Byli u św. Jakuba

    Byli u św. Jakuba

    Anna Gabińska

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Nocowali u żołnierza Wehrmachtu. Słuchali mszy św. z kazaniem głoszonym przez kobietę. O Andrzeju Kofluku i Stanisławie Ozdobie, wrocławskich pielgrzymach, którzy wrócili właśnie z Hiszpanii, pisze Anna Gabińska
    Żeby uścisnąć figurę św. Jakuba Apostoła umieszczoną w ołtarzu głównym w katedry w Santiago de Compostela, przeszli w ciągu stu dni ponad 3500 km przez Polskę, Czechy, Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Francję i Hiszpanię.

    - Ważny był cel, ale równie ważna droga - zapewniają. W wigilię rocznicy śmierci Apostoła, czyli 24 lipca, przed północą na fasadzie katedry oglądali wraz z innymi pielgrzymami laserowe obrazy przy nastrojowej muzyce.
    Potem race strzeliły w niebo, a ludzie oszaleli z radości. Podobnie było nazajutrz po mszy świętej z udziałem króla Hiszpanii. Fiesta! Jak oni potrafią się bawić - kręcą z podziwem głowami Andrzej Kofluk, ekonomista z wykształcenia, przewodnik turystyczny, lat 60, i krawiec Stanisław Ozdoba (64 lata). Pierwszy wziął 4 miesiące bezpłatnego urlopu w pracy, drugi zamknął swój zakład krawiecki przy ul. Dworcowej we Wrocławiu. Spakowali plecaki, wzięli kije do rąk, zawiesili na szyjach wielkie muszle przegrzebków żyjących nad Atlantykiem - znak pielgrzymów, którzy wędrują przez Europę do Santiago de Compostela. I poszli: w intencji Wrocławia i Polski. - Górnolotnie, ale tak właśnie to czuliśmy - mówią chórem. Zaprzyjaźnili się.

    Poznali się w Stowarzyszeniu Przyjaciele Dróg Świętego Jakuba w Polsce, które zajmuje się m.in. odtwarzaniem starych szlaków jakubowych (camino.net.pl). Bo mimo tego, że do Santiago, podobnie jak do Rzymu i Ziemi Świętej, pielgrzymki ciągnęły od średniowiecza, to w Polsce po wojnie nie było wytyczonego szlaku (oznaczonego żółtą muszlą). O zasadach pielgrzymowania do Santiago Andrzej Kofluk może mówić godzinami . Stanisław Ozdoba z całą pewnością też, ale nie ma takiej potrzeby. Jeden mówi więcej, drugi mniej: doskonale się uzupełniają.

    Gdy spotkaliśmy się pierwszego dnia ich wędrówki, 6 kwietnia, zaraz za zamkiem w Wojnowicach, dowiedziałam się: do Santiago idzie się pojedynczo lub w małych grupach (jak Jakub Sobieski, ojciec króla Jana III - bo chciał sobie przemyśleć młodość), a w Europie (zwłaszcza we Francji i Hiszpanii) pielgrzymi nocują w specjalnych schroniskach, gdzie muszą wpierw pokazać kredencjal: książeczkę pielgrzymki. Gdy zapełni się ona pieczątkami, mogą w Santiago dostać compostelkę: dokument po łacinie zaświadczający o przejściu co najmniej 100 km pieszo.

    Komu za mało jest do Santiago wędrówki, może pójść jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dalej, na koniec świata, jak mawiali kiedyś po łacinie, czyli do Finisterre, by na plaży znaleźć muszlę małża (przegrzebka królewskiego) i zawiesić sobie na szyi na znak, że naprawdę się doszło do św. Jakuba.

    Teraz taką muszlę kupuje ktoś, kto był w Santiago, niekoniecznie pieszo, i daje pielgrzymom, żeby przez całą drogę inni wiedzieli, kim są wędrujący do Hiszpanii.

    Podczas całej wyprawy mało mieli dni bez deszczu. Żaden się jednak nie rozchorował. Pan Stanisław odkrył za to cudowny sposób, jak zrzucić 18 kg. - Iść do przodu, codziennie ponad 30 km - dyktuje receptę. - Po 200 km ubywa jeden kilogram, po 400 - drugi i tak dalej aż do osiągnięcia rezultatu - śmieje się.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama