Anna Komorowska: Niewolnicą Isaurą to ja nie jestem

    Anna Komorowska: Niewolnicą Isaurą to ja nie jestem

    Anna Komorowska

    Aktualizacja:

    Widziała łzy w oczach męża. Irytuje ją czepialstwo o wpadki i brak empatii w kampanii. Ale myśli sobie, że cierpliwość wszystko zwycięży, i oswaja paparazzich - z Anną Komorowską rozmawia Anna Wojciechowska
    Pamiętam, że wkrótce po ogłoszeniu przez Donalda Tuska decyzji w kuluarach sejmowych zawrzało: naturalny kandydat Bronisław Komorowski może nie wystartować, bo jest problem żony.
    Kto tak mówił?

    Sami politycy PO.
    Ale czy ktoś słyszał ode mnie, czy od mojego męża, że się nie zgadzam?

    Powszechne przekonanie było takie: marszałek pracuje nad żoną w tej sprawie w domowym zaciszu.
    To nie tak. Po prostu pojawiła się konkretna, niezwykle zaszczytna propozycja i należało ją poważnie rozważyć. Rozmawialiśmy o wszelkich aspektach tej decyzji, w tym również, nie ukrywam, o moich obawach dotyczących utraty prywatności. Nie marzyłam nigdy o życiu w świetle jupiterów.

    Dla kobiety, która budowała życie rodziny, konsekwentnie chroniąc jej prywatność, to zderzenie z jupiterami i mediami musiało być trudne. Było? Kiedy po raz pierwszy uświadomiła sobie Pani: niestety to koniec spokoju?
    Już w trakcie prawyborów w PO, gdy świadomie i konsekwentnie wciąż stroniłam od mediów, nie brałam udziału u boku męża w partyjnych konwencjach, nagle stałam się obiektem zainteresowania paparazzich. Było to uciążliwe, ale trudno powiedzieć, że wywróciło moje życie codzienne do góry nogami. Szybko zresztą zrozumiałam, że unikanie tych niedogodności to walka z wiatrakami. A wychodzę z założenia, że jeśli nie można czegoś zmienić, to trzeba się z tym oswoić.

    Słyszałam, że niektórych fotografów, zamiast pogonić, co jest najczęstszą reakcją, Pani wręcz pożałowała?
    Rzeczywiście nie zazdrościłam im, patrząc, jak przez kilka godzin siedzieli w krzakach, tu, w parku przed domem czy u nas na wsi. Z czasem nabrałam dystansu i przyzwyczaiłam się do ich obecności.

    Ludzie na ulicy, w sklepie jakoś inaczej na Panią reagują, od czasu gdy jest Pani najbardziej prawdopodobną przyszłą prezydentową?
    Raczej nie. Mieszkamy na Powiślu od 25 lat, jestem tu mocno zakorzeniona, bywam w tych samych miejscach, spotykam wielu znanych mi z widzenia ludzi. Ostatnio stałam się bardziej rozpoznawalna. Przyznaję, że częściej spotykam się z miłym uśmiechem, słowami wsparcia i życzeniami powodzenia. Odnoszę wrażenie, że wielu spotykanych ludzi ceni w nas to, że w dalszym ciągu prowadzimy tak jak wcześniej normalne życie.

    Polityka na co dzień przy stole w rodzinie Komorowskich jest?
    Zawsze była. Śmieję się, że trzecie słowo (po mama i tata), które wypowiedziała nasza najmłodsza córka - urodziła się jesienią 1989 roku - brzmiało "mości". A to był skrót od "Wiadomości". Ale czemu się dziwić? Na lodówce w kuchni stał telewizor i o 19.30 sadowiłam ją przy stole, a pozostałych domowników przywoływałam zamiast słowem "kolacja" okrzykiem "wiadomości".

    A dziś toczycie rodzinne dyskusje polityczne? Czy marszałek zostawia polityczne spory za drzwiami?
    Nie, wszyscy chętnie dyskutujemy, bo zarówno mnie, jak i nasze dzieci te sprawy interesują. W końcu wiele z nich dotyczy nas wszystkich, więc trudno od tego uciec.

    Ale ta twarda polityka Panią pociąga?
    Pociąga? Nie, ale trudno się nią nie interesować, skoro mnie dotyczy.

    Zgadzacie się Państwo we wszystkich politycznych sprawach?
    A skąd! Widziała pani kiedyś siedmiu Polaków, którzy mieliby identyczne zdanie w jednej sprawie? Ale na szczęście u nas nie są to głębokie różnice. Przeraża mnie, jak słyszę o przypadkach, gdy polityka tak dzieli rodzinę, że nie jest w stanie zasiąść razem nawet przy wigilijnym stole.
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze (2)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      prawda jak oliwa

      cyrenejczyk (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 55 / 41

      Obydwoje rodzice obecnej prezydentowej pracowali w urzędzie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Dzisiaj o MBP wielu nie wie i nie zna metod podtapiania, przetrzymywania w fekaliach, nago na...rozwiń całość

      Obydwoje rodzice obecnej prezydentowej pracowali w urzędzie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Dzisiaj o MBP wielu nie wie i nie zna metod podtapiania, przetrzymywania w fekaliach, nago na mrozie, bicia drągiem przez mokre koce, wymuszania fałszywych zeznań, rozstrzeliwania na niby, zbiorowych gwałtów przez funkcjonariuszy, torturowania dzieci na oczach rodziców, masowego mordowania bez wyroku polskich patriotów... Porównanie MBP do Gestapo to obraza dla Gestapo.zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      fotosamotność

      budrys (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 51 / 39

      Sama na zdjęciu? A gdzie mąż wielorybnik?

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama