Nie jest w modzie pisać źle o własnej branży. W modzie jest za to oskarżać wszystkich dookoła o złe intencje. Raz ta moda idzie w parze z dość tanią odwagą - kiedy krytykujemy polityków, innym razem wiąże się z większym bohaterstwem - np. gdy pokazujemy działania korporacji zawodowych, zmowy wielkich firm, nieuczciwość w Kościele. Sekielski wziął na warsztat tzw. dużą politykę, kopaną codziennie, przez co dość dobrze rozpoznaną.
Ale nic to, możemy po raz kolejny dowiedzieć się niemal tego samego, byle to było mądrze podane. Ten film jednak nie był mądrym spojrzeniem dziennikarza na polityczne kłamstwa. Korzystał on bowiem z tych samych instrumentów, którymi posługują się PR-owcy naszych partyjnych bonzów, i użył tej samej demagogii.
Autor krytykował polityków, ale poległ, bo zachował się dokładnie tak samo, jak oni.
Spójrzmy na ten panujący w filmie nastrój grozy - jak wśród polityków, pamiętamy w końcu śmiertelnie poważnego Ziobrę, gdy mówił o rozbijaniu kolejnego układu. Spójrzmy na zbliżenia kamery na łzy ofiary ABW - politycy też lubią pochylić się nad ludzką biedą. Spójrzmy na nagrywane zza węgła rozmowy - politycy też uwielbiają takie tajemnice.
Porównajmy ten film do rozprawy sądowej. Od dziennikarza tej klasy co Sekielski oczekiwałbym, że będzie raczej sędzią w sprawie. Sam zresztą - wydaje się - w taką rolę chciał się wpisać, bo w końcu niekiedy próbuje ważyć racje. Cóż, kiedy wydźwięk filmu jest taki, że stawia go raczej w pozycji prokuratora.
Jak prokurator podsłuchuje polityków (rozmowa Ziobry z człowiekiem czekającym na przeszczep - chodzi o to, że Ziobro zablokował w Polsce przeszczepy po głupich słowach na temat warszawskiego lekarza, słynnego pana G.), jak prokurator znienacka organizuje konfrontację z ofiarą, by zobaczyć minę oskarżonego (gdy byłemu szefowi ABW Barcikowskiemu przedstawia ofiarę pochopnego oskarżenia o szpiegostwo), jak śledczy czai się gdzieś po kątach, byle tylko zdobyć jakąś informację (to bieganie za Tuskiem, Gosiewskim i Schetyną po sejmowych korytarzach). I jak prokurator w mowie oskarżycielskiej używa sztuczek retorycznych, by wywołać najlepszy efekt (gdy Tuskowi przedstawia nieistotny i - jak się później okazało - nieprawdziwy zarzut o nieistnieniu pielęgniarki, na którą się powoływał w debacie wyborczej, i zestawia go z ciężkimi oskarżeniami o wysyłaniu polskich żołnierzy do Iraku).
Sekielski jest zbyt mądrym dziennikarzem, by myślał, że pokazując kłamstwa polityków odkrywa Amerykę i porwie tym tłumy. Myślę, że ważne dla niego było odkrycie stylu posługiwania się kłamstwem, tej szpetoty naszych wybrańców - cynizmu Gosiewskiego ("Nigdy nie skłamałem"), impertynencji Tuska i Kaczyńskiego (którzy obsobaczali go za jego wcześniejsze programy), obłudy Sławomira Nowaka (gdy opowiadał, że zarzucenie obietnic wyborczych przez PO to normalne prawidła demokracji). I w tym aspekcie było coś nowatorskiego. Gdyby tylko autor filmu sam cynicznie nie używał tych samych prokuratorsko-politycznych metod.
Autor użył w filmie tych samych instrumentów, którymi posługują się politycy. To sprawia, że obraz jest niewiarygodny
Media walczą o pozycję tzw. czwartej władzy patrzącej politykom na ręce. Z założenia powinny mieć większą klasę, być bardziej rzetelne, mniej rozemocjonowane, oceniające z dystansu. Tym filmem Sekielski nie pomógł branży w budowaniu takiego wizerunku. Dobrze, że politycy nie chwytają za kamery. Boję się, że udałoby im się skonstruować podobny film o mediach. Nie muszę dodawać, że jako dziennikarz nad tym ubolewam.