Jan Chojnacki: Gdy usłyszałem Elvisa

    Jan Chojnacki: Gdy usłyszałem Elvisa

    Jacek Antczak

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Rozmowa z Janem Chojnackim, legendarnym dziennikarzem muzycznym radiowej Trójki, szefem Radia Baobab.
    Michael Jackson zmarł na pewno, ale ponoć Elvis Presley wciąż żyje. Czy te pogłoski są prawdziwe?

    Pogłoski o śmierci Elvisa są nieprawdziwe dla fanów, ale rzeczywistość jest, jaka jest. Presley żyje, ale, niestety, w świadomości mojego pokolenia i ludzi niewiele młodszych. Przez resztę ludzkości jest traktowany jako ikona, i to bardziej obrazkowa niż muzyczna. Ale tak to jest - media kształtują świadomość współczesnych, a ponieważ najczęściej prezentują to, co jest w tej chwili modne i aktualne, to niewielu ludziom zależy na tym, by poddać analizie, jak ta muzyka wpłynęła na nasze dzieje.

    Na Pana wpłynęła? Przy jakim utworze poczuł Pan bluesa?


    Moja fascynacja muzyką i wpływ na to, co robiłem potem przez całe życie, zaczęła się, gdy jako 14-latek [czyli w 1963 r.- przyp. red.] usłyszałem w radiu Elvisa, który śpiewał chyba "Blue Suede Shoes". To było coś tak odmienne od wszystkiego, co przedtem słyszałem, że utkwiło głęboko i na zawsze w moim organizmie. To był początek całej mojej fascynacji rock and rollem, bluesem i w ogóle muzyką.

    A potem napisał Pan, że muzyka umarła w lutym 1959 roku, gdy w wypadku lotniczym zginęli Buddy Holly, Richie Valens i Big Bopper.


    Piosenkę "American Pie" z wersem "The day the music died" nagrano kilkanaście lat po katastrofie, ale ja to zrozumiałem znacznie później, bo wtedy jeszcze nie miałem styczności z tym światem. Wcześniej komunikacja medialna wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Nie miałem nawet świadomości, że istnieje drugi świat muzyczny, bo byłem oddzielony od niego barierą, którą zbudował nam czerwony ustrój. Natomiast, gdy już nabyłem możliwość kontaktu z tamtą rzeczywistością i troszkę posłuchałem tej muzyki - pomyślałem, że wtedy odszedł Buddy Holly, czyli gość, który wymyślił nową metodę komunikacji - za pośrednictwem muzyki - z młodym pokoleniem. To, że muzyka wtedy umarła, to tylko poetycka przenośnia. Zamiast pisać tren, napisano piosenkę, zresztą chwytliwą i atrakcyjną. Piosenka piosenką, a rzeczywistość rzeczywistością. Gdyby nie było rock and rolla - i świat, i my bylibyśmy zupełnie inni.

    Do gości, którzy dali nam rock and rolla, zaliczył Pan Elvisa, Carla Perkinsa, Jerry Lee Lewisa po stronie Białasów, a Chucka Berry'ego, Little Richarda i Bo Diddleya po stronie Czarnych. Gra Pan ich rockandrollowe kawałki w swoim Radiu Baobab (www.radiobaobab.pl)?
    W sobotę, 9 stycznia, z "Polską-Gazetą Wrocławską" płyta "Królowie Rock'n'Rolla".
    Często, bardzo mnie to kręci. Mam do tego nie tylko sentyment, ale i przekonanie, że to jest fajne i pobudza nie tylko do tańca, ale i do refleksji. Lubię tę muzykę i trafia na antenę w sposób naturalny, a nie dydaktyczny.

    Ma Pan monografie tych najważniejszych artystów rock and rolla z lat 50.?

    Oczywiście, że mam. Nie wszystkie nagrania, bo nie sposób tego ogarnąć. Ale każdego z wyżej wymienionej szóstki mam kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt płyt. Czuję się więc dobrze zorientowany i zaopatrzony.

    Powiedział Pan, że w latach 50. powstał "nowy sposób komunikacji z młodym pokoleniem". Czy to jest definicja rock and rolla?

    Rock and roll nie jest jednoznacznym terminem, bo odnosi się zarówno do estetyki, jak i do socjologii. Czyli muzycznie tak naprawdę to zaczęło się wcześniej, korzeniami wyrosło z bluesa, jak refren słynnego utworu: "blues miał dziecko, które nazwano rock and rollem". Jeśli chodzi o pulsację, instrumentację czy metodę przekazu muzycznego, niewątpliwie stamtąd to wyszło. Natomiast biały człowiek dodał do tego coś, co socjologicznie bardzo istotnie określiło świadomość tamtego pokolenia i wszystkich następnych. Czas rock and rolla określiłbym jako moment, w którym wiele się zmieniło. W muzyce zaistniał nowy puls zrozumiały dla najmłodszego pokolenia, a młodzi Amerykanie wykorzystali to do naturalnego krzyku - manifestu tego, co im się nie podoba.

    Tańczył Pan kiedyś rock and rolla? Podczas karnawału szuka Pan imprezy, gdzie grają taką muzykę?

    Nie szukam, sam sobie takie imprezy rockandrollowe organizuję [śmiech]. Jestem bardzo utanecznioną jednostką, ale raczej tańczę sam.

    Czyli nie tak, jak na starych, amerykańskich filmach...

    No, czasem zdarzy mi się zakręcić tak moją partnerką - ukochaną żoną.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama