Nie wyżywię rodziny za rozdane autografy

    Nie wyżywię rodziny za rozdane autografy

    Mariusz Najwer

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Rozmowa z Waldemarem Kastą, raperem z Wrocławia - o tym, dlaczego zorganizował strajk londyńskiego metra i co go fascynuje w tym, że dwóch facetów tłucze się po głowach.
    W tym roku wróciłeś z Anglii.

    Tak. Po trzech latach.

    Jesteś ojcem malutkiej Amelii Victorii. Poleciałeś zarobić na dziecko?

    Nie. Dałem nogę z zupełnie innych powodów. Jeszcze do niedawna rozpoczynanie kariery w tym kraju nie było łatwe. Zdobyłem popularność, ale co z tego? To, że rozpoznają mnie dziewczyny w tramwajach i proszą o autografy, nie pomoże wyżywić rodziny. Nie ugotujesz własnego szacunku. Moje nagrania rozchodzą się znakomicie, ale w internecie, za darmo. Mam 30 lat. Pomyślałem, że jeśli chcę się przebranżowić, zająć czymś nowym, to i w nowym otoczeniu. Nie w Polsce.
    Po pierwsze, chciałem nauczyć się języka, ponieważ nigdy nie uczyłem się angielskiego. Po drugie, chciałem stwierdzić, czy uda mi się wyjechać z tobołkiem jak Koziołek Matołek i dać sobie radę gdzieś indziej. Nie robiłem tego po raz pierwszy. Nigdy nie bałem się podróżować.

    Jak zarabiałeś na życie?

    Zacząłem normalnie, jak większość ludzi - byłem zwykłym robotnikiem. Ta historia ma też drugie dno.

    Co dokładnie?

    Pojechałem tam zaproszony przez agencję pracy. I zostałem oszukany. Na miejscu okazało się, że jestem odcięty od wszystkiego, co mi obiecano. Nie mam ani kontraktu, ani domu, ani kluczy do mieszkania. Miałem być supervisorem (kierownikiem - przyp. red.) dwudziestu pięciu osób, Polaków pracujących na wózkach widłowych. Ostatecznie zostałem jednym z nich. I wszyscy wylądowaliśmy w hotelu. Ja byłem w o tyle komfortowej sytuacji, że w każdej chwili mogłem wrócić. Ale do głowy przyszło mi wtedy coś innego - żeby zostać i sobie poradzić; pomóc też tym ludziom. W przeciwieństwie do mnie, oni pojechali po życiową szansę. Po kilku tygodniach wywalczyłem dla nas lepszy byt. A firma, która w ten sposób handlowała ludźmi, zapłaciła za to wysoką cenę. Bo, mówiąc nieskromnie, jestem niewłaściwą osobą, której można robić tego typu rzeczy. Ale dzięki temu, że mnie oszukano i nie odpuściłem, bardzo szybko awansowałem. Zostałem współtwórcą pierwszej komórki polskich związków zawodowych w Anglii. Pracowałem w Londynie wraz ze swoim kolegą, Bartkiem Jaśkiewiczem. Zrzeszaliśmy Polaków. Razem z Bartkiem pomogliśmy niezliczonej ilości rodzin. Jestem też bodajże jedynym raperem z Polski, który miał swoją przemowę w parlamencie brytyjskim.

    Zrobiłeś rewolucję.

    Rewolucja była potem. Zorganizowaliśmy strajk londyńskiego metra. Pracowaliśmy nad kampanią 8 miesięcy. Po tym czasie, o pensjach pracowników metra mieliśmy do powiedzenia więcej niż władze miasta. Poszliśmy ich zapewnić, że jeśli nie podniosą płac, to londyńczycy będą tonąć w śmieciach: nie przyjadą pociągi i ludzie nie dojadą do pracy. Zrozumieli. W konsekwencji, najniższa pensja w brytyjskim metrze, 5,05 funta, została podwyższona do 6,70 za godzinę.

    Ustawiłeś się. Dlaczego nie zabrałeś tam rodziny, żeby zostać na stałe?

    Tęskniłem za bardziej beztroskim życiem w Polsce. Co prawda nie nosiłem garnituru, ale pracowałem w biurze otwieranym jakimś kodem magnetycznym. W olbrzymim gmachu, gdzie inni mi się kłaniali. Nie zarabiałem też małych pieniędzy. Płacili mi sporo, żebym nie przestawał dla nich pracować.
    Ale zrezygnowałem. Nastąpiło tzw. zmęczenie materiału. Anglia mi się nie podoba i tym bardziej nie chciałbym tam wychowywać dziecka. Moja partnerka także. Oboje jesteśmy tradycjonalistami - cenimy sobie własne śmieci. A jak wychowywać potomka, to tylko w kraju jego dziadków, gdzie jest polskie powietrze. Nie chciałbym, żeby moje dziecko było bardziej angielskie.
    Tam jest patologia: dwunastoletnie dzieci robią dzieci, trzynastolatkowie się zabijają.

    Tu też tak jest.

    Nie do końca. U nas największym odsetkiem młodocianych bandytów są siedemnasto-, osiemnastolatkowie. Pijani i sfrustrowani rzeczywistością. To ludzie, którzy wychowują się na takich dzielnicach, jak wrocławski trójkąt bermudzki. I takie rzeczy powodują w Polsce patologie. Mam wrażenie, że tamtejsza młodzież jest kompletnie bez przyszłości. Dobrobyt, socjale, rodzice nie muszą pracować. Ojciec chodzi do pubu, matka się prostytuuje, a dzieciak non stop jest w posiadaniu pieniędzy na narkotyki i broń. Jednoczy się z gangiem i jest skrzywiony "na dzień dobry". Powiedz mi, w jaki sposób dwunastoletnie dziewczyny, z makijażem jak stare prostytutki, mogą stać się potem wartościowymi kobietami? Ja w to nie wierzę.
    Bo kiedy ja miałem dwanaście lat, to moje rówieśnice były normalnymi, bogobojnymi dziewczynami, które marzyły o przystojnym, romantycznym facecie, całującym jak w "Przeminęło z wiatrem".
    Wczoraj na zakupach też widziałem wydekoltowane "dwunastki" z portfelami pełnymi pieniędzy. We Wrocławiu powstaje coraz więcej galerii handlowych. Konsumpcyjne życie idzie naprzód. Przepaść między Anglią a Polską zmniejsza się.
    Ale angielska mentalność raczej nam nie grozi. Owszem, z biedy i potrzeby, Polacy wygenerowali chęć na dobrobyt, ale z pewnością go inaczej spożytkujemy.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      wrocławski trójkąt bermudzki

      Kytutr (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 60 / 60

      Na wrocławskim "Trójkącie Bermudzkim" jest już spokojniej, teraz na złą sławę pracuje Kleczków i alkodzielnica Nadodrze :)

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama