie wycięte nożem wdzianko ze starego worka, przewiązanego znalezionym sznurkiem. Tyle, że te rekwizyty pieczołowicie zaprojektował zdolny projektant mody. Tak dobrał proporcje i fason, że Rambo wygląda w tym „zajefajnie”. Jasne, że po emisji filmu na ulicach wzrosła ilość młodych ludzi z opaskami na włosy „a la Rambo”.
      Albo serialowy Zorro. Czy komuś przyszłoby do głowy identyfikować się z grubym sierżantem Garsiją? Ale w niedawnym filmie fabularnym sytuacja nie jest już tak jednoznaczna. To prawda, że para Banderas-Zetajones pozytywnie przyciąga uwagę widza ale już podstarzały Anthony Hopkins z brzuszkiem („prawdziwy” Zorro) budzi wątpliwości. Z kolei „druga strona” to wysportowani kapitan „Love” i Rafael Montero. Ani śladu nadwagi, inteligentni i dobrzy na szpady. Też mogą się podobać. Po emisjach „Tylko dla orłów” na polskich pagórkach pojawiała się dzieciarnia naśladująca przygody Richarda Burtona i Clinta Eastwooda w bawarskich Alpach. Brakowało tylko hitlerowskich mundurków do zabawy. A tam gdzie w polskim filmie zdecydowano się „podkolorować” postacie zyskiwały one dużą popularność. Tak było w „Wilczych echach”. Bruno O’ja galopuje na pięknym rumaku niczym na westernie i musi budzić sympatię jak każdy kowboj. Z kolei Mieczysława Stoora, który gra milicjanta, ubrano w ordynarny socjalistyczny podkoszulek na gołe ciało. W takiej kreacji nie mógł zyskać fanów (zyskał jako sympatyczny Sztedke w Klosie, i cóż z tego że gestapowiec?). Z kolei Marek Perepeczko epatuje w „Echach” muskularnym torsem. Prosty i celowo „za mały” pulowerek, podkreśla kulturystyczną fizyczność popularnego kilka lat później „Janosika”. Czy tacy aktorzy nie mogli się wcielić w rolę polskich postaci w wojennych filmach? Taka jest potęga kreowania charakterów w „fabrykach snów”. Jak to zrobiono w Klosie? Starano się patriotycznie podretuszować stronę polską? Nie bardzo.
      To u Niemców jest ciekawiej, zawsze „coś się dzieje”. Trzaskają obcasy i korki szampana. Oto scena hitlerowskiego powitania Nowego Roku. Niemieckie towarzystwo bawi jak zwykle niezawodny Emil Karewicz proponując: „a teraz wypijemy za zdrowie szturmbanfirera Brunera”. Ale co to? Rozlega się dźwięk przeciwlotniczej syreny alarmowej. Czyżbyśmy mieli jednak do czynienia z wojną? Zdaje się, że tak, bo cała grupa niechętnie odstawia kieliszki z zamiarem udania się do schronu. Zdziwione twarze Niemców – tak jakby to nie oni tą wojnę toczyli, jakby gdzieś w tle strzelali do siebie jacyś Rosjanie i Anglicy. Uff, alarm odwołany, zabawa trwa dalej. Jest wojna i jak już ustaliliśmy wtedy jest też na polskim filmie wesoło.
      Na szczególną uwagę zasługują piękne Niemki. Muszą być uznane za piękne jeśli nie chcemy podważać urodziwości polskich aktorek. Oto Inga czyli Barbara Brylska, ideał polskiej urody, o takich Perfect śpiewa w swoim hymnie „jej Poli Raksy twarz”. Faszyzm budzi w niej obrzydzenie. Wypiera się własnej rodziny, lgnie do Klosa (odcinek „Spotkanie”). W tym samym odcinku inna kobieca gwiazda – przystojna Barbara Horowianka. Mundur esesmanki podkreśla jej (niemiecką) kobiecość, której jedynym celem jest pomóc polskiemu agentowi. W ogóle Niemki wręcz nakręcają się gdy okazuje się, że Klos jest Polakiem. Tak dzieje się z Benitą von Hennig (flirtująca Iga Cembrzyńska, „Ostatnia szansa”) Ingrid Heizer (zalotna Lucyna Winnicka) czy „kuzynką Edytą” (urodziwa Aleksandra Zawieruszanka). W ogóle Niemki-modelki za punkt honoru stawiają sobie znajomość języka polskiego nawet jeżeli mieszkają w Buenos Aires. W „Podwójnym nelsonie” niemiecka major Anna Bosel (elegancka Wiesława Mazurkiewicz) już na wstępie wypala do Klosa: „Hans, jestem Niemką z Argentyny, znam nawet polski”. Owo „nawet” znalazło się w tej scence z pewnością przez zwykłe niedopatrzenie polskich konsultantów historycznych filmu. Wiadomo nie od dziś, że Niemki, zwłaszcza z Argentyny, znają język polski. Inna Niemka pokazana w tym odcinku to rodzaj Dody tamtych czasów – Iwa Młodnicka. Gra Ewę Fromm z Biura Bezpieczeństwa Rzeszy. Jasne, że jej praca polega tam wyłącznie na mikrofilmowaniu dokumentów dla Polaków.
      W opowieści scenarzystów Andrzeja Szypulskiego i Zbigniewa Safjana, Trzecia Rzesza, oprócz Niemek-miss-piękności walczących z Hitlerem, zaludniona jest polskimi i niemieckimi antyfaszystami. Już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że kontrolują oni centralę gestapo w Berlinie, podmieniając z łatwością próbki pisma Klosa. W odcinku drugim (Hotel Exclesior) dla Polski pracuje niemiecki nauczyciel wuefu w niemieckiej szkole - Hans Diederlich. Wystarczy w okupowanym Gdańsku przejść się nad Motławą a już pojawia się inny Polak (Georg), machając przyjaźnie gazetką. Oczywiście dla niepoznaki występuje jak zwykle w jakimś twarzowym mundurku – w tej scenie dla odmiany ubrano go w komplecik SA. Trójmiejska rozgrywka toczy się dalej. Oto „pan półka i spółka” (Tadeusz Bartosik) w akcji. Nic tylko za chwilę wyciągnie jakiegoś kota Telesfora z rękawa. Dyrektoruje w sopockim Grandzie. Robi się niebezpiecznie, bo na planie pojawia się gestapowiec Eryk. Zna samego Himlera. Obserwujemy go jak pijackim krokiem wchodzi i wychodzi parę razy z hotelu. Pod nosem pewnie mruczy „góralu czy ci nie żal”.
      Dwunasty odcinek w całości poświęcony jest walce niemieckich oficerów przeciw Hitlerowi. Dowodzi nimi prawa ręka firera – osławiony admirał Canaris. W pewnej chwili nie jest nawet pewien czy Klos czasem nie służy Hitlerowi ale sprawę wyjaśnia przedstawicielka innego dzielnego narodu - szwedzkiego - również walczącego z wodzem Rzeszy. Jest nią niezrównana Beata Tyszkiewicz (Kerstin Kield), która też pomaga Klossowi, pracując jednocześnie dla kilku innych wywiadów. W „Akcji Liść Dębu” widzimy wręcz całe zastępy dziewcząt i chłopców w uniformach Hitlerjugend, którzy pracują dla „człowieka Klosa” – Tomali (Janusz Paluszkiewicz).
      Wróćmy do postaci Polaków. Józef Nowak („W imieniu Rzeczyspospolitej”) wydaje wyrok śmierci na Klosa i mało brakuje a Andrzej Zaorski byłby go wykonał. Okazuje się jednak, że zdrajcą jest jak zwykle Polak – krawiec Skowronek (Jerzy Nowak). Podobnie w odcinku „Wielka wsypa”. Sypie Polak, handlarz przetworami mięsnymi – Zając (Bogusław Sochnacki). Nawet wśród braci bliźniaków (Maciej Damięcki gra dwa razy sam siebie) jeden okazuje się być zdrajcą. Wątpliwości budzi też przedstawiciel polskiej szlachty – hrabia Wąsowski (Władysław Hańcza, „Żelazny Krzyż”), uganiający się po lesie z dwururką w towarzystwie hitlerowców opowiadających „my tu polujemy na ludzi panie hrabio” (Ignacy Machowski jako Szandartenfirer Dibelius).
      Nie budzą natomiast wątpliwości Niemcy. Major Broch (Stanisław Zaczyk, „Edyta”) miesza z błotem Hitlera aż sam Klos musi go uspokajać: „ciszej, majorze, żołnierze usłyszą”. Z odpowiedzi majora wynika, że ci prości żołnierze niemieccy są też rzecz jasna zawołanymi antyfaszystami. Także niemieccy cywile, gdzie mogą, starają się szkodzić Hitlerowi. Gdy Klos zwierza się profesorowi Glasowi (Jerzy Kaliszewski, „Oblężenie”): „w 1940 miałem bronić pracę dyplomową na Politechnice Gdańskiej”, tamten ironicznie ripostuje „a teraz broni pan cywilizacji europejskiej?”. Oczywiście niemiecki profesor natychmiast podejmuje współpracę z Polakami. Musi do Polaków czuć wielką sympatię, bo broni nawet Polki przed własną żoną.
      Wermaht to sami rycerze. Jedynie paru wariatów z gestapo psuje tą sielankę ale też nie bardzo. Któżby przejmował się uśmiechniętym Sztedkem (Mieczysław Stoor, „Wiem kim jesteś”). Gdy ten próbuje zwrócić uwagę generała Wehingera (Seweryn Butrym) „akcją specjalną” tamten macha tylko ręką: „proszę mi nie zawracać głowy, róbcie swoją robotę, mnie nie interesują akcje specjalne, mnie interesuje, który z moich oficerów zdradził”. Wiadomo, dla niemieckiego generała honor na wojnie jest rzeczą najważniejszą. A cóż to za „akcja specjalna”? Egzekucje, aresztowania? Nic z tego. Dowiadujemy się, że Sztedke kazał „wysłać grupę Polaków na roboty do Niemiec”. Poczciwina z tego szturmbanfirera. Z czym mogą kojarzyć się „roboty w Niemczech” kolejnym pokoleniom Polaków? Ot, zwykły wyjazd do pracy na zarobek, do Irlandii czy do rajchu. Sztedke nie zawiódł.
      Czy można się dziwić, że szkolna dziatwa w Polsce po emisji Klosa, zamiast „w Indian i kowboi” zaczęła się bawić „w Niemców i Polaków”. Oczywiście według schematów wykreowanych przez reżysera Andrzeja Konica i w takt bum-bum-bum-muzyczki Jerzego Matuszkiewicza. Chętnie zatem podczas międzylekcyjnych przerw odgrywano scenki typu „salutowanie niemieckiego oficera” czy „stawianie na baczność Polaków”. Przy czym nie było za dużo chętnych aby wcielać się w rolę tych ostatnich. Ciekawiej było identyfikować się z jakimś grupenfirerem. Jest dawno po wojnie. Jest polska, powojenna szkoła. I jest wesoło.
      I nie może być inaczej. Skoro dziś popularności Klosowi zazdroszczą kolejni „Kiepscy”. Aktor Kotys i jego koledzy przebierają się, w którymś z odcinków, w hitlerowskie mundury. Pajacują, „jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawole”. W końcu ci ludzie też wychowali się na „Pancernych”. I w tym ostatnim serialu jest podobnie. Gustlik chowa się w trumnie i wyskakuje z przeraźliwym UUUUUUU na esesmanów. Tyle wystarcza żeby rozbić pluton Wafeneses. Parę odcinków później ten sam dzielny pancerniak wali chochlą w gara, co natychmiast rozbraja chyba z kompanię Niemców. Najgroźniejszy jest obergefrajter Kugel. Zajadły (dosłownie) Niemiec – przegryzł kable służące do wysadzenia tamy! Motyw symboliczny – dla Niemca w czasie wojny najważniejsze są hodowle róż. Biedny Gustlik, musi użyć pancerfausta. Tama pęka, wojna wygrana. Nawet gdy gestapowiec podnosi rękę na Janka (scena gdy słyszymy gruziński zaśpiew Grigorija) to tylko po to aby okazać się Polakiem szepczącym naszemu do ucha: „tam pod lasem skręcicie w lewo i w nogi chłopaki”.
      Tą wyliczankę da się długo ciągnąć. Nie inaczej jest w literaturze. Oto jedna z polskich książek dla młodzieży „Wielka wojna z czarną flagą”. Już sam tytuł zachęcający – sugeruje jekieś pirackie przygody. Nie inaczej na okładce – galimatias rąk i nóg gustownie upstrzony hakenkrojcami. Na wewnętrznej okładce zawadiacki bohater książki biegnie z hitlerowskim sztandarem jak na zawodach sportowych. Bowiem kontakty polsko niemieckie opisywane są tak jakbyśmy czytali sprawozdanie z towarzyskiego meczu Polska-Niemcy, 70 lat od wybuchu wojny, gdzie polski i niemiecki prezydent trzymają się za rączki, gdzie Polacy-Niemcy Klose, Trochowski i Podolski mogą strzelać do dowolnej bramki a po meczu polscy i niemieccy kibice idą razem na piwo.
      Podobnie jest w „Wielkiej wojnie”. Chłopaki z Hitlerjugend częstują polskich harcerzy fajkami: „pal, to Juno, dobre niemieckie papierosy”. Ci ostatni jednak nie palą i wygrywają zawody. Po zawodach udają się do domu aby od kołdrą poczytać fajne książki przy latarce (rodzice każą iść spać). Co to za lektury? Może Sienkiewicz? Nie, to dzieła innego Niemca, Karola Maya. W ogóle Niemców warto podziwiać.
      Rzecz dzieje się na Zamojszczyźnie. W rzeczywistości w tym czasie miały tam miejsce brutalne pacyfikacje, wywózki, rzezie. Takich chłopców jak w książce germanizowano odrywając od rodziców. Czytelnik się tego z książki nie dowie. Jeden z młodych Polaków mówi do drugiego: „biegnę na Grodzką, stoji tam dywizja czołgów niemieckich z korpusu afrykańskiego, mówię ci, mają takie fajne żyrafy wymalowane na pancerzach, muszę to zobaczyć”. Są też postacie negatywne. Oczywiście Polacy. Pan Modrak staje się folksdojczem. A fe.
      A Niemcy? Nie budzą na ogół przerażenia. Janek, pseudonim „Kaktus” oddycha z ulgą: „wczoraj na dworcu natknąłem się podczas akcji na Niemca, strasznie się przestraszyłem, bo myślałem, że to gestapowiec a to był tylko jakiś zwykły ciura wagonowy”. Fakt, kto by tam przejmował się uzbrojonym żołnierzem hitlerowskiej armii? To były same „ciury wagonowe”. Gestapo, jak zwykle, gdzieś w tle, nieszkodliwe, w mniejszości i niezrozumiałej opozycji do „dzielnego narodu niemieckiego walczącego z Tysiącletnią Rzeszą”. No i jak zwykle jest wesoło.
      A wesołość zaczyna się już 1-go września 1939. Oto niedawno, z okazji tej rocznicy, Pierwszy Program Polskiego Radia z Warszawy prezentuje okolicznościowe piosenki. Śpiewa jakaś Kapela Czerniakowska. Tytuł piosenki dość oczywisty: „Nalot”. Skoczny rytm polki wpada w ucho. Wokalista wesoło intonuje „Nalot, nalot, w to mi graj, nie martw, się, dziewczę, buzi daj.” Czyli jest dobrze. Kończą się zmartwienia. Nadlatuje wyczekiwana Luftwafe. Zaraz będzie „buzi”. Wątek wojenny, jest komedia i jest romans – sukces przeboju murowany. Dowiadujemy się dalej, proszę państwa, że całowanka z dziewczęciem może trwać dalej, bo „Nadszedł, przeszedł, wypatrywać trza. Proszę państwa, nalot trwa.”. Z kolei solista wtajemnicza nas w szczegóły techniczne nalotu: „W górze bombowiec trójmotorowiec, on nad nami wladzę ma. Z dołu kanonada, jemu odpowiada bum trami trali lali la”.
      Czyli nasza parka jest we władzy Amora, reprezentowanego tu przez sympatyczny skądinąd bombowiec-trójmotorowiec. A ponieważ akcja nie dzieje się na śródleśnej polanie to zamiast tradycyjnego echa, polski poeta sprytnie wprowadził do utworu ową radosną kanonadę „bum trami trali lali la”. Oczywiście teraz nie pozostaje nic innego jak poszukać parce zacisznego gniazdka miłosnego – bohater piosenki i na to znajduje wyrafinowany sposób: „Nalot, nalot, w to mi graj, panna, do schronu uciekaj!”. Jasne – schron! Pannie widocznie nie trzeba było dwa razy powtarzać, bo schadzka nabiera dynamiki: „Nadszedł, przeszedł, wypatrywać trza. Proszę państwa, nalot trwa. Już żyrandol nad Warszawą jest, za chwilę młocka zacznie się na fest.”.
      „Żyrandol nad Warszawą” – jakież to romantyczne. „W to mi graj”. Tu zapewne wkroczyła (niemiecka?) cenzura, bo o samej „młocce”, zapowiadanej z przekonaniem po polsku i niemiecku („na fest”), niczego się więcej nie dowiadujemy. Komentarz do polskiego hitu wojennego informuje jedynie lakonicznie, że „była to tradycyjna ballada okupacyjna”. Faktycznie – z takimi tradycjami okupacyjno-wojennymi przyszłość narodu polskiego jest niezagrożona.


      zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama