Zbrzyzny: Śni mi się, że znów jestem kapitanem statku na...

    Zbrzyzny: Śni mi się, że znów jestem kapitanem statku na Odrze

    Robert Migdał

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Czy jako zawodowy marynarz ma wytatuowaną na ramieniu gołą babę, dlaczego nazwał produkowane przez siebie wino imieniem psa, czemu mówili na niego "sokole oko", kiedy był podejrzewany o zafarbowanie sobie włosów i czy denerwuje się, gdy słyszy, jak mówią na niego "Czerwony Książę Zagłębia". Z Ryszardem Zbrzyznym, jeleniogórsko-legnickim posłem SLD i działaczem związków zawodowych w KGHM-ie, rozmawia Robert Migdał
    W tym tygodniu skończył Pan 55 lat. Wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, szczęścia, pomyślności... No to ma Pan już z górki.
    Ale ja nie czuję tego wieku na karku, naprawdę. Może to dlatego, że mi zdrowie nie szwankuje, kondycję mam dobrą, samopoczucie też. Na nic nie mogę narzekać. Jestem szczęśliwym człowiekiem, chodzącym okazem zdrowia: najważniejsze, że mnie nic nie boli, nie strzyka w kościach. Oby tak dalej.

    W zdrowym ciele - zdrowy duch.
    Tak jest. Całe życie mam dużo ruchu. Jako młody człowiek grałem w piłkę nożną, a chodząc do szkoły we Wrocławiu - do Technikum Żeglugi Śródlądowej - grałem w reprezentacji szkoły, potem w juniorach w lidze okręgowej.


    A do szkoły podstawowej w Lubawce to Pan na nartach śmigał.
    Pewnie, że tak. Grzechem byłoby nie korzystać z tego, że się mieszka na górzystym terenie. I na nartach chodziłem do szkoły - tyle śniegu było.

    Na biegówkach?
    Gdzie tam. Zawsze byłem i jestem "zjazdowcem": lubię duże prędkości, bardzo strome stoki. Nie ma roku, żebym dwa razy nie jeździł w góry, żeby poszaleć na nartach - zawsze na początek i na koniec sezonu. Jadę wtedy z rodziną w austriackie Alpy lub we włoskie Dolomity.

    Myślałem, że poseł jeleniogórsko-legnicki, jako lokalny patriota, rusza w Sudety...
    Z wielką chęcią jeździłbym w Sudety, tylko nie mam tyle urlopu, żeby stać godzinami w kolejkach przy wyciągu, nie wspomnę o przygotowaniu tras. Polskie a zagraniczne to niebo i ziemia. No i śnieg alpejski - tam jest po czym jeździć. A u nas, w Polsce - kiepsko.

    Na stoku uprawia Pan "białe szaleństwo"?
    Tylko slalom gigant. Jeżdżę na najtrudniejszych trasach i daję sobie na nich świetnie radę. Nawet mając 55 lat (śmiech).

    W kasku na głowie?
    Oczywiście. Nie ma żartów. Kask musi być. Dla mnie moja głowa jest bardzo cenna - muszę ją chronić.

    Raz nieźle się Pan połamał.
    Ale to nie było na nartach. Owszem, na deskach zdarzały mi się małe przewrotki, ale nigdy nie miałem poważnej kontuzji. Ba, nie miałem nawet zwichnięcia. Natomiast połamałem nogę, grając... w piłkę nożną. Ale to nie z mojej winy.

    Jak do tego doszło?
    Do dziś to pamiętam: 30 sierpnia 2000 roku. Grałem mecz w Wałbrzychu, na Białym Kamieniu - tam gdzie był stadion Zagłębia Wałbrzych. Byłem wtedy napastnikiem, grałem lewą nogą. I jeden z piłkarzy z przeciwnej drużyny brutalnie mnie faulował na polu karnym - wjechał mi ślizgiem w nogę, a nie w piłkę, i traaaach... Zaatakował z tyłu, nagle, nie mogłem nawet za-reagować. Noga była w dwóch kawałkach. Rok miałem wyjęty z życiorysu, ale gdy tylko stanąłem na nogi, już poskładane, to pojechałem na narty (śmiech).

    Składał Panu tę nogę profesor Bielawski, z którym jakiś czas przed wypadkiem mocno się poróżniliście. Chodzą nawet słuchy, że przez Pana odszedł z SLD...
    Nie było między nami konfliktu. Nie wypadałoby, bo pan profesor mógłby być moim ojcem. Po prostu inaczej postrzegał funkcjonowanie Sojuszu i zabrał się z grupą Borowskiego, tak zwanymi "borowikami", i odszedł. To był jego wybór, a ja mu żadnych wyrzutów z tego powodu nie robiłem.
    1 3 4 5 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama