Pewnie dlatego, że książka została "poświęcona" największemu z klanu - Ryszardowi Kapuścińskiemu. Słowo "poświęcona" potraktowałem cudzysłowem, albowiem uważam, że tytuł tej jednej z najdziwniejszych biografii, jakie przeczytałem, nie powinien brzmieć "Kapuściński non-fiction", tylko "Kapuściński śledztwo". I niech to wystarczy za moją opinię.
W recenzjach, także w wywiadach z autorem, pada pojęcie "empatia". Wiem, co znaczy to wyrażenie, ale zupełnie go nie rozumiem. Nie rozumiem go zwłaszcza w 600-stronicowym kontekście. Tym bardziej nie rozumiem, że już od pierwszej strony autor krzyczy do mnie: "Sprawdzam!" I mozolnie ślad po śladzie, zdanie po zdaniu, przecinek po przecinku porównuje co w życiu i twórczości jego bohatera jest fałszem, zakłamaniem, kolorowaniem, podbarwianiem, co ordynarnym kłamstwem. I wychodzi mu tego 600 stron. Powiedzmy, 500, ponieważ 100 to owa "empatia". Autor wczuwa się w bohatera i tłumaczy czytelnikowi, dlaczego bohater ściemniał. Ściemniał przez całe swoje życie.
Nie lubię biografii pisanych z empatią, bo gdzieś w podtekście czuję owo słynne schadenfreude - byłeś wielki, ale przecież również mały. I ja z satysfakcją tę małość pokażę; nikt dotąd tego nie zrobił, a tak trzeba, tylko prawda nas wyzwoli. Brr!
A wystarczyło zamiast empatii posłużyć się po prostu sympatią. Proporcje zostałyby wyrównane.
Trochę mnie w tej dyskusji okołoksiążkowej zadziwiła a jeszcze bardziej rozśmieszyła pojawiająca się teza o zakłamaniu przez Kapuścińskiego reportażu. Przecież tak nie wolno! Nie wolno mieszać faktów, nie wolno tworzyć bohatera z kilku, nie wolno pisać, że droga wyboista, kiedy ona właśnie płaska. Ojciec polskiej szkoły reportażu uśmiercił reportaż i dał najgorszy przykład.
To ciekawe, że każde pokolenie musi po swojemu odkrywać Amerykę. Dyskusja o "poszerzenie konwencji reportażu" zdominowała polskie życie dziennikarskie w końcu lat 60. i na początku 70. Zaczął ją Melchior Wańkowicz. Swoją drogą to aż w oczy kole, że Wańkowicz tylko 3 razy został wymieniony w książce i wcale nie przy okazji "co wolno reporterowi". Po tamtej dyskusji trudno (dziennikarzowi starszemu) zrozumieć, że wydanego w 1978 roku "Cesarza" ktoś mógłby stawiać na półce z napisem "reportaż". A przy okazji: ani ojcem, ani twórcą polskiej szkoły reportażu Kapuściński nigdy nie był. Zawsze był osobny.
Fakty w reportażu to jak świeże mleko. Muszą pochodzić "prosto od krowy".
Wiadomo, (tu w pewnym sensie odwołam się do Wańkowicza), że fakty w reportażu to jak świeże mleko. Muszą pochodzić "prosto od krowy". Potem z tego mleka jednym wychodzi śmietana, innym kwaśne z pożółkłym kożuchem. Tak się dziwnie złożyło, że Kapuściński dawał nam zwykle śmietankę. Bardzo często kremówkę. Niestety, w przeciwieństwie...