Zrozumiem, jeśli nie zechce Pan opowiadać o Milesie Davisie jako człowieku, ale proszę powiedzieć kilka słów o tym waszej współpracy. Graliście wspólnie aż pięć lat.
Przyjaźniliśmy się, więc rzeczywiście wolałbym uniknąć opowieści o nim samym. A jak doszło do naszej współpracy? To była chyba jesień 1963 r. Grałem akurat z trębaczem Artem Farmerem w pewnym klubie w Nowym Jorku. Miles usłyszał koncert i zadzwonił do mnie potem z propozycją współpracy.
Nie od razu powiedziałem "tak", bo chciałem być fair wobec Arta. Zacząłem grać z Milesem dopiero, kiedy Farmer się na to zgodził. To była ciekawa muzyczna podróż, dużo się nauczyłem.
No i grałem z fantastycznymi muzykami, którzy razem ze mną tworzyli kwintet Milesa: pianistą Herbiem Hancockiem, saksofonistą Wayne'em Shorterem i perkusistą Tonym Williamsem.
Uczestniczył Pan w nagraniu ponad 2500 płyt. Co jest inspiracją do tego, żeby ciągle tworzyć?
Poczucie odpowiedzialności za to, co i jak gram. Ja po prostu szanuję swoich słuchaczy. Wiem, że w czasach skreczowania, sampli i coverów mógłbym sobie odpuścić, ale tego nie zrobię. Podobne podejście mam do studentów, których przez lata uczyłem nie tylko w City College w Nowym Jorku.
Wiem, że w czasach skreczowania, sampli i coverów mógłbym sobie odpuścićNo właśnie - we Wrocławiu też miał Pan zajęcia w Akademii Muzycznej. Jak układała się współpraca?
Bardzo dobrze. Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę.
Udało się Panu choć trochę zwiedzić nasze miasto?
Dwa lata temu, kiedy byłem we Wrocławiu podczas III Światowego Festiwalu Kontrabasowego, spacerowałem po starówce i byłem nią zachwycony.
Widziałem też "Panoramę Racławicką", która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Kiedy przyjadę do was następnym razem, muszę zabrać ze sobą syna, który jest malarzem. Jestem pewien, że jemu też obraz się spodoba.