Rozmowa z Januszem Krasoniem, dolnośląskim posłem SLD o tym, komu opowiada sprośne kawały, czy potrafi ugotować zupę ogórkową, w czym jest podobny do Lecha Wałęsy, jakie przeboje najchętniej gra na gitarze i harmonijce ustnej i w jakich sytuacjach wzruszenie mu ściska gardło.
Kiedy Pan wyda książkę kucharską "1001 przepisów posła Janusza Krasonia"? Pytam, bo na Pana stronie internetowej znalazłem przepisy i na jabłecznik z serem, i na sałatkę z brokułów, i na sernik z rodzynkami... Aż ślinka cieknie.
(śmiech) Oj, z tą książką to będzie trudne. Bo poza dobrymi pomysłami na różne potrawy, które przychodzą mi do głowy, i poza intuicją, jak i co należy zrobić, to nie mam wielkich talentów kulinarnych. Natomiast lubię wymyślać potrawy, podpatrywać, z jakich produktów są przyrządzane. Ostatnio zobaczyłem w serialu "Dom nad rozlewiskiem", jak robią bardzo fajne czipsy: ciasto jest z piwa, mąki i jajka i można w nim obtaczać plastry cebuli, papryki i wrzucać na gorący tłuszcz.
Bardzo fajne czipsy - robione domowym sposobem. A wracając do książki. Pewnie jej nie wydam, bo trzeba mieć trochę drygu i umieć wykonać potrawy z przepisów, które się wymyśliło, a mnie tej umiejętności brakuje.
A ten sernik to Pan sam wymyślił?
Podpatrzyłem u innych, jak robią, i trochę ten przepis zmodyfikowałem. Ale jest sprawdzony: żona jest w kuchni mistrzem i upiekła go według mojego przepisu.
A Pan w tym czasie...
W sprawach kulinarnych jestem bardziej teoretykiem i smakoszem. Ale pomagałem.
To pomaganie polegało na tym, że żona powiedziała: "Janusz, skocz, kup mąkę, jajka, ser..."?
Bardziej na tym, że mówiłem: "A może zrób mniej słodkie, a może dodaj tego więcej, tego mniej, a rodzynki lepiej większe, kalifornijskie, a nie te malutkie".
Żona się na Pana nie denerwuje, że wtrąca się jej Pan do garów, że "kierownikuje" w kuchni?
Nie (śmiech), bo żona bardzo dobrze wie, że w kuchni, w gotowaniu jest mistrzynią. I że ja tylko mogę radzić, a ona i tak sama wie najlepiej, co i jak zrobić, żeby było przepyszne. I to nie jest tylko moja ocena, ale także mojej rodziny, znajomych... A te moje podpowiedzi są tylko małym uzupełnieniem jej kunsztu. W kuchni małżonka jest dowódcą.
Kompletnie nic Pan nie potrafi ugotować? I nie mówię tu o wyrafinowanych truflach na homarze czy ośmiornicy na ostro, co rzeczywiście zostawmy mistrzom patelni. Może coś prostszego?
Z prostych potraw? Oj, sporo. Potrafię ugotować zupę...
Jaką?
Każdą. Rosół, warzywną, kalafiorową, pomidorową, ogórkową. Robione na kości i bez kości. Potrafię upiec mięso: i wołowe, i wieprzowe. Tradycyjne potrawy. Jak je robić, podglądałem jeszcze w dzieciństwie, jak przyrządzała je mama. Natomiast przy bardziej wysublimowanych smakach mam wyczucie, co z czym połączyć - gorzej jest z wykonawstwem.
No i kopalnię kulinarnych przepisów: "Dom nad rozlewiskiem". Ogląda Pan ten serial?
Przypadkowo zwróciłem uwagę na fragment odcinka, bo przez pół godziny bohaterki rozmawiały o przepisach i jedzeniu.
A seriale Pan ogląda?
Rzadko. Jeśli chodzi o telewizję, to oglądam programy informacyjne, ulubioną publicystykę i wszystko to, co dotyczy sportu. Najlepszą rozrywką dla mnie, która mnie luzuje, która mnie wyłącza, jest sport.
Nie ma w domu walki o pilota: Pan chce sport, a żona coś innego?
Udało się to w jakiś sposób rozwiązać...
Macie drugi telewizor?
Tak (śmiech). I nie ma kłótni.
A w sporcie, która dyscyplina wzbudza u Pana największe emocje?
Piłka nożna. I siatkówka, bo kilka lat temu miałem z nią przygodę: będąc prezesem sekcji siatkówki męskiej, przyczyniłem się do powrotu siatkarzy wrocławskiej Gwardii do najwyższej polskiej ligi, byliśmy w czwórce najlepszych drużyn w kraju.
I co jeszcze?
Ostatnio finał tenisowy w Londynie. Lubię oglądać koszykówkę: polską i amerykańską, piłkę ręczną i żużel. Ale poszukuję także dyscyplin mniej znanych: curling, rugby, snooker, golf.
Sport to tylko oglądanie?
W młodości, poza piłką nożną, grałem w piłkę ręczną. Była to wtedy dyscyplina bardzo popularna. Grałem w nią w podstawówce i w szkole średniej. Niestety, do dzisiaj odczuwam skutki tego grania. W tamtych latach, 70., grało się, niestety, na boiskach asfaltowych, w związku z czym moje kolana były bardzo obciążone tą grą i teraz odczuwam jej bolesne skutki.
A już niedługo zima, więc z pewnością wybiorę się kilka razy na narty. W nasze Sudety.
Jest Pan królem stoku?
Oj, nie...
Ośla łączka?
No, może troszkę więcej. Nauczyłem się jeździć na nartach już jako dorosły mężczyzna. Miałem 40 lat. Dlatego moje jeżdżenie nie jest widowiskowe, nie jest płynne, ładne. Ale daje sobie radę: panuję nad nartami. Lubię krótkie wypady na przykład do Sokolca, Świeradowa.
To zimą. A latem?
Bardzo lubię pływać: w morzu i jeziorze. Wakacje zawsze muszę więc spędzić nad wodą. No i żaglówka. Nie jestem, co prawda, żadnym wielkim żeglarzem, ale patent mam.
No i słyszałem, że tak jak prezydent Lech Wałęsa, ma Pan w domu stół do ping-ponga...
Bardzo lubię grać w ping-ponga. W młodości byłem nawet mistrzem powiatowym w tej dyscyplinie, w Jaworze. I jeszcze podczas studiów wygrałem turniej, który był rozgrywany w akademiku.
W kuchni, w domu, jest Pan doradcą. A może w czymś innym, z prac domowych, odciąża Pan żonę?
Kiedy przeprowadziliśmy się na wieś, bo mieszkamy pod Wrocławiem, odkryłem w sobie pasję do... prac ogrodowych. Uwielbiam to. Nie miałem pojęcia, że robota przy roślinach może być tak zajmująca. Ba, jestem nawet zazdrosny, kiedy ktoś z domowników chce coś zrobić w ogrodzie.
Nie dopuszcza Pan nikogo do swoich roślin?
Nie ma mowy. To jest moje i koniec (śmiech). Ja się przy tym relaksuję i to nie jest tylko kwestia koszenia trawy czy przycinania krzaków, ale też odpowiednie dbanie o rośliny, żeby obrodziły owocami. Dbam o to, żeby moją marną, piaszczystą ziemię odpowiednio nawozić. Kopię doły w ziemi, przesadzam...
Skalniaki jakieś Pan ma?
Oczywiście, sam je zrobiłem z polnych kamieni zebranych w najbliższej okolicy. Moje skalniaki mają amatorski charakter, ale jestem z nich dumny, bo sam je zrobiłem. I tak samo jest z trawą: nie kupiłem jej w rolce, tylko sam posiałem, podlewałem, sam ją natleniam co wiosnę: na buty nakładam kolce i chodzę po trawniku - ziemia jest wtedy pulchniejsza, trawa lepiej rośnie. Najlepiej udają mi się iglaki. Eksperymentuję też z kwiatami, ale mam ich niewiele.
A marchewka? Pietruszka?
Tego jeszcze nie mam. Może kiedyś dojrzeję do tego pomysłu. Bardziej chciałbym założyć koło domu ogródek z ziołami - widziałem u znajomego. Bardzo fajna sprawa.
Oprócz tych przepisów na serniki, jabłeczniki, poleca Pan przepisy na różne napoje?
W tym roku, pierwszy raz w życiu, zrobiłem nalewkę z winogron z własnego ogródka. Poczytałem w internecie o nalewkach, a do tego wyciągnąłem starą książkę kucharską, którą mamy w domu jeszcze po dziadkach. Modyfikując te przepisy, zrobiłem nalewkę na spirytusie, z dodatkiem rumu i wermutu. Winogrona zalałem alkoholową miksturą, po czterech tygodniach odlałem alkohol, wysłodki winogron nasączone alkoholem zasypałem cukrem, a gdy po trzech tygodniach puściły sok, zmieszałem z nim alkohol i powstała nalewka.
I jedno, i drugie. Uważam, że warto promować drinki - bo są smaczniejsze od mocnych alkoholi. Polacy także nie doceniają walorów win.
Ma Pan mocną głowę?
Myślę, że tak. Nie pamiętam, żeby alkohol kiedykolwiek mi zaszkodził. W pewnym momencie zapala się światło ostrzegawcze i wtedy wiem, że już dość.
Alkohol jest dla ludzi.
Oczywiście, że tak. Ważne, żeby był umiar i kultura jego spożywania.
Pana znajomi mówią, że jest Pan osobą bardzo towarzyską.
To prawda. A jak jeszcze mam gitarę w ręce...
Gra Pan?
Uwielbiam. Jak się spotykam ze znajomymi, to zawsze chwytam za gitarę. Ciągle gram te same, stare, studenckie piosenki.
"Płonie ognisko w lesie" czy bardziej coś z Hendrixa?
Od czasu do czasu "Płonie ognisko w lesie". Ale raczej Wolna Grupa Bukowina, piosenki Adamiakowej, ballady Okudżawy, popularne w moich czasach studenckich piosenki turystyczne.
Jakie turystyczne?
"U nas w górach", "Lato z ptakami odchodzi", "Rzeka".
Gra Pan i śpiewa?
Zdecydowanie tak. Nie jestem z wykształcenia muzykiem. Mam pojęcie o nutach, choć nie umiem z nich grać. Gram akordami. Jestem samoukiem. A śpiewać? Uwielbiam.
Przy goleniu też Pan nuci?
Nie, bo rano jestem bardzo skupiony na tym, co będę robił i co mnie czeka w ciągu dnia. Bardziej podśpiewuję podczas wieczornych kąpieli. A jak już wyjdę z kąpieli, to niekiedy sięgam po gitarę i stary studencki śpiewnik.
A czego Pan słucha?
Ostatnio Cesarię Evorę. Takie klimaty lekko swingujące, spokojne. Lubię muzykę oldies, w stylu motywu z filmu "Crime story", i szlagiery. Co się podoba ludziom, to mnie też się podoba. Na przykład, jak Louis Armstrong śpiewa genialne "What a Wonderful World". Ma przepiękny głos.
Nie czuję jej muzyki. Bardziej Maryla Rodowicz. To dama polskiej muzyki. Rewelacja. Ale Doda nie bardzo...
Bo Dodę to może trzeba bardziej oglądać, niż słuchać...
(śmiech)
Znajomi też lubią, kiedy Pan śpiewa w towarzystwie, czy ich uszy przeżywają męczarnie?
Mówią, że lubią słuchać, a ja im wierzę. Głos mam, bo wcześniej śpiewałem w chórze szkolnym. A i tańczyłem w zespole folklorystycznym.
Przebierał się Pan za "krakowiaczka"?
I tańczyłem: krakowiaka, mazura, poloneza. Ba, nawet tańczyłem w pierwszej parze. Poczucie rytmu było u mnie dobre, w związku z czym nadawałem rytm całemu zespołowi. A do tego miałem wyczucie muzyczne, melodyjne. Wszystko szło w parze. I to mi pozostało do dzisiaj: lubię muzykować. I to razem z żoną - ja siadam z gitarą, żona przy pianinie. A jeszcze kupiłem sobie organki ustne i próbuję na nich także grać.
Człowiek orkiestra. Ale oprócz grania i śpiewania, to słyszałem, że jest Pan mistrzem w opowiadaniu kawałów.
Mam głowę do kawałów i znam ich straszne ilości. Potrafię powiedzieć kawał na każdy temat. Mogę opowiadać bez końca. Niech Pan da jakiś temat, a kawał będzie na miejscu.
Sprośne, niecenzuralne też?
Też. Dwóch starszych panów z "Klubu seniora", będąc na wycieczce w Paryżu, stojąc przed drzwiami wejściowymi do jednego z lokali rozrywkowych na placu Pigalle, prowadzi rozmowę: - Zdzisiu, a co zrobimy, jak nas nie wpuszczą? - Stasiu, ja to się martwię, co my zrobimy, jak nas wpuszczą.
A na teściową?
Ostatni dowcip, który słyszałem: opowiada trzech panów, jak to pozbyli się swoich teściowych. Jeden mówi: słuchaj, no co miałem zrobić? Zaprosiłem do siebie do domu, a mieszkam na 10. piętrze. Mówię: mamusiu, chodź, zobacz, jaki piękny widok. Podeszła do okna, a ja ją chwyciłem za nogi i wyrzuciłem przez okno: spadła, zabiła się i problem załatwiony. Drugi mówi: a ja nie mogłem zaprosić swojej do domu, na 10. piętro, bo mieszkam na parterze. Więc zaprosiłem teściową na spacer. Spacerujemy, zaprowadziłem ją nad rzekę, na mostek. Mówię: Mamusiu, zobacz, jaki piękny widok: widać, jak ryby pływają. Mówię: podejdź, zobacz.
Jak podeszła, złapałem za nogi, wrzuciłem, wpadła do rzeki i utopiła się. Na to mówi trzeci: a ja postanowiłem kupić ibuprom. Cztery kilo ibupromu. Wiecie, ile ja się nachodziłem za tym ibupromem? W trzech województwach, we wszystkich aptekach, cały ibuprom wykupiłem. Potem wsadziłem go do wielkiego garnka i gotowałem ten ibuprom, aż taka mazia się z niego zrobiła, taka wielka, gęsta. Potem wziąłem ten ibuprom, zrobiłem z niego taką wielką kulę, ulepiłem i postawiłem na stole w kuchni. I wołam: mamusiu, mamusiu, chodź, coś zobaczysz. I ona przyszła i kiedy tak ze zdziwieniem patrzyła na tę wielką kulę ibupromu, chwyciłem za siekierę i walnąłem przez łeb.
Dobre, opowiem to mojej teściowej.
(śmiech)
Do takiego opowiadania dowcipów to jeszcze talent aktorski trzeba mieć. Pan go ma z pewnością.
W liceum stworzyliśmy teatrzyk. Wystawiliśmy dwie sztuki. Jedna z nich zrobiła furorę. Grałem w niej główną rolę. Byłem też jej współautorem. Napisaliśmy ją z Arkadiuszem Rodakiem, który jest teraz rzecznikiem prasowym prezydenta Legnicy. Nosiła tytuł "Próba generalna razy dwa, czyli tragipomyłka w dwóch aktach i jednym antrakcie". Rzecz dotyczyła tego, jak to w zakładzie pracy panowie przygotowują się do obchodów Święta Kobiet - 8 marca. Sztuka tak się podobała, że poza tym, iż graliśmy ją w szkole, jeździliśmy z nią po powiatowych teatrach. A drugą sztukę napisaliśmy na studniówkę: do tej pory najstarsi nauczyciele mojego liceum w Jaworze wspominają nasz występ. Więc jak dowcipy opowiadam, to próbuję je wzbogacać aktorsko.
Dusza artysty. A nie pomyślał Pan ani razu, że zmarnował dany od Boga talent: że może trzeba było zająć się w życiu aktorstwem, śpiewaniem, rozwijać talenty. Szkoła filmowa, teatralna.
Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie i stwierdziłem, że nie popełniłem błędu. Bo to, że ja lubię śpiewać, lubię inscenizować, opowiadać dowcipy, to jest moja naturalna cecha i nie widzę w tym nic nadzwyczajnego, nie widzę czegoś, co mógł-bym określić mianem talentu, daru Bożego. W związku z tym nie sądzę, że mógłbym w tej dziedzinie w jakiś sposób niebywały się wybić, zdobyć sławę.
Tańczył Pan w zespole folklorystycznym, a dzisiaj też Pan tańczy?
Czemu nie! Zdecydowanie lubię sobie potańczyć. Nie krępuję się, żeby wyjść na parkiet.
To żona ma z Panem dobrze, bo wielu facetów ma dwie lewe nogi i za żadne skarby nie daje się porwać damie swego serca w tany.
Taniec jest dla mnie bardzo naturalną sprawą.
A przyjąłby Pan zaproszenie do "Tańca z gwiazdami"?
Mierz siły na zamiary, choć panowie w moim wieku nieźle sobie w tym programie radzili. Aktor Krzysztof Tyniec wygrał ten turniej, a jest moim równolatkiem. Myślę, że na parkiecie nie wypadłbym jak fajtłapa: nie odniósłbym też jakichś większych sukcesów, kilka poprawnych kroków i figur na pewno umiałbym zrobić. Iwona Pavlović, "Czarna Mamba", pastwiłaby się nade mną umiarkowanie.
A wnuczka "zamęcza" dziadka? Rozpieszcza ją Pan?
Wnusia jest kochana i bardzo lubi się ze mną bawić. Do niedawna uważała, że to ja powinienem kreować pomysły na zabawę, a teraz ona kreuje. W ostatni weekend zaskoczyła mnie, bo ma dopiero trzy i pół roczku, powiedziała: "Dziadziuś, robimy zgaduj-zgadulę" - zadawała mi pytania, a ja miałem odpowiadać.
Niektórzy mówią, że mężczyźni inaczej podchodzą do swoich dzieci, a inaczej do wnuków.
Zdecydowanie tak. Dziadkowie mogą wariować na punkcie swoich wnuków, natomiast nie wariuje się przy swoich dzieciach: przy dzieciach się jest odpowiedzialnym, trzeba być świadomym ojcem, zabezpieczyć byt, pilnować dyscypliny. A w przypadku wnuków... No cóż, rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania.
Często się Pan wzrusza?
Nie jestem chłodnym człowiekiem. Mam to po moim ojcu. Wzruszam się na przykład, jak na mistrzostwach Polska zdobywa złoty medal i grany jest hymn. Wtedy mnie w gardle ściska. Czy jak komuś się dzieje krzywda, gdy coś złego dotyka bezbronne dzieci.
Nie jestem pozbawiony uczuć, choć nie jestem także mięczakiem.
Z wykształcenia jest Pan geografem. Czemu Pan poszedł na te studia?
To był kaprys młodości. Pasjonowałem się książkami podróżniczymi. Uwielbiałem książki przyrodnicze Arkadego Fiedlera: " Kanada pachnąca żywicą", "Ryby śpiewają w Ukajali", powieści Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka: "Tomek w krainie kangurów", "Tomek na wojennej ścieżce", "Tomek na tropach yeti". To mnie pochłaniało. Interesowałem się krajoznawstwem i geografią: brałem udział w konkursach, olimpiadach. To był taki wybór z miłości do świata.
I ciągnie Pana w świat?
Bardzo. Lubię poznawać nowe miejsca, nowych ludzi, ich obyczaje i zachowania, inne kultury, smaki i zapachy. W Chinach patrzyli na mnie dziwnie, kiedy nie chciałem iść na obiad do McDonaldsa, tylko szukałem jakiejś chińskiej knajpki z regionalnymi potrawami. Do "maka" to ja mogę sobie pójść na Grunwaldzki we Wrocławiu (śmiech).
Z tych podróży przywozi Pan jakieś przepisy?
Oczywiście. Z Teneryfy np. mojo rojo, mojo verde - takie sosy pikantne z papryki zielonej i mniej pikantne z papryki czerwonej, oczywiście z odrobiną oliwy, czosnku i przypraw. Bardzo mi to smakowało, dodawane do różnych potraw. Podpatruję różne potrawy i próbuje je robić po powrocie do domu: niekiedy wychodzą, a niekiedy jest masakra (śmiech).
Wie Pan co, ja myślę, że Pan jeszcze kiedyś tę książkę kucharską napisze... Tak Pan opowiada z pasją o tym jedzeniu.
Taka książka miałaby sens, gdyby oprócz przepisów napisać o obyczajach różnych kultur, o klimacie i warunkach, w jakich powstają potrawy. O, przypomniało mi się: jak w Katalonii jadłem pajdę chleba pszenno-kukurydzianego, polaną świeżą oliwą z oliwek i wysmarowaną miąższem dobrze dojrzałego pomidora, do tego lokalne Vino de la Casa, to jest coś tak pysznego...
Dobrze, że już kończymy rozmawiać, bo strasznie zgłodniałem od tych Pana opowieści. Czas na obiad...
"Gazeta Wrocławska" Dział Prenumeraty ul. św. Antoniego 2/4 wejście B, III piętro 50-073 Wrocław 071 374 81 15 p.jastrzebska@ gazeta.wroc.pl Prenumerata domowa Prenumerata teczkowa
Reklama:
"Gazeta Wrocławska" Biuro Reklamy ul. św. Antoniego 2/4 wejście B, III piętro 50-073 Wrocław 71 374 82 49 faks 071 374 81 35
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie GazetaWroclawska.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.