Mam przed sobą księgę z dedykacją autora - "Encyklopedia piłkarskich mistrzostw świata" - którą Andrzej Gowarzewski wydał dokładnie dwadzieścia lat temu. Natomiast półtorej dekady wcześniej, na ładnych kilka miesięcy, nas obu wydano na pastwę losu.
Latem 1976 r. pracowaliśmy wśród 60 tys. ludzi z całej Polski, pisząc o nich dla tygodnika budowniczych i hutników huty Katowice, za karę. Bo Andrzej nie wrócił na czas do redakcji "Sportu" z USA, a ja nie stawiłem się na radiowej imprezie pod nazwą Młodzieżowy Bohater Roku.
Wiedząc, że będziemy do pierwszego spustu "na hucie" - i że to się już nigdy nie powtórzy - rzuciliśmy się w wir tak zwanej dobrej roboty Polaków, którzy potrafią, opisując rozruch aglomerowni, osadzanie konwertora w stalowni, rozpalanie wielkiego pieca i tak dalej, aż do pierwszej surówki i stali. Wierzyliśmy profesorom metalurgii i ochrony środowiska, że stare, trujące huty, jak Bobrek, Kościuszko, Dzierżyński i inne, znikną, gdy ruszy jeden z największych na świecie kombinatów metalurgicznych i że będzie mniej świństwa w powietrzu, a więcej stali na domy, statki, szyny i żyletki.
Po pierwszym spuście stali ja wróciłem do reportaży i słuchowisk, a Andrzej Gowarzewski postanowił na własną rękę wydawać książki o piłkarskich mistrzostwach świata, do których materiały zbierał od początku lat 70. Do każdego znaczącego klubu piłkarskiego na świecie wysyłał listy z prośbą o materiały informacyjne. Faksował i telefonował do wielu działaczy i zawodników na wszystkich kontynentach, opiekując się dwiema córkami, gdy żona była w pracy. Mieszkali w domu z ogrodem, w smrodliwie trującej dzielnicy Katowic, jaką były wówczas stare śląskie Szopienice z hutą cynku i fabryką margaryny. Tam go namawiałem, żeby nie gromadził w głowie wszystkich bramek, jakie strzelali na mundialach Pele, Didi, Beckenbauer, Rivelino, Boniek, Platini czy Maradona oraz jakie puścili Zamora, Zoff, Tomaszewski, Schumacher czy Shilton, lecz żebyśmy razem - jako autorska spółka - wystartowali w ogólnopolskich konkursach na reportaże. Kilka wygra-liśmy, wysyłając delikatnie drwiące z ówczesnej demokracji teksty, m.in. "Prawdziwych sołtysów już nie ma". Wzorowaliśmy się na mistrzach gatunku, takich jak Ryszard Kapuściński czy Hanna Krall, a ja lubiłem (i nadal lubię) już w pierwszym zdaniu reportażu stosować dowcipne skojarzenia w stylu: "Jak się wchodzi w czas letni, to się jest w ostrożnickiej gospodzie godzinę wcześniej, więc popić i powiedzieć można więcej" ("Wszystko do wygrania", Wyd. Śląsk, 1980).
Mijały lata i mundiale, którym Andrzej pozostał wierny, jak ja słuchowiskom i reportażom. Jego encyklopedyczne książki o polskiej piłce nożnej i kolejnych mundialach były coraz atrakcyjniejsze, a wydawał je ciągle na własny rachunek, poszukując wcześniej drukarni, papieru i sponsorów. Sam musiał uporać się z cenzurą i rozliczeniami oraz reklamą, a także wysyłką książek, które magazynował w garażu ojca. W trudnych czasach schyłkowego Gierka, współczesnym specjalistom od gospodarki wolnorynkowej, takim jak profesorowie Balcerowicz czy Belka, do głowy wtedy nie przyszło, żeby podobnym samodzielnym wydawcom, w jakiś ustawowy sposób, ułatwić w PRL założenie i prowadzenie światowej sławy wydawnictwa encyklopedycznego o mundialach. Polscy kibice kupowaliby je na pniu w tych cudnych latach polskiej potęgi i chwały reprezentacji Górskiego.
Encyklopedia, którą dwadzieścia lat temu ofiarował mi Andrzej, została w całości wpisana w dyski komputerów w centrach prasowych tamtych i kolejnych mistrzostw świata w piłce nożnej. Są w tej opasłej, białej księdze futbolu szczere słowa uznania dla niego - jako autora, Andrzeja Gowarzewskiego - od tak wielkich autorytetów w świecie piłki nożnej, jak ówczesny prezydent FIFA Joao Havelange, honorowy prezydent FIFA sir Stanley Rous i prezydent komitetu organizacyjnego niemieckich MŚ '90 Hermann Neuberger. Ta księga jest klejnotem pośród wydawnictw poświęconych mundialom, które zaczęły się od pierwszych mistrzostw świata w 1930 r., no i - jak to się mówi - końca nie widać. Nie było nas - był mundial, nie będzie nas - będzie mundial.