Szef, poseł, urzędnik, strażnik miejski, dziennikarz - wiadomo: idiota. Wszyscy oni, a do tego grona można by jeszcze dodać hierarchę kościelnego czy biznesmena z sukcesami, są ulubionymi obiektami wściekłych ataków frustratów (którzy epitet "idiota" i tak traktują jako najelegantszy, którym się posługują)
Coś czuję, że wszyscy ci powszechnie obrażani i tak mają lepiej niż komentatorzy sportowi. Jako że zaczynają się igrzyska, już prawie widzę to wylewające się na ich głowy szambo - zwłaszcza w internecie, ale pewnie też w męskich rozmowach tych wszystkich twardzieli śledzących zawody przy piwie. A dla mnie komentatorzy to bohaterowie.
Gdy myślimy o znanych komentatorach, pewnie najczęściej do głowy przychodzi nam Bohdan Tomaszewski, Bogdan Tuszyński czy Jan Ciszewski. To oczywiście legendy dziennikarstwa, których głos i słowa są taką samą częścią naszych sportowych wspomnień, jak gest zwycięstwa Kazimierza Deyny czy Wojciecha Fibaka.
Bo - wbrew opinii wesołków, którzy z zapałem zbierają w internecie lapsusy językowe komentatorów - i dziś przed mikrofonami mamy świetnych dziennikarzy.
Nawet jeśli zostawimy tych z radia, wśród których na pierwszym miejscu stawiam Tomasza Zimocha, to i tak jest kogo chwalić.
Dariuszowi Szpakowskiemu można wiele zarzucić, ale gdy zabiera się za hokej, to kupuje go w całości. Tak jak wtedy, gdy na piłkarskich mistrzostwach w Meksyku albo we Włoszech z jakichś powodów zniknęła wizja, a Szpakowski powiedział tylko "muszę przejść na komentowanie radiowe". I tak pięknie narysował w mojej wyobraźni kolejne akcje, że poważnie myślałem wtedy, czy nie przerzucić się na słuchanie meczów w radiu.
Ale moim prawdziwym bohaterem jest Włodzimierz Szaranowicz. Jego głos, charakterystyczne intonowanie słów i frazowanie wypowiedzi, te lekkie przeciągnięcia sylab zawsze kojarzyć mi się będą z niedzielnymi porankami sprzed prawie trzydziestu lat, gdy programy dla młodzieży nie musiały jeszcze zawierać obowiązkowego hip-hopu, a kamerzysta nie skakał nerwowo z kąta w kąt.
Szaranowicz wprowadzał młodych widzów w świat wielkich mistrzów lekkoatletyki, z takim samym zacięciem opowiadał o świeżutkich wtedy sukcesach Sebastiana Coe, jak i wspominał Janusza Kusocińskiego. Kończył pięknymi zdaniami o wartościach, jakie niesie sport, o wadze ciężkiej pracy, o kształtowaniu sportowego charakteru.
Obawiam się, że dziś pewnie byłby wyśmiany przez pryszczatych młodzików zerkających znad monitora, którzy szukają emocji w grach komputerowych, ale wtedy dla mnie i moich kumpli był kimś ważnym.
Uczył nas, że sport to nie tylko bieganie po bieżni, ale cały styl życia. Dziś, gdy słyszę Szaranowicza, trudno mi odejść od telewizora. Żałuję tylko, że tak rzadko wypuszcza się w stronę sportowej ballady, że - pewnie zgodnie z najnowszymi trendami w telewizji - jest tak oszczędny w słowach.
Wiem, że są tacy, którzy nie lubią, gdy komentatorzy zagadują odgłosy uderzenia krążka hokejowego czy zakantowania nart w slalomie specjalnym. Ale też wiem, że są tacy - i ja się do nich zaliczam - którzy nie myślą, że na wszystkim znają się najlepiej i pozwalają komentatorowi tłumaczyć sobie świat. Byle tylko były to takie ballady jak Szaranowicza, który nie analizował w szczegółach każdego kilometra maratonu, ale opowiadał, opowiadał, opowiadał.
Nigdy Ciszewskiemu w 1982 roku nie wypomniałbym, że opowiadał w kółko, jak wczoraj rozmawiał z piłkarzami przy kolacji. Co więcej, nigdy nie wypomniałbym Zydorowiczowi, że wielbił Manchester United, bo chociaż może nieobiektywnie, to jednak pięknie potrafił mówić o swoim klubie, od historyjek o piłkarzach, po detaliczny opis stadionu. Wręcz przeciwnie - takie historie budowały nastrój święta, jakim było oglądanie transmisji sportowej.
Od wczoraj komentatorzy znowu są nam bliżsi. Szaranowicz będzie poetyzował o orle na nartach, Szpakowski opisze nam szaleństwo Kanadyjczyków na punkcie hokeja, Babiarz, którego lubię za lekkoatletykę, może nawet przekona mnie do łyżwiarstwa figurowego. Każdego dnia kilka milionów Polaków będzie śledzić transmisje z igrzysk.
Jedni po to, by zaraz po wyłączeniu telewizora czy radia pobiec do komputera i obluzgać komentatora. Inni jednak pozwolą się uwieść głosowi dziennikarza. Polecam tę drugą opcję.
Warto, także dlatego że jest dla kibica bezpieczniejsza: nawet jeśli sportowcom się nie powiedzie, to może w głowie zostanie nam ciekawa historia opowiedziana przez sprawozdawcę. Nie mam wątpliwości, że ci najlepsi potrafią opowiadać świetnie.
O tych co po wyłączeniu telewizora czy radia biorą się za tworzenie kolejnego artykułu, felietonu czy jak się to inaczej zwie, w którym krytykować będą blogerów, członków portali społecznościowych czy internetowych komentatorów.
Fajną modę mamy w prasie pisanej.
"Gazeta Wrocławska" Dział Prenumeraty ul. św. Antoniego 2/4 wejście B, III piętro 50-073 Wrocław 071 374 81 15 p.jastrzebska@ gazeta.wroc.pl Prenumerata domowa Prenumerata teczkowa
Reklama:
"Gazeta Wrocławska" Biuro Reklamy ul. św. Antoniego 2/4 wejście B, III piętro 50-073 Wrocław 71 374 82 49 faks 071 374 81 35
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie GazetaWroclawska.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.