Piotr Kanikowski
"Popatrz, jak ziemniak wpieprzają stony, mąż dla żony kupił opony, potem sterany usiadł na słupie, wypił piwo, wszystko ma w dupie". Zespół Mikrofony Kaniony z Lubina w latach 80. szokował tekstami całą Polskę i dopiero po ponad 20 latach od debiutu wydał płytę.
Lubin, 1 maja 1984
(© Archiwum)
Piętnasty grudnia 1966 roku. "Gazeta Robotnicza" na pierwszej stronie wydrukowała zdjęcie towarzysza T. Michalika - przewodniczące-go rady zakładowej Przedsiębiorstwa Budowy Kopalń Rud Miedzi w Lubinie - jak z wiązanką goździków pochyla się nad uśmiechniętą, czarnowłosą kobietą i niemowlęciem w beciku. "Dziecko z miedziowego zagłębia zrównało liczbę mieszkańców miast i wsi Polski" - głosi tytuł artykułu.
Malcem ze zdjęcia jest Zbyszek Ugielski, urodzony dzień wcześniej o godzinie 1.20, syn sekretarki prokuratury w Lubinie i operatora spychacza w PBKRM.
Nim skończy dwudziestkę, założy zespół Mikrofony Kanio-ny, wykpi peerelowską siermięgę w genialnych piosenkach i razem z kolegami podbije Jarocin koncertem, który bywalcy festiwalu będą wspominać przez kolejnych 20 lat.
Ale w grudniu 1966 roku partyjni dygnitarze nie spodziewają się, jakiego psikusa zrobi im "przełomowy obywatel". Widzą w nim wyłącznie symbol komunistycznego postępu. "W tej chwili Polska liczy mniej więcej 31,8 mln ludności, która od wczoraj jest rów-no rozdzielona między miasto a wieś. Stopniową przewagę ludnościową zdobywać będzie teraz miasto" - donosi triumfalnie "Trybuna Ludu".
Do szpitalnego łóżka niczym do Betlejem pielgrzymują przedstawiciele władz miasta i dyrekcje kopalń, Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej funduje małemu Zbyszkowi książeczkę mieszkaniową, państwo - wietnamskie srebra, a Polska Kronika Filmowa uwiecznia pierwsze grymasy chłopca.
***
W sierpniu 1982 roku - dopóki ojciec nie zamknie go w mieszkaniu - chodzi z Krzyśkiem Janiszewskim i innymi chłopakami na solidarnościowe demonstracje, podczas których milicja miota w tłum puszki z gazem łzawiącym i ostrzeliwuje ludzi. Z chustkami na twarzy odrzucają w stronę zomowców dymiące petardy. Od ostrych kul giną o dekadę starsi: Andrzej Traj-kowski, Mieczysław Poźniak, Michał Adamowicz. Kilkanaście osób jest rannych.
- Nas działalność opozycyjna nie obchodziła. Braliśmy udział w zamieszkach, ale z anarchistycznych pobudek, ze względu na adrenalinę, emocje, dym. Zamierzaliśmy w tym wszystkim uczestniczyć, nie angażując się politycznie po żadnej ze stron - wyjaśnia Zbyszek Ugielski.
Milicja rozpędzała tłum gazem łzawiącym. Po manife-stacjach Zbyszek z kumplami zbierał z ulic puszki, które nie wybuchły. Mieli znajomego - domorosłego pirotechnika - który przerabiał je na małe petardy z gazem łzawiącym. Nakrętkę po wódce wypełniał zawartością milicyjnych pocisków, dociskał wyjętym wcześniej denkiem i zagniatał brzeg. Dla draki wrzucali potem te wywołujące łzy petardy do radosnych peerelowskich dyskotek. Wspominają, jak po eksplozji w toalecie Domu Kultury Żuraw na ulice wyległa rozkaszlana grupka dziewczyn z umazanymi czarnym tuszem twarzami - poprawiany na zapleczu dyskoteki makijaż spłynął z nich razem ze łzami.
Zbyszek Ugielski był właścicielem jedynej w Lubinie płyty, "Never Mind the Bollocks, Here's the Sex Pistols" - muzycznej bomby z Wysp, która miała roznieść w proch zakłamaną mieszczańską kulturę. Słynął też z plastycznych talentów: przed wyjazdem do Jarocina miejscowe punki przychodziły do niego, by zrobił im napis lub rysunek na skórze.
- Ale z Krzyśkiem Janiszewskim woleliśmy bardziej awangardową muzykę: Malcolma McLarena, The Creatures, Danielle Dax, The Residents, Briana Eno i Talking Heads - wylicza Zbyszek Ugielski.
Z Krzyśkiem - uczniem szkoły muzycznej - zaprzyjaźnił się jeszcze w podstawówce. Od roku 1980 każde lato spędzali na festiwalu w Jarocinie, który w mrocznych czasach PRL-u przyciągał kolorową, subkulturową młodzież całego kraju. Jeździli też na inne imprezy: warszawskie Róbreggae, wrocławski Rock na Wyspie, do Brodnicy i na toruński przegląd nowej fali. W którymś momencie słuchanie muzyki przestało im wystarczać, więc spontanicznie powołali do życia własną kapelę.
Na początku grupa nazywała się Brak, ale szybko okazało się, że w Łodzi jest już taki punkowy zespół (założony przez Ziemowita Kosmowskiego, późniejszego lidera grupy Rendez-Vous). Żeby uniknąć pomyłek, szukali nowej nazwy.
- Ja powiedziałem "Mikrofony", Krzysiek dodał "Kaniony" i wyszły Mikrofony Kaniony - mówi Zbyszek Ugielski.
Podstawowe założenie było takie, żeby nie zostać kalką zachodnich zespołów, jak wiele grup, które oglądali w Jaroci-nie. To miała być oryginalna, własna muzyka, niepodobna do niczego, co wcześniej słyszeli: szalona i spontaniczna. Szybko zrezygnowali z gitar - hałasowały, zagłuszając subtelniejsze dźwięki. Ślepy los i zamiłowanie do wycieczek sprawiły resztę. Podczas jednego z rajdów kółka turystycznego, już w technikum górniczym, zobaczyli w sklepie muzycznym w Wałbrzychu dziwacznie poskręcane trąby enerdowskiej produkcji: helikonform i trompettę. Zbyszek wpadł w zachwyt. Uznał, że nadszedł czas, by spieniężyć urodzinowy prezent od państwa polskiego, i ku rozpaczy rodziny wymienił srebra "made in Vietnam" na instrumenty "made in DDR".
***
Skład Mikrofonów Kanionów nieustannie ewoluował. Jeszcze podczas pierwszych koncertów w 1984 roku zespół występował z gitarzystami Jankiem Makowieckim i Andrzejem Sołtysem. Potem okazało się, że ich instrumenty robią za wiele hałasu. Krzysiek Janiszewski walił w perkusję, aż w końcu - zastąpiony przez Lucjana Szymańskiego i Artura Szurleja - chwycił za saksofon.
Któregoś dnia Lutek przyprowadził na próby Jacka Gładzkiego, który odtąd obsługiwał ksylofon, trompettę, szałamaję i helikonform. W trąby dmuchali również Tomek Nowak z Darkiem Boreczkiem. Z Mikrofonami występował Oskar Kurowski na cymbałach i Marek Wysocki na marakasach. Nikt nie chciał grać na basie, więc Zbyszek Ugielski, jako lider grupy, wziął to na siebie. Śpiewał też własne teksty. Genialnie oddawały beznadzieję szaroburaczanej Polski lat osiemdziesiątych: "Popatrz, jak ziemniak wpieprzają stony/ mąż dla żony kupił opony/ potem sterany usiadł na słupie/ wypił piwo, wszystko ma w dupie/ odbiła mu się cebula/ wisi mu taka struktura" ("Burak").
- Te teksty bardziej opisywały rzeczywistość, niż z nią walczyły - mówi Jacek Gładzki. Peerelowska cenzura raczej się Mikrofonów nie czepiała, choć przed jednym z koncertów wyjątkowo przenikliwy pracownik Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk miał wątpliwości, czy sformułowanie o "czerwonej cebuli/ co się nazywa burak", nie jest aby zagrożeniem dla ustroju.
Ćwiczyli w piwnicy tzw. jamnika - długiego bloku przy ul. Niepodległości, gdzie mieszkał Zbyszek z rodzicami. Ściany okleili wytłaczankami do jajek, które zaprzyjaźniona z chłopakami Dorota Hawryszko zbierała od pracowników zakładów drobiarskich w Prochowicach. Nazwali to miejsce "Kiszone Węże". To tu na zwykłym kaseciaku zarejestrowano najlepsze nagrania w historii Mikrofonów Kanionów, niedawno przygotowane przez Roberta Jarosza z Archiwum Trasa W-Z i wydane na płycie przez wytwórnię W Moich Oczach.
Choć minęły 23 lata, piosenki lubinian brzmią zadziwiająco świeżo, a niektóre opisy PRL-u jako żywo przystają do rzeczywistości III lub IV RP : "Chłopcy, dziewczęta/ wczoraj sklepy/ dzisiaj na festynie/ jednakowe buty/ chodzą ostrożnie/ musztarda leży na trawie" ("Festyn").
- Najczęściej Zbyszek przychodził z gotowym tekstem i szkieletem muzyki na basie, a potem wspólnie dokładaliśmy do tego całą resztę - wspomina Jacek Gładzki.
Po internecie krąży czarno--biały filmik z tamtych czasów: nakręcony domowym sposobem teledysk do piose-nki "Chłopcy" ("Chłopcy grają w piwnicy/ nie śpią przez to mieszkańcy/ dzwonią, dzwonią dzwonki/ ale od milicji nie ma już pomocy").
- Pomysł był taki, że będziemy kopać piłkę na oślep i całym zespołem biec za nią przez miasto - opowiada Zbyszek Ugielski. - Kamera miała uchwycić, jak w końcu wybiegamy za Lubin i niby dociera-my za tą piłką do Legnicy. Z technicznych powodów to nie wyszło: kamerzyście taśma skończyła się na boisku Szkoły Podstawowej nr 4, więc teledysk kończy się strzałem do bramki. Nawiasem mówiąc, spudłowałem, choć w filmie wszyscy cieszą się i wiwatują, jakbym strzelił gola.
***
W 1985 roku Mikrofony Kaniony w trzyosobowym składzie ( jeszcze bez swoich trąbek - tylko Zbyszek na dziecięcych organach, Krzysiek na perkusji i gościnnie Kubeł z lubińskiej kapeli J-23 na basie) pojechały do Jarocina na kwalifikacje do festiwalu. W nocy zabalowali i stawili się na przesłuchania w ośrodku kultury mocno nietrzeźwi. W dodatku w trakcie libacji ukradziono Zbyszkowi buty i grałby na boso, gdyby jakiś Cygan nie podarował mu obciachowych pikolaków z siedmiocentymetrowym czubem.
Walter Chełstowski - legendarny szef legendarnego festiwalu - posłuchał i zgodził się wpuścić Mikrofony Kaniony najwyżej na Małą Scenę.
Przed jarocińską publicznością zagrali jednak dopiero rok później, na Dużej Scenie. Był 31 lipca 1986 roku. Genialny koncert.
Gdy wyszli z tym swoim tysiącem błyszczących trąb - kolorowi, zieloni, fioletowi; dziwni jak przybysze z kosmosu - usłyszeli gwizdy punkowców, po pierwszym kawałku ciszę i konsternację, a potem dwudziestotysięczny tłum już tańczył pod sceną i domagał się bisów. Okrzyki, oklaski, aplauz. Tego dnia nikt nie zebrał takich braw.
- Jak zeszliśmy ze sceny, dopadła nas grupa francuskich dziennikarzy. Pytali, ile płyt nagraliśmy - śmieje się Jacek Gładzki. - To był fantastyczny występ, byliśmy szczęśliwi. Organizatorzy festiwalu złamali dla nas reguły i wyjątkowo pozwolili zagrać na bis.
Mikrofony Kaniony znala-zły się w gronie 10 laureatów. Od razu posypały się zaproszenia do Warszawy, Łodzi, w sumie na kilkanaście koncertów w całej Polsce. Wywiad z zespołem wydrukował młodzieżowy tygodnik "Na przełaj", a Piotr Nagłowski - tłumacząc się "kronikarskim obowiązkiem" - z kąśliwym komentarzem puścił w radiowej "Trójce" cztery kawałki nagrane w Jarocinie.
***
- A potem wszystko się rozleciało - mówi Zbyszek Ugielski. - Ja zacząłem studia na ASP w Warszawie, Krzysiek przez rok waletował ze mną w aka-demiku, a potem wyjechał do Belgii.
- Graliśmy z Krzyśkiem standardy jazzowe na ulicy w Brukseli - dodaje Jacek Gładzki. - Ja na jakiś czas zamieszkałem w Berlinie. Coraz trudniej było skrzyknąć się, zrobić próbę, zagrać koncert. Spotykaliśmy się, ale to już nie było to.
Zbyszka Ugielskiego, spiritus movens Mikrofonów, pochłonęła druga obok muzyki pasja: plastyka. Jest grafikiem i malarzem, wielokrotnie nagradzanym twórcą animacji w technice noncamerowej. Spod jego ręki wyszły m.in. teledysk Mikrofonów Kanionów "Pengo", krótkie autopromocyjne filmiki Canal Plus i rysunkowe fragmenty filmu Krzysztofa Krauzego "Gry uliczne".
Zespół zniknął tak nagle, jak nagle się pojawił, ale nagrania z piwnicy "Kiszone Węże" i taśmy z Jarocina krążyły po Polsce, przegrywane przez fanów z kasety na kasetę. Nowe pokolenie zachwycało się zamieszczonymi na internetowym serwisie YouTube teledyskami zespołu sprzed 20 lat.
Kilka miesięcy temu Marek Zawadka - dyrektor Centrum Kultury Muza z Lubina - wpadł na pomysł zorganizowania koncertu, podczas którego młode lubińskie kapele wykonałyby piosenki Mikrofonów Kanionów. Z czasem okazało się, że Zbyszek, Krzysiek i Jacek nie wykluczają wyjścia na scenę z instrumentami.
- W sierpniu Krzysiek przyjechał na urlop do Polski, zaczęliśmy sobie razem we dwój-kę pogrywać - mówi Jacek Gładzki. - Okazało się, że doskonale wszystko pamiętamy. Zbyszek, który nie słyszał nas, był sceptycznie nastawiony. Dopiero jak do nas dołączył, dwa dni przed koncertem, przekonał się, że damy radę.
Z nowym perkusistą Maćkiem Kowalikiem (Pudelsi, PRL) zagrali na lubińskich Błoniach i odżyły emocje. Ludziom też się podobało. Niewykluczone, że będzie jakiś ciąg dalszy, bo Zbyszek Ugiel-ski pracuje w Warszawie nad nowymi piosenkami. Może wejdą do studia, aby zarejestrować zupełnie premierowy materiał.
- Byłoby fantastycznie - kiwa głową Jacek.
Po sierpniowym koncercie na lubińskich Błoniach jeden z muzyków, którzy wykonywali covery Mikrofonów Kanionów, pytał Zbyszka, co zażywał, kiedy pisał te piosenki.
- Nic. Wtedy było takie powietrze - odparł.