Władysław Frasyniuk o wrocławskim Sierpniu

    Władysław Frasyniuk o wrocławskim Sierpniu

    Hanna Wieczorek

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Władysław Frasyniuk opowiada, co stanowiło siłę Wrocławia przed 30 laty i czy dzisiaj potrzeba związków zawodowych.
    Wrocław 30 lat temu nie wysuwał własnych postulatów.

    Nie wysuwał i dzisiaj mam w tej sprawie ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony uważam, że strajk solidarnościowy z Wybrzeżem był wówczas dowodem dojrzałości politycznej. Z drugiej strony, patrząc z perspektywy, nikt dzisiaj nie pamięta, jak wielki zasięg miały strajki na Dolnym Śląsku, że byliśmy trzecim w Polsce ośrodkiem strajkowym. Wszyscy natomiast pamiętają porozumienia jastrzębskie.

    A 30 lat temu były one nie tylko niezauważane, więcej - były powszechnie krytykowane na zasadzie: czerwoni robią swoje. Jak mówił Wałęsa: Władek, pamiętaj, że ci, którzy strajkowali do 1 września, to czymś ryzykowali. Na tych, którzy strajkowali po 1 września, musimy uważać.
    To zresztą był potem główny argument, którym posługiwał się Wałęsa, kiedy mówił, żeby nie robić ogólnopolskiej Solidarności, tylko zakładać związki u siebie, w regionach. Podkreślał, że strajk w Jastrzębiu zrobili, bo dostali zielone światło. Doskonale pamiętam, jak później docierały do nas informacje, że różni przywódcy z Jastrzębia mieli dobre papiery u ówczesnej władzy. A dzisiaj? Huczne uroczystości z okazji podpisania porozumień jastrzębskich i tylko wszyscy się zastanawiają, dlaczego nie ma tam prezydenta.

    Ma Pan żal, że Wrocław jest niedoceniony?

    Wrocław był wtedy trzecim ośrodkiem strajkowym. Odbudował się wtedy historyczny region, bo tu nawet autochtonów nie było. Sami obcy tu są. I w 1980 roku robotnicy wykazali się niezwykłą mądrością. Myśmy wiedzieli, że jeśli będziemy stawiać własne postulaty, to nas rozegrają, jak będą chcieli. Długo się zastanawialiśmy, zaczęły się pojawiać kolejne postulaty, uznaliśmy, że najbardziej dojrzałe są gdańskie. I pamiętam to napięcie wśród ludzi: Kurde, czy my te dwa tysiące dostaniemy, jeżeli tych postulatów sobie nie napiszemy. Z drugiej strony stali tacy jak ja, którzy mieli po 26 lat i byli głęboko przekonani, że gdyby nie ten burdel, który panował wszędzie dookoła, to potrafiliby sami zarobić te dwa tysiące. I wcale nie musieliby nikogo o nic prosić.

    Bałagan dookoła? W MPK czy w całej Polsce?

    Powszechny brak kompetencji, na każdym szczeblu, w każdym przedsiębiorstwie. Dzisiaj ludzie dopisują sobie legendy i powstańców styczniowych wśród przodków. Ja pamiętam, że ci młodzi, dobrze wykwalifikowani robotnicy, którzy się pojawili na strajk, uważali, że trzeba być współgospodarzem zakładu pracy. Że gdyby brygadzistą, kierownikiem byli kompetentni ludzie, można byłoby dobrze pracować i zarabiać. Zresztą taki postulat, o tym, że kompetencje mają decydować o awansie, bardzo nam się podobał. Kompetencje, a nie legitymacja partyjna.

    Wróćmy do Wrocławia. Nagle odtworzyliśmy historyczny region, a poza tym?

    Odkryliśmy, że Wrocław i Dolny Śląsk to jest nasza mała ojczyzna. Bo do tamtej pory ludzie mieli poczucie, że wszystko na Dolnym Śląsku jest niemieckie, i byliśmy przekonani, że zostaną zawarte porozumienia i trzeba będzie wyjeżdżać. Proszę sobie przypomnieć, jak wyglądały dolnośląskie wsie. Wszystko się zapadało. A jak człowiek pytał, dlaczego to tak wygląda, to słyszał: przecież zaraz przyjdzie Niemiec. I to był prawdziwy fenomen, bo pojawiła się identyfikacja z Wrocławiem i Dolnym Śląskiem. Zniknęły kompleksy wobec Niemców. Ludzie sobie nagle uświadomili, że Dolny Śląsk był przecież własnością różnych nacji: Czechów, Austriaków, Polaków, Niemców. I ostatnia, dla mnie może najważniejsza rzecz, Wrocław był miastem, który w czasie strajków w sierpniu 1980 roku zgubił podziały klasowe.

    Nie było już biednych i bogatych?

    Nie, nie o to chodzi. Do zajezdni w czasie strajku przyszli tacy ludzie jak prof. Mieczysław Zlat czy Aleksander Labuda. I nagle się okazało, że Aleksander Labuda mieszka na takim samym blokowisku, jak Władysław Frasyniuk. Nagle się okazało, że w pewnym sensie jesteśmy sąsiadami i szczerze mówiąc, jesteśmy tak samo wykorzystywani przez niekompetentne państwo. Ten aspekt był strasznie niedoceniany, lekceważony i dopiero tę wartość, siłę widać było po 13 grudnia. To nie był przypadek, że Wrocław stał się, jak wtedy mówiono, Festung Breslau. Wróciła Twierdza Wrocław, stolica Dolnego Śląska stała się stolicą podziemnej Polski.

    Dlaczego? Ponieważ mieliśmy zaplecze intelektualne. Gdańsk nie miał. Na Wybrzeże przyjechali ludzie z Warszawy i kiedy wprowadzono stan wojenny, godzinę policyjną, a z dworców pozgarniano ludzi, okazało się, że w Gdańsku jest kompletna pustka. Z kolei Warszawa nie miała Sierpnia, czyli tradycji współpracy robotników z naukowcami. Przeważała w niej taka, powiedziałbym, bardziej intelektualna tradycja. KOR-owska - tysiąc kwiatów na betonie. A Wrocław? To nie był przypadek, że Wrocław zbudował pierwszą wszechnicę związkową. To Michał Boni przyjeżdżał do Barbary Labudy pytać, jak to się robi. Tradycja wszechnicy przetrwała lata. W wolnej Polsce Roman Draczyk prowadził biuro, które było nowoczesnym wsparciem w sprawach związkowych, socjalnych. W naszej Solidarności powstał także pierwszy punkt konsultacyjny, prowadzony przez Antoniego Gorazda, który uczył nowoczesnej ekonomii, robienia biznesu.

    Znam ludzi, którzy później przychodzili i mówili, że zarobili gigantyczne pieniądze dzięki tym szkoleniom. Można więc powiedzieć, że Wrocław jest znaczącym punktem na solidarnościowej mapie. I przychodzi 10., 15., 20., 25. rocznica podpisania porozumień sierpniowych, a my czytamy w różnych kalendariach: 26 sierpnia zastrajkowało wrocławskie MPK. Jakby dla Warszawy, dla Polski nie istniał ten ważny punkt Sierpnia '80. Mówi się za to o porozumieniach jastrzębskich. Pewnie nawet film nakręcą i zrobią z podejrzanych organizatorów strajków jastrzębskich współtwórców Solidarności. I lepiej pamiętają Wrocław ludzie ze struktur podziemnych, którzy tu przyjeżdżali się uczyć, niż ten świat intelektualny, niż świat komentatorów.

    Pewnie w grę wchodzą kompleksy, bo jak to? Lepsi od Warszawy, lepsi od kolebki Solidarności - Gdańska? I pewnie ta pamięć będzie się zacierała, ponieważ Solidarność z 1980 roku jest ważnym czynnikiem integrującym społeczeństwo polskie. To początek dobrych tradycji, nowych wartości. I słusznie ludzie szukają współczesnych korzeni w tym wszystkim, co się działo w Wołowie, Pruszkowie. To rzecz naturalna i dzisiaj, jeżeli mogę mieć do kogoś pretensje, że Wrocław jest miastem zapomnianym, to nie do ludzi, a do naukowców, którzy powinni skrupulatnie pokazywać, jak naprawdę wyglądała historia Sierpnia '80 i jakie znaczenie miały dla Solidarności różne miasta w Polsce.

    Co zostało z tamtego Sierpnia?

    Niewiele jest dzisiaj z tamtej wolności, tolerancji, otwartości. Żeby przekonać się, jak niewiele, wystarczy zobaczyć o dziewiętnastej TVN, a potem Wiadomości na Jedynce.

    Nie przesadza Pan?

    Nie. Właściwie nic nie zostało z tamtej atmosfery. Ludzie zachłysnęli się wolnością. Pamiętam, że ciągle trzeba było dodrukowywać Deklarację Praw Człowieka. Szła jak woda. Stan wojenny zabił te pozytywne emocje, ten potencjał społeczny. Te emocje już nie wrócą, bo 13 grudnia połamał kręgosłupy wielu ludziom. Tym, którzy się zaparli, nie mieli odwagi protestować. Ci ludzie mają kompleksy, są pełni zawiści. Straszne jest to, co się stało z tamtym dynamicznym społeczeństwem, mądrym Kościołem. Dzisiaj nikt nie pamięta, ale kiedy w 1980 roku kardynał Henryk Gulbinowicz zobaczył mnie, wtedy 26-letniego gówniarza, powiedział: Musimy ustalić relacje między nami. Niech pan pamięta, właśnie powstała druga autonomiczna organizacja w Polsce. Pierwszą jest Kościół, wy (NSZZ "Solidarność" - przyp. red.) jesteście drugą.

    Pytam: Autonomiczna? i słyszę: Tak, to znaczy, że my jesteśmy od siebie autonomiczni. Mamy prawo się różnić. Oczywiście, dobrze by było, gdyby znalazły się rzeczy, które nas łączą, ale mamy prawo do różnic. Ja na niego patrzę i nie bardzo wiem, o co chodzi. Kardynał w końcu wzdycha i mówi: To ja powiem wprost. Chodzi o to, żebym ja nie przemawiał z przyczepy, a pan z ambony. Trzydzieści lat minęło i dzisiaj można powiedzieć: I o to chodzi panowie, o to chodzi.

    Nie lubi Pan pytania, czy sierpniowe postulaty zostały zrealizowane...

    Zawsze ktoś pyta o to przy okazji kolejnych rocznic Sierpnia. Niektóre zostały zrealizowane, inne nie. Niektóre nadal są bardzo aktualne, choćby ten domagający się zwiększenia liczby żłobków i przedszkoli. Inne są przestarzałe. Dla mnie ważniejsze jest to, czego nie mamy - tej pozytywnej energii, życzliwości, wspólnej pracy na rzecz nas wszystkich. Wtedy Solidarność była pisana przez duże S. Bo to była Solidarność ludzka, Solidarność silniejszych ze słabszymi.

    Trzydzieści lat temu nie do pomyślenia było, żeby strajkowali nauczyciele lub lekarze. Uważaliśmy, że to są wyjątkowe zawody, które powinny stać z boku konfliktu. Ale było też zaplecze, które stawało w ich obronie i mówiło: im się też należy. Dzisiaj każdy szarpie, co może, jeden drugiemu coś wyrywa i jeszcze mówi, że to się nazywa Solidarność. Może jestem staromodny, ale nie podoba mi się to.

    Zgodziłby się Pan na Solidarność w swojej firmie?

    Pewnie zgodziłbym się, pod warunkiem że działacze nie byliby na etatach związkowych. Ponieważ etat to jest przywilej i jeśli ktoś go dostaje, to kończy się jego myślenie o interesie załogi, a zaczyna się myślenie o tym, jak przypodobać się kolegom, którzy mają na mnie oddać głos. A przypodoba się, kiedy wali we właściciela. Mam wśród pracowników byłego przewodniczącego Komisji Zakładowej S we wrocławskiej Centrali Rybnej. On był szefem strajku, potem szefem Solidarności, został internowany w stanie wojennym, w wolnej Polsce znowu stanął na czele związku w swoim zakładzie.

    Któregoś dnia przyszedł do mnie i mówi, że chciałby zostać kierowcą. Pamiętałem, że to nie był łatwy facet. Przywódcy z trudnych czasów są trudnymi ludźmi. I tak sobie myślałem: cholera, a po co mi to właściwie? Zwodziłem go przez kilka miesięcy, w końcu chyba się zorientował i któregoś dnia zaczepia mnie: Słuchaj, Władek, to ja ci szczerze powiem. Ja już nie mogę wytrzymać w tej Solidarności. Mówię ludziom, że zakład trzeba sprywatyzować, że trzeba znaleźć kapitał. Inaczej padniemy. A oni mi: Jak to? Państwo nie pada, to i my nie padniemy. Władek, oni nie chcą zrozumieć, że to jest inna rzeczywistość. Do dzisiaj u mnie pracuje jako kierowca. Nie sądzę, żeby chciał zakładać związki zawodowe.

    To związki są potrzebne, czy nie?

    Są potrzebne w dużych firmach, korporacjach. Taka mała firma jak moja nie jest najlepszym miejscem na związki zawodowe. I jest jeszcze pytanie o jakość tych związków.

    Dlaczego w małej firmie nie ma miejsca na związki zawodowe?

    W małej firmie wszyscy muszą rozmawiać, musi być silna identyfikacja z miejscem pracy. Ja to pamiętam jako związkowiec. W mojej firmie idą pieniądze na szkolenia, na podnoszenie kwalifikacji zawodowych, i to jest obopólny interes. Buduję więź pracowników z moją firmą, chciałbym, żeby mój pracownik był lepiej wykształcony. A on ma świadomość, że rośnie jego wartość na rynku pracy. To generalnie nie są proste sprawy. Chciałem wprowadzić wyższe stawki dla tych, którzy lepiej pracują. Okazało się, że ci lepsi zostali zakrzyczeni przez tych gorszych. I podporządkowali się w imię świętego spokoju.

    W dużych firmach związki zawodowe są potrzebne, bo...

    W dużych korporacjach i tam, gdzie są patologie. Gdzie ludzie są zmuszani do pracy na czarno - choć najczęściej zmusza ich do tego system podatkowy i prawo. Tam, gdzie są oszukiwani, traktowani po chamsku. Wtedy związki zawodowe powinny interweniować.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama