Przeciętna zakała rodziny, co wyrosła na mistrza

    Przeciętna zakała rodziny, co wyrosła na mistrza

    Bogumiła Nehrebecka

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Wyrodził się z rodziny adwokacko-lekarskiej. Mały, kostropaty, nieśmiały, nie miał ani krzty zadatku na jakąkolwiek karierę w życiu. Za to pewnego razu narobił bigosu
    Nazwisko Wilskich było wówczas znane w mieście. Znane i szanowane. No cóż, senior Wilski - mecenas, junior Wilski - lekarz, panna Wilska - stomatolog, najmłodszy Andrzej...
    I tutaj koniec wyliczanki, bo Andrzej był zakałą tego rodu. Ledwie zawodówkę skończył. Jakiś taki mały, kostropaty, nieśmiały...

    Dorastał w cieniu swojego inteligentnego rodzeństwa. Ojciec go ignorował, a gdy od czasu do czasu przypominał sobie o istnieniu najmłodszego syna, w jego oczach pojawiały się na przemian iskierki smutku i irytacji.


    - Nie musisz być geniuszem - mawiał. - Ale modlę się, byś nie był człowiekiem tak okropnie przeciętnym. Znajdź w sobie jakąś pasję, jakiś talent, cokolwiek, co by cię wyróżniało z szarego tłumu.
    Andrzej nic takiego w sobie nie znalazł, ale ku zaskoczeniu całej rodziny znalazł sobie kobietę. I to wykształconą, piękną!

    Wprawdzie pani Barbara była rozwódką z dwójką dzieci i o 10 lat starszą od Andrzeja, ale to kobieta z klasą. Ojciec Andrzeja ją zaakceptował. Brat i siostra też. Zaczęli planować ślub. Zamieszkali razem. Dzieci Barbary zaczęły mówić do Andrzeja - wujaszku.

    Tamtego dnia, Andrzej wrócił z nocnej zmiany. Pracował jako "fizyczny" w pobliskiej fabryce. Zjadł śniadanie, przejrzał gazetę, którą kupił w kiosku pod domem, i zbudził narzeczoną.
    - Już za mną jeżdżą - oznajmił. - Różowy radiowóz. Dorwą mnie. - Idź spać, bo majaczysz - powiedziała pani Barbara i poszła do kuchni.

    Na stole leżała gazeta. Na pierwszej stronie informacja o zabójstwie. Oczom nie wierzyła. Ktoś zamordował ich sąsiadkę Alinkę. Młoda dziewczyna, córka tych z drugiego piętra. - Czytałeś? - zapytała Andrzeja.
    Nie musisz być geniuszem, ale modlę się, żebyś nie był człowiekiem tak okropnie przeciętnym
    Skinął głową. Czytał.
    - To dlaczego mi nie powiedziałeś, tylko majaczysz o jakichś różowych radiowozach - krzyknęła.
    Z artykułu wynikało, że dziewczynę uduszono w piwnicy bloku. Wieczorem dnia poprzedniego. Między 21 a 22.

    - Wtedy wychodziłeś do pracy. Nic nie zauważyłeś, nie słyszałeś? - drążyła temat pani Basia. Ale jej narzeczony milczał.
    Minęło kilka dni. Policjanci przesłuchali już prawie wszystkich sąsiadów. Zapukali też do ich drzwi.
    Andrzej stwierdził krótko, że nie ma nic do powiedzenia, a jak będzie miał, to sam się zgłosi i przyprowadzi ze sobą adwokata. Ojca. Od razu policjanci wpakowali go do radiowozu i zawieźli na komendę. Potem, tak po znajomości, sami zadzwonili do mecenasa Wilskiego.
    - Przykro nam mecenasie, ale pana syn, Andrzej, przyznał się do dokonania zabójstwa...

    To cud, że po tym telefonie senior Wilski, nie dostał zawału serca. Uruchomił wszystkie swoje znajomości w mieście. I to nie tylko te wśród prawników. Gdy pani Barbara opowiedziała mu o różowym radiowozie, brat Andrzeja z miejsca zadzwonił do swojego kolegi psychiatry.
    - Zabił, bo jest psychicznie chory - postawił diagnozę psychiatra. - Nie martwcie się, biegli, których powoła sąd, na pewno to stwierdzą.

    I możliwe, że by stwierdzili, gdyby nie pojawił się w sprawie pewien recydywista. Otóż na miejscu zbrodni znaleziono odciski palców notowanego już na policji gwałciciela. Właśnie miesiąc temu wyszedł z więzienia. Jego odciski były. Andrzeja Wilskiego - nie. Gwałciciel przyznał się, że to on zabił dziewczynę.
    - Dlaczego mi to zrobiłeś, synu? - pytał stary Wilski, gdy Andrzeja wypuszczono z aresztu. - Dlaczego?
    Syn milczał.

    Kolega brata, psychiatra, umieścił go w swoim szpitalu na obserwacji.
    - Chory to on nie jest - stwierdził lekarz. - Może tylko bardzo introwertyczny, zamknięty w sobie, pełen kompleksów. A ten różowy radiowóz? No cóż, pacjent ma skłonności do mitomanii. To jego ucieczka od szarej rzeczywistości.

    Minął rok.
    Andrzej wrócił do fabryki. Do pani Basi - już nie. Ojciec kupił mu kawalerkę i często go w niej odwiedzał. A ponieważ syn nadal był małomówny, to żeby jakoś zabić czas, zaczął grać z nim w szachy. I co się okazało? Andrzej wreszcie odkrył w sobie talent. Naprawdę, na szachownicy był mistrzem!

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      what is this?

      r (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 3 / 4

      Co to jest?

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama