Byłem wtedy za mały, żeby iść do pierwszej klasy, a co dopiero na plac Grunwaldzki, gdzie odbywała się wielka manifestacja młodych wrocławian, o której "Słowo Polskie" doniosło, że brali w niej udział uczniowie od klas V do matury, maszerujący z Krzyków czy Karłowic aż do Grunwaldu - jak nazywają dziś studenci plac, który po trwającej lata przebudowie znów jest remontowany. Do pierwszego dzwonka fachowcy nie wymienią nowych torowisk na trwalsze i niektórym uczniom znów wydłuża się droga, ze szkoły do domu zwłaszcza.
Dlaczego uczniowie szli wtedy na plac Grunwaldzki? Szli po to, aby w okresie wytężonego wysiłku nad realizacją planu sześcioletniego i walki o pokój zakasać rękawy. I wysłuchać przemówień działaczy partyjnych oraz młodzieżowych, którzy zapewniali uczniów, że są nadzieją narodu i przyszłymi fachowcami w wielu dziedzinach, a partia zrobi wszystko, aby stworzyć im jak najlepsze warunki do nauki.
Gdy kilka lat później, jako pierwszak, przyszedłem do Szkoły Podstawowej nr 13 przy Paulińskiej, w auli wysłuchaliśmy audycji, która zaczynała się dziarską przygrywką i powitaniem lektora: Błękitna sztafeta wita dziewczynki i chłopców na porannym apelu! Potem nadawano przez radio przemówienie o najlepszych warunkach do nauki, a na koniec, ze sceny, kierownik szkoły życzył nam samych piątek i - rozeszliśmy się do klas.
Z biegiem lat radiowe kazania ministrów oświaty weszły władzy w krew i moja generacja wrocławian słuchała ich już do końca nauki w podstawówkach i szkołach średnich, podczas kolejnych inauguracji.
Jednak najpiękniejszy pierwszy dzień w szkole po wakacjach przeżyłem w maleńkiej filii podstawówki nad jeziorem Czarna Hańcza, w osadzie Dzierwany na Suwalszczyźnie. Pisałem tam trzydzieści lat temu reportaż o inauguracji roku szkolnego w wiejskiej szkółce, gdzie pracowała nauczycielka, która uczyła wszystkiego i wszystkich dziesięcioro uczniów z klas od I do IV.
Dzieci miały z nią lekcje w jednej izbie szkolnej. Druga była pokojem i sypialnią. Spały w niej na wielkim łożu te dzieciaki, które miały najdalej do domu, jak był trzaskający mróz, a drogi zasypał kopiasty śnieg. W tej szkolnej chacie nad jeziorem nie słuchaliśmy przemówienia, bo radio od wielu lat było zepsute. Nauczycielce Barbarze Kryścio, dwóm mamom i dziesiątce uczniów zrobiłem zdjęcie przed tą szkółką, a potem szliśmy przez las z bukietami polnych kwiatów, które złożyliśmy na zbiorowej mogile grupy rozstrzelanych podczas wojny kobiet. W marszu protestacyjnym dopominały się o swych mężów, braci i synów, których aresztowano i potem też rozstrzelano. Jak wróciliśmy, pani Barbara zadzwoniła dużym, mosiężnym dzwonkiem na pierwsze lekcje, a potem wyjęła z szafy zeszyty i podręczniki szkolne. Wywoływała każdego ucznia, wręczała mu je, życzyła zdrowia i dobrych wyników w nauce, dodając zawsze jakiś akcencik indywidualny w stylu - żebyś mamy też słuchał, a nie tylko mnie. Ta doświadczona i oddana swym uczniom nauczycielka mówiła do nich z wileńskim zaśpiewem, co rozczulało do łez. W ostatnim tygodniu wakacji włączyłem radio i jeszcze drzemiąc, słuchałem podniosłego przemówienia o tym, że rząd zrobi wszystko, aby uczniom zapewnić jak najlepsze warunki do nauki. Miałem wrażenie, że znów jako uczeń słucham tego z okazji nowego roku szkolnego. Ale gdy minister edukacji Katarzyna Hall mówiła o sześciolatkach, które realizują reformę oświaty, już wiedziałem, że to RP, nie PRL. Oto idą one na odsiecz Ojczyźnie, w walce z ekonomicznymi skutkami demograficznego niżu, aby Polacy w średnim wieku mieli emerytury za dwadzieścia pięć lat, gdy już te dzieci będą pracować. Słyszałem, że zaledwie co dziesiąty sześciolatek usłyszy pierwszy dzwonek, bo jeszcze nie każdy musi iść do szkoły. Myśmy zaczynali rok później i dotąd nie możemy nadgonić straconego czasu. Bo ciągle coś odwlekamy; z zawieszeniem broni i ogłoszeniem pokoju w wojnie polsko-polskiej włącznie.