Tabloid to lustro, czasem krzywe zwierciadło. Trzeba się zastanowić co się promuje (© reprodukcja polskapresse)
Wiktor Świetlik
2010-03-20 06:00:45, aktualizacja: 2010-03-20 06:00:45
Okazywanie irytacji i niechęci do "prasy brukowej" jest dziś na fali, co nie zmienia faktu, że pod kołderką chętnie się do niej zagląda. Zabawa celebrytów z tabloidami to poker, obie strony chcą zarobić, a wygrywa sprytniejszy
W dobrym towarzystwie tabloidów się dziś nie czyta i raczej nimi gardzi. Nie zmienia to faktu, że jakoś wszyscy wiedzą o tym, co one piszą, ale to tylko dlatego, że ktoś, kto czyta, (sąsiad, nigdy mama) użyczył, albo, że znalazło się gazetę w taksówce. Nie zmienia to również faktu, że ludzie z dobrego towarzystwa znajdują się w owej taksówce na tyle często, by zauważać rozmaite teksty o sobie, które prowadzą do pozwów, i często wypłacania dziesiątek czy nawet już setek tysięcy złotych odszkodowań za naruszenie wizerunku.
- Jako adwokat mam wrażenie, że gazety typu "Super Express" lub "Fakt" są traktowane przez sądy z góry dużo bardziej surowo - twierdzi Artur Wdowczyk, adwokat broniący w procesach kilku gazet, w tym "Faktu". - Dobrze, że sądy nie były tak zawzięte w czasach, kiedy ja tam pracowałem - mówi jeden z weteranów polskiego tabloidu, dziś w zupełnie innej branży.
Gwiazdy - przynajmniej duża część - formalnie gardzą tabloidami. Kolorówki są też traktowane surowo przez innych dziennikarzy. Jacek Żakowski domaga się zamknięcia redaktora odpowiedzialnego za opublikowanie zdjęć Krzysztofa Piesiewicza, a Tomasz Lis uważa, że tabloidy to jeden z największych problemów w dzisiejszej Polsce i na ich tle docenia nawet Jerzego Urbana.
Prawda jest jednak taka, że dla dużej części wszelkiej maści celebrytów czy polityków tabloidy zrobiły dużo więcej dobrego niż złego, a wielu z nich, część do czasu, budowała na kontakcie z kolorówkami karierę, zaliczając błyskawiczny wzrost popularności. Ponoć niegdyś nieustanne nękanie przez prasę doprowadziło do stanów depresyjnych Edytę Górniak. Choć akurat w jej przypadku akurat najbardziej podła plotka, o tym, iż ojcem jej dziecka ma być rzekomo Aleksander Kwaśniewski, który począł je podczas olimpiady w Korei, wyszła z kręgów SLD. Stało się to podczas wojny na górze między lewicowym premierem a prezydentem, a podchwycił ją Jerzy Urban.
Ale, jak by nie patrzeć, gdy Edyta Górniak wchodziła do branży, nie miała świadomości, że istotnym fragmentem jej życia, ceną kariery, sławy i ogromnych zarobków będą plotki i wszechobecni paparazzi. Inaczej niż wiele późniejszych gwiazd, które nauczyły się z tabloidami żyć, a gdy trzeba, na nich zarabiać.
Marcinkiewicz stał się zakładnikiem mediów w ogóle i był przez nie traktowany z sympatią, ale nie szacunkiem.
Podobnie było zresztą z politykami. Najbardziej klasycznym przykładem był Kazimierz Marcinkiewicz, który jako premier co i rusz pokazywał się podczas swoich gospodarskich wizyt, z miejsca odpowiadał na kolejne apele w stylu "Premierze, popraw los głodnych dzieci" natychmiastowym "Odpowiadam na wasz apel, już pracuję nad rozwiązaniem". Był to bardzo sprawny PR - oczywiście do czasu, bo kiedy Marcinkiewiczowi powinęła się noga, a potem popadł w miłosne tarapaty, stał się obiektem kpin bulwarówek.
Zdaniem specjalistów, Marcinkiewicz popełnił zresztą na wstępie poważny błąd. Był trochę jak - nieco wyolbrzymiane zresztą - ofiary Williama Hearsta, wielkiego amerykańskiego magnata prasowego, O Hearście mówiono, że najpierw tworzy swoich bohaterów, potem przez jakiś czas się nimi żywi, a na koniec - kiedy przestają przynosić dochód - to ich pożera, czyli niszczy. Marcinkiewicz stał się zakładnikiem mediów w ogóle i był przez nie traktowany z sympatią, ale nie szacunkiem.
To drugie potrafił sprawnie uzyskiwać Donald Tusk. Jako lider opozycji - choć akurat wówczas wydawało się, że jest mu to bardzo potrzebne - potrafił przez długi czas nie rozmawiać z niektórymi gazetami, wymuszając w ten sposób rewizję czasem krytycznego stosunku do siebie. Dr
Norbert Maliszewski, specjalista od politycznego PR, doradza wszystkim, by operując z tabloidem dbali o konsekwencje w budowaniu wizerunku: - Tabloid to lustro, czasem krzywe zwierciadło. Nie trzeba unikać treści kontrowersyjnych, ale trzeba się zastanowić, co się promuje. Marek Migalski chwaląc się, że kupuje bieliznę, zakłóca swój wizerunek poważnego politologa w polityce i sobie szkodzi. A z kolei Donald Tusk pokazując, że kocha piłkę, niby naraża się na zarzut, iż marnuje na nią czas, ale z drugiej strony jeśli zrobi to dostatecznie ostrożnie, to pokazuje, że jest swojskim facetem, bo przecież brzydsza połowa Polaków też kocha futbol - stwierdza Maliszewski.
Jeśli chodzi o celebrytów, to prawdę o ich relacjach z tabloidami najcelniej spuentowała bystra ekshibicjonistka Doda w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem z "Newsweeka": "Jeśli Pudelek zarabia na Dodzie, to Doda zarabia też na Pudelku. Gwiazdy, które się uskarżają na media, szybko tracą swój status. To tak jakby piekarz użalał się, że się w pracy brudzi mąką. Mimo wszystkich bzdur, jakie wypisują o mnie, potrzebujemy siebie nawzajem. To symbioza. Na tym polega show-biznes".
Nic dodać. Nic ująć. Właśnie dlatego aktorka X dzwoniła do jednej z redakcji z sensacyjną informacją, że kupuje sobie bardzo drogie buty, gdzie to robi, i o której godzinie. Właśnie dlatego pewien pan poseł chciał badać matki z wózkami alkomatem, a inny tłumaczył ludziom, jak w kryzysie uzdatniać do jedzenia czerstwe pieczywo. Takie sytuacje to codzienność tabloidu. Działa tu zasada "lepiej, żeby o mnie źle pisali niż wcale", znana tak dobrze gwiazdorom rocka, którzy, gdy groziło im sfrunięcie z wierzchołka list przebojów na sam dół, obnażali się publicznie, oddawali mocz na publiczność albo demolowali bary.
Ale problem z tabloidem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś faktycznie podpadnie. Co prawda, Doda wyśmiewa polskich paparazzich twierdząc, że byłaby lepsza od nich i muszą się jeszcze dużo uczyć, ale niektórym mogą naprawdę dopiec, stwarzając poczucie znane bohaterom "Seksmisji" - "permanentnej inwigilacji". Tyle że nasi celebryci i na to znaleźli sposób. W sukurs przyszły im sądy. Jak opowiada jeden z adwokatów, pewien znany reżyser ze świata filmowego tuż przed sprawą zacierał ręce, że za chwile rozwiążą się jego problemy finansowe i wreszcie będzie mógł kupić nowy upragniony sprzęt elektroniczny do domu.
- Celebryci traktują procesy przeciwko tabloidom jako sposób na zarabianie pieniędzy - narzeka mecenas Wdowczyk. A więc znowu remis. Jest dwa do dwóch. Najpierw to tabloidy zarabiały na celebrytach, a celebryci na obecności na łamach tabloidów. Potem tabloidy zaczęły zarabiać na słabościach owych celebrytów. Teraz celebryci zarabiają na wygranych procesach. Bardzo charakterystyczne, że rzadkością są już pozwy, które niegdyś były tradycją, takie w których kwota zadośćuczynienia jest przeznaczana na jakiś cel dobroczynny. Setki tysięcy złotych za pokazanie zdjęć z plaży albo sugerowanie tego, że ktoś był pod wpływem alkoholu, wędrują do prywatnej kieszeni.
A jak jest z dziennikarzami? Wstrętny tabloid to dla nich okazja do okazania własnej szlachetności. Hipokryzja jest ponoć hołdem, który występek składa cnocie, więc może i jest w tym odrobina pożytku. Tabloidy rzeczywiście są bardziej cyniczne, brutalne i traktują całe przedsięwzięcie czysto komercyjnie. Ale nie oszukujmy się, poważne tytuły też są po to, by zarabiać. Wiesław Władyka i Mariusz Janicki na łamach "Polityki" przytaczali opinię taksówkarza, który jednemu z nich - ponoć właśnie przez tabloidy - powiedział, iż dziennikarze zarabiają na kłamstwach. Ale ta opinia była dość powszechna na długo, zanim współczesne tabloidy zawędrowały na polski rynek, a słynny napis z marca 1968 roku "telewizja kłamie" powrócił w parodystycznej formie "TVP kłamie" za czasów prezesury w tejże jakże poważnej instytucji Roberta Kwiatkowskiego.
Gwiazdy, które się uskarżają na media, szybko tracą swój status. To tak jakby piekarz użalał się, że się w pracy brudzi mąką.
Liczba świństw, które wykonywali inni szacowni ludzie mediów, zanim tabloidy się pojawiły, jest całkiem długa i prawdopodobnie przerasta grzechy kolegów z kolorówek. Począwszy od kampanii kłamstw przeciwko jednemu z kandydatów na prezydenta w 1990 roku, poprzez brutalne wykorzystanie dramatu rodzinnego łódzkiego polityka Andrzeja Kerna, po współtworzenie książki opisującej seksualne ekscesy pewnej nader podejrzanej damy z tuzami życia politycznego.
Okazywanie irytacji i niechęci do "prasy brukowej" jest dziś na fali, co nie zmienia faktu, że pod kołderką chętnie się do niej zagląda.