Żaden inny polityk nie zaskakuje i nie oburza tak, jak Janusz Palikot, który dzisiaj wprawia w osłupienie klubowych kolegów, opozycję i samych wyborców.
Po katastrofie prezydenckiego tupolewa, kiedy na kilka tygodni usunął się w cień, wrócił odmieniony: nowa fryzura, okulary w rogowej oprawce i deklaracja, że oto z prezydentem Lechem Kaczyńskim umarł stary Palikot, wywołały ciekawość. Czym zaskoczy, bo w to, że zamilknie, nikt chyba nie wierzył. Zaskoczył szybko. Chciał wiedzieć, czy prezydent Lech Kaczyński był podczas podróży do Katynia trzeźwy i czy to czasami nie on kazał lądować pilotom we mgle. Na początku lipca stwierdził, że to Lech Kaczyński ponosi odpowiedzialność moralną za śmierć ludzi w smoleńskiej katastrofie i że to prezydent, nie kto inny, ma "krew na rękach". W minioną środę Sejmowa Komisja Etyki podjęła decyzję o ukaraniu Janusza Palikota, a sprawą jego wypowiedzi, na wniosek europosła PO Filipa Kaczmarka, zajmie się sąd koleżeński Platformy.
Ale Palikot jest potrzebny Platformie jak nigdy. - Jest skuteczną i niezbędną bronią - uważa prof. Kazimierz Kik, politolog. A Wiesław Gałązka, doradca polityczny, dodaje to, o czym wszyscy wiemy. - Zadaje pytania, których nikt inny by nie zadał, bo nie wypada ich postawić politykom pokroju premiera Tuska czy marszałka Schetyny - mówi Gałązka.
Tę diagnozę zdają się potwierdzać politycy Platformy. Senator Kazimierz Kutz w środę, w "Rozmowie bardzo politycznej" w TVN 24, zwrócił się do Adama Hofmana, polityka PiS, słowami: "Doprowadził PiS za przeproszeniem do zidiocenia, bo wszyscy międlicie o nim od świtu do nocy. Pokazuje inne możliwości polityki, wodzi was za nos. PO nie musi się wami zajmować, bo Palikot sam was załatwia. Ja podziwiam go jako zjawisko i się nim delektuję".
Przyczyna druga, dla której PO nie pozbędzie się Palikota, to jego popularność. - Gdyby stworzył centrolewicową partię, mógłby nam odebrać 7 do 8 proc. elektoratu, to dużo w perspektywie zbliżających się wyborów parlamentarnych - przyznaje jeden z polityków Platformy. Jest i trzeci powód: jego wiedza na temat samej Platformy i kampanii prezydenckiej w 2005 roku. Politycy PiS nazywają tę wiedzę "hakami", ci z Platformy łagodniej -"pewnym kapitałem".
W co gra sam Palikot? Ponoć w Lublinie opowiada, że zostanie premierem, a potem prezydentem. I choć nasi rozmówcy różnie tłumaczą jego motywacje, są zgodni: gra wyłącznie na siebie. Jeden ze znajomych Palikota zauważa, że ten ma naturę dużego chłopca. - Nakręca się na pewien temat, robi dobrą robotę, potem stwierdza, że wszystko źle działa, forsuje własne pomysły, co rodzi zrozumiały opór poszczególnych środowisk, skłóca te środowiska, wytwarza wzajemną atmosferę niechęci i natychmiast z nich wychodzi. Ucieka - wylicza. - Tak było w Polskiej Akademii Nauk i w Polskiej Radzie Biznesu, w których działał, tak może być w polityce - wróży nasz rozmówca.
Palikot to skrajny narcyz i egocentryk skupiony wyłącznie na sobie, ale co trzeba przyznać: skuteczny, pracowity, jeśli tylko mu się to opłaca, wybitnie inteligentny, szukający nowych wyzwań
Niespokojnym duchem był od dzieciństwa. Po skończeniu szkoły podstawowej, w której, jak przyznaje w książce "Ja, Palikot", wywiadzie rzece udzielonym Cezaremu Michalskiemu, był na początku marnym uczniem, poszedł do dobrego biłgorajskiego liceum, ale za działalność opozycyjną został z niego wydalony. Trafił do III klasy LO im. Ruy Barbosy na Pradze-Północ, potem wybrał filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. - Miałem wilczy bilet, bałem się, że mnie państwowe uczelnie nie przyjmą - tłumaczył Michalskiemu. Na studiach spotkał Marka Kamińskiego, podróżnika.
Po studiach ich drogi się rozeszły, spotkali się dopiero w połowie lat 90., w samolocie, którym lecieli załatwiać jakieś interesy, bo Palikot był już znanym lubelskim biznesmenem i najmłodszym członkiem Polskiej Rady Biznesu. Po ukończeniu filozofii na Uniwersytecie Warszawskim pracował wprawdzie w Polskiej Akademii Nauk, otworzył nawet przewód doktorski na temat fenomenologii nauk i kryzysu kultury europejskiej według teorii Edmunda Husserla, ale wciągnął go biz-nes i pochłonęła rodzina: żona i dwóch malutkich synów.
Na przełomie lat 1989-1990 został jednym z 10 założycieli przedsiębiorstwa handlowego Kram spółka z o.o. Handlowali telewizorami, zegarami z Tajlandii, lodówkami, pralkami, artykułami chemicznymi gospodarstwa domowego i napojami, na których w końcu postanowili się skupić. Badania rynku wykazały, że w Polsce brakuje dobrych win i szampanów, wykorzystali tę lukę. Ambrę, bo tak nazwał spółkę Palikot, rozkręcił, ale w końcu sprzedał, Żołądkową SA, kolejną firmę, z której chciał stworzyć ogromny koncern, kupił od Palikota fundusz inwestycyjny. Bo ten miał już kolejny pomysł: Manufaktury Polskie. Firma miała w założeniu stworzyć w kraju sieć księgarni dla ambitnej publiczności, ale okazała się porażką, podobnie jak "Ozon", ty-godnik opinii zamknięty po roku działalności.
Styl, w jakim działał, sprawiły, że już od początku lat 90. Palikot był w Lublinie człowiekiem znanym i szanowanym. Dzisiaj jest legendą. Prof. Krzysztof Obłój dawał go za przykład studentom, bo 20 lat temu badania wykazywały, że polski biz-nesmen to zazwyczaj człowiek prosty, a tu w Lublinie pojawił się biznesmen-filozof działający na wielu płaszczyznach, angażujący się w życie kulturalne i społeczne regionu. - Poznałem Palikota jako dyrektor teatru, twórca i organizator Święta Ulic. Pewnego roku mieliśmy kłopot ze sponsorem tej imprezy i to firma Palikota Ambra sfinansowała całe przedsięwzięcie - opowiada Jerzy Fedorowicz. - Jeśli widzę człowieka, który stworzył przedsiębiorstwo, dał ludziom pracę, to go szanuję - kwituje.
Wykonał kawał świetnej roboty - opowiada jeden z lubelskich polityków. - Tyle tylko - ciągnie - że w pewnym momencie zaczął działać w myśl zasady: "Kto nie jest ze mną, ten jest przeciwko mnie", czym zraził wielu lubelskich polityków.
Wcześniej z Platformą pożegnała się Zyta Gilowska, oskarżana o to, że zatrudnia synową w lubelskim biurze poselskim, i pierwsi, którzy wypowiedzieli Palikotowi wojnę na Lubelszczyźnie, to jej ludzie. Tzw. środowisko pozytowskie szybko opuściło szeregi PO, potem do tej grupy dołączyli ludzie związani z Dariuszem Piątkiem, wyrzuconym z partii za krytykowanie Palikota. - W Lublinie współpracuje z niewielką grupą ludzi, resztę ignoruje, a ci czują się sfrustrowani - mówi nam jeden z polityków.
- Kiedy wstępował do PO w 2005 roku, byłam nim zafascynowana - przyznaje posłanka Magdalena Gąsior-Marek. - Kiedy z kimś rozmawiał, zawsze był przygotowany, wiedział o swoim rozmówcy wszystko. Pracowity. Ma swoje cele i konsekwentnie je realizuje. Tyle że parlamentarzyści są po to, by pomagać innym, a Janusz gra wyłącznie na siebie. Jego polityka to ciągła autopromocja, dlatego złożyłam wniosek o jego wykluczenie z PO - tłumaczy posłanka Platformy.
Wniosek przepadł, Palikot miał już stronników w PO. Do Sejmu wszedł z przytupem, podjeżdżając na Wiejską białym land-roverem z napisem "Palikot". Opublikował w prasie ogłoszenia: swoje zdjęcie i deklarację ideową "Dlaczego wstąpiłem do Platformy Obywatelskiej?". Kilka lat później Michalskiemu powiedział: "Moją porażką będzie, jeśli nie dostanę żadnej z czterech głównych funkcji: sekretarz generalny, szef partii, premier albo silny wicepremier z resortu, w którym umiałbym coś pożytecznego zrobić". Tłumaczył też tajemnicę swojego sukcesu: "W nowoczesnej, czy też już po-nowoczesnej polityce, to właśnie ci partyjni urzędnicy, owi zawodowi politycy, nie mają szans na przywództwo. Czasy są takie, że ożywcze i pociągające dla ludzi z zewnątrz są osobowości spoza klasy politycznej. Może właśnie dlatego klasa polityczna mnie nie lubi, ci wyjałowieni zawodowcy, u których czasem także z zawodowymi kompetencjami polityka bywa krucho". - Jest mistrzem PR-u i socjotechniki. Najbardziej dostosowanym do mechanizmów, jakimi rządzi się polska polityka po 2005 roku. Bo od tego czasu spór, który ją zdominował, nie rozgrywa się na płaszczyźnie ideowej, a na płaszczyźnie PR-u i socjotechniki. Palikot szybko to zrozumiał - mówi prof. Kik.
Palikot w 2001 r. z Markiem Kamińskim poszedł na biegun północny. W książce "Płoną koty w Biłgoraju" pisze, że ta wyprawa go zmieniła, że stał się po niej innym człowiekiem, wyprowadził się z domu, rozstał z żoną Marią Nowińską. Razem się dorabiali, a tu trzeba było dzielić majątek i walczyć o alimenty dla synów. Najwięcej emocji wzbudziła Jabłonna, zespół pałacowo-parkowy nieopodal Lublina, który Palikot kupił w opłakanym stanie i odrestaurował. W pałacu została pierwsza żona z synami, a on przeniósł się do Lublina i ożenił ponownie. W wywiadach opowiada o rodzinnym szczęściu, pozuje do zdjęć z dwójką maluchów: pierwszą córeczką Zosią i trzecim synem Frankiem. - Palikot to polityk o osobowości destrukcyjnej, w czasach pokoju nie sprawdza się - ocenia prof. Kik. - W komisji "Przyjazne państwo" nic nie zrobił, bo nie nadaje się do nudnej, żmudnej pracy. Gdybyśmy mieli do czynienia z umiarkowaną sceną polityczną: rząd realizował reformy, a opozycja działała konstruktywnie, Palikot nie miałby racji bytu - kończy prof. Kik. Co będzie, jeśli kiedyś na polskiej scenie politycznej zapanuje nudna normalność? Albo kiedy Janusz Palikot, wieczny chłopiec, sam znudzi się polityką? Zapewne poszuka wtedy nowych wyzwań. Może poleci w kosmos?
"Gazeta Wrocławska" Dział Prenumeraty ul. św. Antoniego 2/4 wejście B, III piętro 50-073 Wrocław 071 374 81 15 p.jastrzebska@ gazeta.wroc.pl Prenumerata domowa Prenumerata teczkowa
Reklama:
"Gazeta Wrocławska" Biuro Reklamy ul. św. Antoniego 2/4 wejście B, III piętro 50-073 Wrocław 71 374 82 49 faks 071 374 81 35
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie GazetaWroclawska.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.