Tej filiżanki nie powstydziłby się król
Data dodania: Ostatnia aktualizacja:
- Ja to bardzo lubię - zapewnia Jadwiga Urbańska, której podobają się firmowe wyroby, ale nie stać jej na kupno serwisu i kompletuje sobie po jednej filiżance czy talerzu, gdy są kiermasze ceramiczne i wyroby po niższych cenach. - W tej pracy kobiety znakomicie się sprawdzają - chwali Janina Bany-Kozłowska.
Lucyna Mosorka przyszła do zakładu od razu po szkole 26 lat temu. Pracuje na odlewni. Musi pilnować, by naczynia były odpowiedniej grubości. Pracuje, jak inne koleżanki, na akord i na trzy zmiany. Nie ma czasu na pogaduchy. Jeszcze bardziej trzeba uważać przy malowaniu i stempelkowaniu. Wzory są niby te same, ale każdy ręcznie wykonany i wprawne oko widzi różnicę.
Stempelki zostaną
Choć koło Bolesławca kilka lat temu powstała specjalna strefa ekonomiczna, to wciąż miasto kojarzymy raczej z charakterystycznymi garnuszkami z niebieskimi stempelkami niż elementami siedzenia samochodowego wyprodukowanymi w zakładzie ze strefy. Czy ceramiczny symbol doceni nabywca Zakładów Ceramicznych "Bolesławiec"? Ministerstwo Skarbu Państwa po raz szósty wycofało się ze sprzedaży firmy, ale niewykluczone, że pomysł wróci.
- Potencjalny właściciel nie pozbędzie się produkcji zastawy ceramicznej. To znak rozpoznawczy miasta - przekonuje Tomasz Orawiec, kustosz w Muzeum Ceramiki w Bolesławcu, który mógłby godzinami opowiadać o dzbanach żeberkowanych, krugach, paterach i talerzach. Dla niego jest istotne, czy filiżanka, kubek czy waza powstały w "Cepelii", czyli Spółdzielni Ceramika Artystyczna, czy w Zakładach Ceramicznych "Bolesławiec" - dwóch największych i najbardziej znanych producentach zastaw z ceramiki. I z pewnością rozróżnia ich wyroby, czego nie można powiedzieć o zwykłych ludziach. Dla nich "bolesławiec" to po prostu niebieskie stempelki lub ozdobne, malowane ręcznie kwiaty na naczyniach, które dla gospodyń z Poznania, niemieckiego Aachen czy amerykańskiego Houston są gwarancją niepowtarzalności.
Chińczycy nie dali rady
Janina Bany-Kozłowska, główny projektant zakładów, to żywa reklama i historia firmy. Energiczna, konkretna i zakochana w bolesławieckiej glinie. Tworzy wraz z prezesem Karolem Stasikiem niezwykły duet. On - inżynier ceramik, znawca technologii ceramicznej, konkretny i zasadniczy. Ona - ciepła, kobieca, pełna pomysłów, lubiąca proste wzory, ale nieodżegnująca się od stempelkowej tradycji.
Razem przeżyli ciężkie chwile, gdy dwa lata temu zakład dotknął kryzys. Gdy Karol Stasik opowiada o tym dzisiaj, brzmi to prosto. Ale przecież zwolniono 200 osób, zwiększono asortyment, zaczęto budować własną sieć sklepów firmowych. Do produkcji weszły nowe wzory.
Czy ceramiczny symbol doceni nabywca Zakładów Ceramicznych "Bolesławiec"?
- Wkrótce otworzymy sklep przy drodze do Wrocławia - planuje Stasik. - I nikt nie będzie błądził - mówi z wyraźną irytacją i trudno mu się dziwić, skoro miasto i powiat nie mogą wyegzekwować do Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad ustawienia przy autostradzie drogowskazu wskazującego zjazd na Bolesławiec. Ale choć sypie przykładami o błądzących fanach bolesławieckiej ceramiki, to w przyzakładowym sklepie jest międzynarodowy ruch. Niemiecka rodzina kupuje serwis do herbaty. Każda filiżanka ręcznie malowana. Jedna kosztuje 25 zł. Waza 108 zł. Talerzyk 35 zł. Drogo. Ale za rękodzieło tak się płaci. Gdyby ktoś chciał mieć serwis unikatowy, robiony na zamówienie, zapłaciłby prawie 900 złotych.
