Polski polityk może drażnić, wkurzać, bulwersować, denerwować, złościć, gniewać, mierzić, stresować, a nawet rozsierdzać. Jeszcze nie widziałem, żeby polski polityk wzruszał. Chyba że ktoś jest idiotą.
Myślę, więc jestem. Bo mnie polski polityk wzruszył ostatnio głęboko.
Rzekłbym, do trzewi. Co ja mówię - jeden polityk. Wszyscy mnie polscy politycy wzruszyli. Jak jeden mąż, bez względu na płeć, rasę, wyznanie i poglądy polityczne. Tak ścisnęli za gardło, że oniemiałem.
Wzruszyli mnie swoim wzruszeniem, obywatelską troską, pochyleniem się nad człowiekiem, rozumieniem tragicznej sytuacji i nieokiełznaną chęcią pomocy powodzianom z Bogatyni i Zgorzelca.
Kiedy tylko dowiedzieli się, że w ustawach powodziowych, które nie tak dawno uchwalili, zapewnili pomoc tylko dla ofiar kataklizmów majowych i czerwcowych, zawołali pełnym głosem: Nie zostawimy was, o mieszkańcy worka żytawskiego!
Furda nasze wakacje, morza, góry, oceany i cieniste lasy!
Wracamy na Wiejską. I cóż, że sala w remoncie? Cóż, że tylko jedną czy dwie linijki dopiszemy do ustaw sprzed miesiąca? Patrzeć nie możemy, jak cierpicie. Bo dla was my jesteśmy! Dla was w pocie czoła uchwalamy, żeby za miesiąc znowelizować! Nie spoczniemy!
I nie spoczywają. Przerywają swoje wczasowe turnusy, wyciągają odłożone już do szaf garnitury i krawaty, wsiadają do samolotów, pociągów i samochodów, i turlają się w tym koszmarnym upale do Warszawy, stolicy ukochanej, w której znowu pokażą, jacy są skromni i spolegliwi (spolegliwy - taki, na którym można polegać, w żadnym razie nie uległy, bo tak chciał Tadeusz Kotarbiński i kropka). Bo oni, jak te lemury, "stosunkowo dużo czasu spędzają na ziemi, nie oddalając się jednak zbytnio od swoich drzew, gotowe do natychmiastowego powrotu w przypadku najmniejszego zaniepokojenia" (Wikipedia, a jakże).
Płakałem rzewnymi łzami, kiedy słuchałem nowego, lewicowego marszałka Jerzego Wenderlicha. Współczułem jego niespotykanemu w ludzkim wymiarze wzruszeniu wobec tragedii na Dolnym Śląsku. Jego epicka, homerycka wręcz opowieść o pospolitym ruszeniu naszych mandatariuszy, którzy "przez oczerety, błota i płoty" w te pędy na Wiejską dla dwóch, trzech linijek w ustawie spowodowała, że do tej pory nie mogę otrząsnąć się z przejęcia i podniecenia. Oraz irytacji… na kataklizm. Przecież każdy, nawet lemur z Wiejskiej wie, że taka powódź zdarza się raz na 100 lat. I jedna na 100 lat ustawa wystarczy, żeby mieszkaniec Sandomierza, ale i Bogatyni wiedział, że w żadnym razie nie pozostanie sam.
Dlaczego jednak i w maju, i w czerwcu, w lipcu nawet, a teraz w sierpniu? Prawda, jakie to nielogiczne? Doskonale rozumiem, że lemury będą gotowe w każdej chwili, ale gdzie w tym wszystkim sens?
Tylko ten zapaszek jakoś dziwnie mi przeszkadza. "... o ile w ogóle należy nazywać zapachem silny i nieprzyjemny fetor, który wydziela lemur przy każdym najdrobniejszym wzruszeniu. A czy można przewidzieć, co wzruszy lemura?" (Antoni Słonimski).