Niedawne prymitywne wyskoki posła Palikota, ważnej postaci w PO, jak tytułuje go nowy szef klubu parlamentarnego tej partii Tomasz Tomkiewicz, oraz gorszące "zabawy krzyżem" liderów PiS wydają się być jedynym produktem, jaki jest w stanie wytworzyć polska postpolityka, czy jak mówią niektórzy politolodzy - antypolityka.
Wypranie z treści, cynizm i manipulacja, pozorne działania, nieustanne bombardowanie obywateli nic niewnoszącymi sondażami, dzielenie Polaków na prawdziwych i tych mniej prawdziwych, fatalne maniery - taki jest, choć wycinkowy, to jednak dominujący obraz krajowej polityki ostatniego dziesięciolecia.
Ktoś może krzyknąć: To nieprawda! Scena polityczna się stabilizuje, zbliżamy się do upragnionego przez wielu systemu dwupartyjnego, premierzy nie zmieniają się jak w politycznym kalejdoskopie lat 90.
Jesteśmy gospodarczą zieloną wyspą, Euro 2012 w Polsce, budujemy stadiony i autostrady. Tylko jaki pozytywny wkład w te ważne projekty ma nasza klasa polityczna?
Wzrost gospodarczy, z którego Polacy winni być dumni, jest w głównej mierze wynikiem ich ciężkiej pracy i rozumnego podejścia do życia na tzw. kreskę. Tego ostatniego winni się od nas uczyć kolejni ministrowie finansów, łącznie z obecnym, którzy tak redystrybuują środki z naszych podatków, że Polska dorobiła się ponad 600 mld zł zadłużenia, rosnącego w tempie 10 mld zł miesięcznie i to nie w celu budowy autostrad, a w ogromnej mierze po to, by spłacić odsetki od poprzednich zobowiązań.
To, że Polacy pracują na rozwój gospodarki, a nie marnują energii dla zbankrutowanego kraju, jest efektem reform prof. Balcerowicza sprzed 20 lat. Gdyby nie jego trudne decyzje, to dziś premier Tusk, a przed trzema laty premier Kaczyński nie mogliby nachalnie wmawiać Polakom, że to dzięki ich, bliżej niesprecyzowanym, działaniom gospodarka rośnie w siłę.
Polska "jedzie" wagonem pchniętym z początkiem lat 90., który otrzymał trochę dodatkowej energii w efekcie 4 reform rządu premiera Buzka, a po 2005 roku zastrzyk środków z Unii Europejskiej. Ekipy rządowe zamiast podpiąć nowoczesną lokomotywę raczej dokładają zbędne kilogramy w postaci tomów słabego ustawodawstwa. To, co produkuje parlament, to tzw. biegunka legislacyjna. Kto śledzi zmiany np. prawa budowlanego i jego aktów wykonawczych, ten wie o czym mowa.
Euro 2012 na Ukrainie i w Polsce to nie dzieło sprawności polskiej dyplomacji. Mózgiem operacji był kontrowersyjny ukraiński lobbysta i milioner Grigorij Surkis, który "przekonał" połowę decydentów do oddania głosu na ukraińsko-polską kandydaturę. Sukces ma wielu ojców. Dyskretne wypinanie piersi do orderów, które miało miejsce po przyznaniu nam organizacji ME w piłce nożnej, jest doskonałym przykładem typowego rytuału polskich postpolityków.
Z Euro 2012 wiąże się budowa stadionów. Są stawiane w miastach i głównie dla mieszkańców tychże miast, więc słusznym jest rozwiązanie, w którym powierzono ich wykonanie samorządom lokalnym. Szkoda tylko, że premier i minister sportu, którzy z gospodarską wizytą odwiedzili plac budowy gdańskiej areny, nie wspomnieli, że budżet państwa pokrywa zaledwie 20 proc. kosztów jej budowy. Odbyło się wydarzenie medialne, w którego centrum znaleźli się przedstawiciele rządu, który nie wiele ma do powiedzenia przy tej inwestycji. Samorządowcy wystąpili w tle.
Jakiś czas temu minister infrastruktury Cezary Grabarczyk poinformował, iż w ciągu ostatnich, niespełna dwóch lat podpisano umowę na budowę ponad 1000 km dróg krajowych, dróg ekspresowych, autostrad i obwodnic. To delikatnie mówiąc półprawda. Sztuczka polega na drobnej, lecz efektownej zmianie w przygotowywanych przetargach, którą wprowadził obecny rząd. Do tej pory o przygotowanie dokumentacji projektowej, łącznie z ostateczną zgodą na budowę dbali urzędnicy z GDDIK. Proces trwał kilka lat i po jego zakończeniu wyłaniało się w ciągu mniej więcej roku wykonawcę. Teraz wyłania się firmę, która sama ma zadbać o zaprojektowanie i wybudowanie drogi, łącznie z uzyskaniem pozwoleń i ostatecznej zgody na budowę. Opinii publicznej opowiada się, że w Polsce buduje się tysiące kilometrów dróg, nie wspominając, że większość z nich jest w fazie projektowej. Tak naprawdę w roku 2008 oddano do użytku 65 km, a w 2009 około 90 km autostrad.
To wszystko nie stawia w najlepszym świetle polskiej klasy politycznej. Wiedzą to byli i obecni ministrowie, premierzy, posłowie i działacze. Czy jest im głupio? Nie wiem. Niemoc starają się ukryć coraz prymitywniej. Szczucie posłem Palikotem przez PO czy rozpalanie przez PiS stosów, na których mają płonąć nieprawdziwi Polacy, to próby odsunięcia uwagi od obowiązków polityków, których ci nie potrafią wypełnić lub robią to z mizernym skutkiem.
Mamy nabrać obrzydzenia do polityki i wtedy będą oni mogli bez kontroli uprawiać swoje poletko. Przed kolejnymi wyborami rozpalą gorszące spory, by "uruchomić" twarde elektoraty, wiedząc, że taki wyborca nie zapyta o stan finansów, budowę autostrad czy służbę zdrowia. Będzie patrzył, jak mocno okładany jest wróg polityczny.
Czy polska postpolityka jest na zakręcie, z którego wyrzuci ją siła odśrodkowa? Mam nadzieję, że tak. Zdecydują wyborcy.