Pieczoną kaczkę jadło się w towarzystwie wytrawnej nalewki z czarnej porzeczki. Do pieczeni z dzika najlepsza była trochę wytrawna wiśniówka.
Fakt, że "Pan Tadeusz" wieszcza Mickiewicza dosłownie trafił pod strzechy, wszyscy czytali o czarnej polewce podanej Jackowi Soplicy, jako znak, że nie chcą go w charakterze zięcia.
Na palcach można policzyć tych, którzy wiedzą, co podawano, gdy kawaler spodobał się rodzinie. A to podobna tradycja z tych samych niemal stron. Wyciągano wtedy z piwniczki najzacniejszy rodzinny kordiał, który nazywano żenichą.
Każdy szlachecki dworek miał swoją nalewkę, której receptura była rodzinną tajemnicą, czasami przekazywaną dopiero na łożu śmierci.
Oczywiście, robiono najróżniejsze kordiały z różnym przeznaczeniem. Wiele z nich przez całe stulecia traktowano jako lekarstwa.
Wszyscy pewnie znają najstarszą przywoływaną nalewkę przyrządzaną przez samego ponoć Hipokratesa, a nazywaną eliksirem młodości. Starożytny medyk też korzystał z przekazywanych z ust do ust receptur ludowej medycyny. Cóż to było za cudo? Czosnek z miodem i specjalnie wybranymi ziołami najprawdopodobniej zalany mocnym winem.
Każdy szlachecki dworek miał swoją nalewkę, której receptura była rodzinną tajemnicą, czasami przekazywaną dopiero na łożu śmierci
Nam się kojarzy nalewka - i słusznie - ze spirytusem. Ale jak wiemy, spirytus to młoda bajka. Długi czas sposób jego wytwarzania był najpilniej strzeżoną tajemnicą. W najeżdżanej przez Arabów Hiszpanii dopiero w VIII wieku w wyniku destylacji wina udało się otrzymać mocny alkohol. Reszta Europy poznała ową tajemnicę dopiero w XIII wieku, dzięki traktatowi prof. Arnau de Vilanova z uniwersytetu w Montpellier. Ów produkt pan profesor raczył nazwać… wodą życia (eau-de-vie). Dziś niektórych od tej wody życia trudno oderwać. Takie to pokręcone są dzieje wielu wspaniałych wynalazków.
Wracając do nalewek, od razu napiszę, że niemal każdy kraj ma swoją specjalną nalewkę, którą zna nie tylko Europa. A Polacy takiej jednej, najsłynniejszej nalewki nie mają. Niedawno byłem w gościnie u braci Litwinów i w prezencie przywiozłem szwagrowi słynne kowieńskie trzy dziewiątki (999), czyli Trejos Devynerios, które są wyciągiem z 27 ziół zalanych spirytusem, a receptura tej nalewki sięga XV wieku. Mało jest chyba osób, które jeszcze nie próbowały wyrabianej za naszą południową granicą Becherovki z 32 ziół. Sąsiedzi zza Odry mają swój ziołowy Jägermeister z 56 ziół, a bratankowie znad Dunaju korzenne Unicum. Wszystkich przebijają Francuzi wyrabianym ze 130 ziół Chartreuse, które popijali maszyniści w "Szalonej lokomotywie" Witkacego. Blado wypadamy na tym tle.
Stare kroniki podpowiadają, że nalewkowy boom zaczął się, gdy na tronie na chwilę zasiadł Henryk Walezy
Przepaść w polskiej tradycji wyrobów kordiałów najgłębiej wykopał PRL, kiedy naród do budowy socjalizmu zachęcano czystą ojczystą, siwuchą zwaną.
Wróćmy do historii tej odleglejszej, bo nalewkowa moda wraca, coraz więcej osób tym się zajmuje. Stare kroniki podpowiadają, że nalewkowy boom zaczął się, gdy na tronie na chwilę (no, rok ledwie) zasiadł Henryk Walezy. Zaraził on polską szlachtę ziołowymi wyciągami na mocnej brandy. Brandy u nas nie robiono, ale bimber pędzono powszechnie. W szlacheckich piwniczkach pojawiły się wiśniówki, morelówki, jarzębiaki, krupniki, miodniki, dereniówki i setki innych nalewek.
Każda miała swoje miejsce przy dawnym polskim stole. Dla zaostrzenia apetytu przed podaniem potraw rozbudzano soki żołądkowe kieliszeczkiem (20-40 g) piołunówki. Do przystawek z wędlin i pasztetów serwowano tarninówkę. Pieczoną kaczkę jadło się w towarzystwie wytrawnej nalewki z czarnej porzeczki. Do pieczeni z dzika najlepsza była trochę wytrawna wiśniówka. Przy deserach i licznych ciastach pojawiały się nalewki słodkie i likiery…
O nalewkach można bez końca, bo to wielkie samodzielne królestwo.