Słyszała, jak życzyli jej śmierci

    Słyszała, jak życzyli jej śmierci

    Paweł Gołębiowski

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Iwona Kaniewska z Boguszowa-Gorców każdego dnia walczy o życie. Kilka lat temu amputowano jej nogi. Martwica wdaje się teraz w ręce. Kobieta nie załamuje się, co więcej, założyła fundację i pomaga innym niepełnosprawnym.
    Iwona Kaniewska

    Iwona Kaniewska ©Dariusz Gdesz

    Kiedy 41-letnia Iwona Kaniewska z Boguszowa-Gorców siedzi za biurkiem, w ogóle nie widać, że jest niepełnosprawna. Dookoła rozłożone dokumenty, komputer chodzi niemal całą dobę, dzwoni telefon. Ta bardzo energiczna i silna osoba znajduje siłę i czas, aby pomagać niepełnosprawnym, mimo że i z nią los obszedł się bardzo brutalnie. Kilka lat temu miała amputowane obie nogi. Teraz martwica atakuje jej ręce.

    - Zaczęło się w 2000 roku, wcześniej nigdy nie chorowałam. A ta moja choroba to przez Czarnobyl - mówi. Tak tłumaczy swoje nieszczęście, bo jak wyjaśnia, lekarze właściwie nie wiedzą, co jej jest.

    Teraz o mnie uczą się studenci. To dobrze. Może coś na chorobę poradzą - To nie berger, nie rak, nie miażdżyca.
    Nigdy nie miałam wysokiego cholesterolu. Zanika krążenie i już - opowiada pani Iwona. Pamięta, kiedy coraz trudniej było jej chodzić. Po przejściu kilkuset metrów musiała odpoczywać, jakby pokonała wiele kilometrów.

    Początkowo jednak lekarze twierdzili, że młodej kobiecie nic takiego nie jest. Wspomina, że przełom nastąpił, kiedy po powrocie od znajomych z Włoch wysiadła z autokaru. Przeraziła się. Obie nogi były nabrzmiałe jak banie. Do tego sine i dosłownie z nich parowało.

    Trafiła do szpitala w Wałbrzychu, później we Wrocławiu, ale pomimo różnych zabiegów choroba postępowała drastycznie. - Kawałek po kawałku amputowali mi najpierw lewą, a później, w 2005 roku, prawą nogę. Trzeba było po prostu ratować życie - mówi. - Teraz na mnie uczą się studenci. To nawet dobrze, bo może któryś kiedyś coś na moją chorobę poradzi - dodaje.

    Straciła już kawałek palca u dłoni. Ale nie rozczula się nad sobą. Twierdzi, że najważniejsze jest, że żyje i może jeszcze pomagać innym. Stale jest bardzo zajęta. Ciągle siedzi przed komputerem albo przy stosach papierów i załatwia różne sprawy. Często podróżuje służbowo.

    - Teraz spokoju nie daje mi remont pomieszczenia dla naszej fundacji. Nie mogę przez to dosłownie spać po nocach. Dostaliśmy od miasta pustostan o powierzchni 80 metrów kwadratowych, ale jest w fatalnym stanie. Na jego adaptację potrzeba sporo ponad 30 tysięcy złotych, a my nie mamy takich pieniędzy - mówi Iwona Kaniewska.

    Kiedy o tym opowiada, widać, że te sprawy to jej życiowa pasja. Emocjonuje się i przejmuje, ale nie robi tego dla siebie. W 2007 roku założyła fundację Pomocna Dłoń, która bezinteresownie pomaga osobom niepełnosprawnym i ich rodzinom. Na jej pomoc mogą liczyć też ludzie starsi i schorowani oraz ludzie zagrożeni wykluczeniem ze społeczeństwa.

    W 2008 roku fundacja stała się organizacją pożytku publicznego. Kaniewska podkreśla, że to niezwykle ważne, bo można im teraz przekazywać jeden procent z podatku. Potrzeby fundacji są jednak spore, bo i ludzi potrzebujących pomocy jest bardzo wielu, a w efekcie pieniędzy stale brakuje. Tak jak na wspomniany remont lokalu.

    Iwona Kaniewska chce jednak, aby w przyszłości służył on nie tylko podopiecznym jej fundacji. Ma tam być między innymi kafejka internetowa z darmowym dostępem do internetu. Mogliby do niej przychodzić wszyscy mieszkańcy miasteczka. Niepełnosprawni i starsi przy okazji przeszkoliliby się w obsłudze komputera i korzystaniu z internetu. W lokalu znalazłby się też między innymi gabinet rehabilitacji i punkt informacyjny. Każdy potrzebujący otrzymałby za darmo porady zawodowe, prawne i medyczne.

    - Jest ciężko, ale myślę, że damy sobie radę. Oczywiście potrzebna nam będzie pomoc życzliwych ludzi. Proszę o nią wszystkich. Zwłaszcza tych mogących podarować nam materiały budowlane. Potrzebne są kafelki, armatura łazienkowa, farby, kleje, panele, kontakty, oświetlenie, grzejniki, rury i wiele innych rzeczy - apeluje Kaniewska.

    Wie dobrze, jak trudno jest uzyskać taką pomoc. Rozesłała kiedyś ponad 100 listów do różnych firm i instytucji z prośbą o wsparcie. Nikt nie odpowiedział. - Nie zabiegałam nigdy o rozgłos. Dlatego może jestem dla nich marną reklamą - zastanawia się. Można jednak mieć nadzieję, że ta kobieta poradzi sobie z problemami. Sama przecież twierdzi, że nie ma rzeczy niemożliwych, a na cud trzeba tylko trochę poczekać. Jest najlepszym na to przykładem.

    Nauczyła się już żyć z chorobą i pogodziła z losem. Zresztą nauczyło ją tego ciężkie życie. Straciła rodziców, kiedy miała 11 lat. Nie trafiła do domu dziecka, bo wychowywało ją starsze rodzeństwo, ale bardzo szybko musiała stać się dorosła. Wspomina, że sprzątała, prała, gotowała, ale zawsze znalazła przy tym czas dla innych. W szkole ciągle coś organizowała, remontowała. Była dzielna, lecz kiedy straciła nogi, załamała się. Było jej bardzo ciężko. Przez trzy lata nie wychodziła z domu. Na szczęście zawsze byli z nią mąż Ryszard i 17-letni teraz syn Patryk. Kaniewska mówi, że mąż teraz bardzo jej pomaga i jest jakby jej nogami.

    Wspomina, że do jej odcięcia się od społeczeństwa przyczynili się natomiast bardzo niektórzy sąsiedzi. Do dziś niełatwo jej wspominać chwile, kiedy słyszała tak okrutne słowa, że wiele osób załamałoby się. - Nie życzyli mi najlepiej. Słyszałam między innymi, że powinnam szybko umrzeć, że wstyd mieszkać z kaleką - wspomina. Dzięki przykrym doświadczeniom wie jednak doskonale, jak ciężko żyje się w Polsce Niepełnosprawnym i ile społeczeństwo może zrobić im krzywdy.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama