Polska kawaleria - chłopcy z wielką fantazją

    Polska kawaleria - chłopcy z wielką fantazją

    Tomasz Targański

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Polska kawaleria w XX wieku powstała dzięki siedmiu młodym zapaleńcom o romantycznych głowach, wychowanym w duchu "Trylogii" i na tradycjach powstania 1863 roku - pisze Tomasz Targański.
    Odtworzyli zapomniane na ponad 100 lat tradycje polskiej kawalerii, które tak pięknie rozkwitły w okresie napoleońskim. I zbudowali no-wą legendę. Mit ułanów legionowych kształtować będzie świadomość młodych ludzi przez 20 lat niepodległości. A zaczęło się od pieszego zwiadu 7 osób.
    Ludzie pokroju Józefa Piłsudskiego wiedzieli, że wojna między zaborcami to okazja, którą trzeba wykorzystać. Kiedy więc wybuchła, Piłsudski postanowił zaangażować zalążki polskiego wojska po stronie Wiednia.
    Tworzy "strzelców" - pierwszą kompanię kadrową. Austriacy wyznaczają mu zadanie drugorzędne: rozpoznanie sił Rosjan na terenie Królestwa Kongresowego. Pierwsza kompania przekroczyła granicę 6 sierpnia i dała początek legendzie legionów Piłsudskiego. Prawdziwa legenda powstała jednak parę dni wcześniej, kiedy Komendant polecił szefowi sztabu - Kazimierzowi Sosnkowskiemu wysłać za granicę oddział zwiadowczy. Zgłosiło się siedmiu ochotników: Władysław "Belina" Prażmowski, Antoni "Zdzisław" Jabłoński, Stanisław "Grzmot" Skotnicki, Stefan "Hanka" Kulesza, Janusz Głuchowski, Zygmunt "Bończa" Karwacki i Ludwik "Kmicic" Skrzyński. Siedmio-osobowy zwiad wyruszył w nocy z 2 na 3 sierpnia. Przed wymarszem Sosnkowski pożegnał ich słowami: "Choć będziecie wisieć, spełnicie pięknie swój obowiązek". Potem wszyscy poszli jeszcze na kieliszek wiśniówki.

    Granicę przejechali dwiema bryczkami. Rosjanie poważnie potraktowali wieści o przejściu granicy przez liczne (!) polskie oddziały i z Jędrzejowa zrejterowali. Na starcie zanosiło się w okolicy wsi Prandocin. "Belina" postanowił zaatakować. Strzelcy ruszyli tyralierą. Poranna mgła sprawiła, że źle ocenili liczebność przeciwników - Rosjan było więcej niż Polaków. Na szczęście Rosjanie też się pomylili w ocenach i wycofali się.

    Wracający "beliniacy" zahaczyli o majątek Kleszczyńskich w Skrzeszowicach, gdzie "zarekwirowali" konie. Wrócili 4 sierpnia jako ułani.

    Dwa dni później Komendant wysłał ich, jako zwiadowców konnych, na następny patrol. Po drodze dołączył do nich m.in. młody arystokrata Bolesław Wieniawa-Długoszowski.

    W połowie sierpnia oddział "Beliny" wkroczył do Kielc. Miasto wydawało się porzucone. Janusz Głuchowski wspominał: "pojechaliśmy więc na obiad - jak przystało - do hotelu Bristol". Posiłek został przerwany, kiedy przed budynek podjechały samochody z wojskiem rosyjskim. Wybuchła strzelanina, ułani wycofali się, opuszczając lokal kuchennymi drzwiami. Oddział "Beliny" zaczął zdobywać uznanie wśród Rosjan, a 14 sierpnia do ułanów dołączył Gustaw Orlicz-Dreszer, oficer rosyjskich huzarów.
    Szybko zasłużyli sobie na miano elity - otrzymywali najtrudniejsze zadania. Jak choćby Orlicz-Dreszer, który we wrześniu 1914 roku miał z rozkazu Komendanta dokonać zwiadu na lewym brzegu Wisły w okolicy Nowego Korczyna. Orlicz wziął czterech ludzi. Nago, z karabinem w ręku, przeprawił się na drugi brzeg, "rozpoznał bojem" pozycje Rosjan i parę godzin później stanął przed Piłsudskim, by zdać raport. Belina-Prażmowski powtarzał: "Ułan musi wszystko potrafić. A jak nie, to marsz do piechoty!".

    Byli ludźmi do zadań specjalnych i tak pozostało przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Orlicz był prawą ręką Piłsudskiego podczas zamachu majowego. Wieniawa-Długoszowski to najwierniejszy współpracownik Komendanta, który powierzał mu misje dyplomatyczne o dużym znaczeniu. Antoni Słonimski pisał o nim: "ulubieniec Cezara".

    Szeregi oddziału "Beliny" rozrastały się szybko. Wkrótce został więc przekształcony w 1. szwadron ułanów, zalążek późniejszego 1. pułku ułanów legionowych.Nie czołgał się, bo zakazywał mu tego swoisty fason ułański

    Kawaleria zawsze przyciągała awanturników. Trudno było utrzymać wśród nich dyscyplinę, szczególnie kiedy musieli podporządkować się wojskom austriackim. Legiony były przecież formalnym sojusznikiem Wiednia. Do najgłośniejszego incydentu doszło w marcu 1915 roku, kiedy brygada zajmowała okopy nad Nidą. Żołnierze byli brudni i zawszeni. Oddelegowano ich więc do łaźni w Jędrzejowie, w którym stacjonowało dowództwo 2. korpusu pod wodzą gen. Kirchbacha. Szwadron "Beliny" miał po kąpie-li wziąć udział w uroczystym przeglądzie. Gdy ułani wjechali na jędrzejowski rynek, cesarsko- -królewska orkiestra zaczęła grać hymn austriacki. Krew zawrzała w żyłach kawalerzystów i kilku oderwało się od szwadronu. Komendę "Cel. Orkiestra. Szarża!" wydał Jerzy "Świerszcz" Pyt-lewski. Jej uczestnik Jan Kamiński wspominał: "Pocwałowaliśmy jak huragan. Impetem koni i płazami rozpędziliśmy całe towarzystwo". Gen. Kirchbach patrzył na szarżę ze zgorszeniem. By złagodzić gniew sojuszników, Piłsudski posłał do austriackiego dowództwa Wieniawę. Ten wyjaśniał, że ułani byli znużeni służbą w okopach i musieli wyładować energię. Tłumaczył: "Jeśli zaszarżowali nawet na sojuszniczą orkiestrę, to pan generał wyobrazi sobie, jak będą walczyć z wrogiem!".
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama