Wrocławianie zepchnęli rywali na ich połowę i uzyskali zdecydowaną przewagę. Brakowało, aby ktoś z zapasem świeżych sił wszedł na boisko i poderwał zespół do jeszcze twardszej walki. Problem jednak w tym, że w Śląsku nie było nikogo takiego. Poza rezerwowym bramkarzem w obwodzie trenerowi Ryszardowi Tarasiewiczowi pozostawali obrońcy: Tadeusz Socha i Bartosz Kaśnikowski, bez formy Patryk Klofik, młodzieżowiec, ale nie napastnik, tylko skrzydłowy: Dariusz Góral, i jeden napastnik: Przemysław Łudziński, tyle że dopiero wracający do gry po urazie.
W porównaniu z Jagiellonią, gdzie na ławce rezerwowych siedzieli między innymi tacy gracze, jak Kamil Grosicki, Bruno czy Marcin Bukhardt, Śląsk prezentował się w sobotę w tym elemencie więcej niż skromnie.
Po meczu trener Tarasiewicz wyjaśniał: - Nie mieliśmy zbyt dużego pola manewru, by ktoś z rezerwowych "zaskoczył" akurat w takiej sytuacji na boisku. Stąd taki obrót spraw i tylko jedna zmiana.
Trener Tarasiewicz zdecydował się na ostatnie minuty wpuścić Łudzińskiego, ale wracający z wypożyczenia do Piasta Gliwice napastnik nic nie zmienił i Śląsk nie zdołał doprowadzić do remisu.
Szczerze jednak trzeba przyznać, że wrocławianie nie zasłużyli w sobotę nawet na punkt. Walka w ostatnim kwadransie to zdecydowanie za mało, aby myśleć chociaż o remisie. Do momentu zdobycia gola Śląsk prezentował się słabo. A w pierwszej połowie wręcz tragicznie.
Tarasiewicz: Nie wolno przegrywać na własnym boisku, bez względu na przeciwnika- Graliśmy z jakimś dziwnym, niepojętym dla mnie bagażem psychicznym. Popełnialiśmy błędy techniczne, traciliśmy piłkę i mieliśmy problem z prowadzeniem gry - analizował trener Tarasiewicz.
Pod nieobecność Antoniego Łukasiewicza (nie grał za kartki ) i Krzysztofa Ulatowskiego (kontuzja) na pozycji drugiego defensywnego pomocnika obok Dariusz Sztylki zagrał Amir Spahić i wypadł bardzo słabo. Ale nie tylko on. Podobnie zaprezentowali się Sztylka, Mila i Piotr Ćwielong. Druga linia wrocławskiego zespołu praktycznie nie istniała. A wydawało się, że właśnie tutaj Śląsk powinien szukać klucza do wygranej, bo rywale wyszli w ustawieniu z teoretycznie czterema graczami w tej formacji. Tomasz Frankowski zbiegał jednak z ataku i absorbował Spahicia i Sztylkę. Osamotniony Mila w pojedynku z Grzybem i Hermesem był bez szans. Brakowało jego podań do skrzydłowych i przetrzymania piłki w odpowiednim momencie.
- Nie wolno przegrywać na własnym boisku, bez względu na przeciwnika. Zdarzają się takie mecze, ale ja tego nie akceptuję - zakończył Tarasiewicz.
Oba gole dla Jagiellonii zdobyli byli gracze Śląska. W pierwszej połowie po rozegraniu rzutu wolnego z 20 metrów do siatki trafił Jarosław Lato. Po przerwie fantastycznym strzałem z półobrotu w samo okienko bramki Mariana Kelemena piłkę posłał Remigiusz Jezierski. Tym samym Jagiellonia po 32 mecach bez wygranej na wyjeździe w końcu zdobyła trzy punkty na boisku rywala. Szkoda, że ze Śląskiem.
Śląsk Wrocław - Jagiellonia Białystok 1:2 (0:1)
Bramki: Celeban 77 - Lato 32, Jezierski 52
Sędziował: Dawid Piasecki (Słupsk)
Widzów: 6000
Śląsk: Kelemen - Wołczek, Celeban, Fojut, Pawelec - Madej, Sztylka I, Spahić (88 Łudziński), Mila, Ćwielong - Sotirović.
Jagiellonia: Sandomierski - Alexis, Skerla, Cionek, Sidqy - Jezierski (68 Bruno), Hermes, Grzyb, Lato - Frankowski (77 Burkhardt), Maycon (59 Grosicki).
Zobacz kibiców Śląska Wrocław dopingujących swoją drużynę!