Wasze miasto szybko złapało mnie za serce

    Wasze miasto szybko złapało mnie za serce

    Martin Habčák

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Gdy po ośmiu godzinach jazdy pociągiem (wliczając w to dwie przesiadki) wysiadłem na wrocławskim Dworcu Głównym, czułem się jak Krzysztof Kolumb, który odkrywa nowe lądy. Mj przeciętny rodak Polskę zna bowiem słabo: Warszawa, Kraków, bazary w Nowym Targu. Do tego "Bolek i Lolek", cukierki "Krówki" i śmieszna, "sepleniąca" mowa.

    O tym, że istnieje Wrocław, słyszał mało kto. Nawet moja mama, która - choć wiele razy słyszała, że jadę do Wrocławia - wciąż pyta mnie, jak jest w tej Warszawie. Mimo to wybrałem właśnie stolicę Dolnego Śląska.

    Pierwsze zaskoczenie przyszło już na dworcu. W Bratysławie - moim rodzinnym mieście - dworzec kolejowy jest największym wstydem miasta.
    Słyszałem, że wrocławianie o swoim dworcu myślą podobnie. Moje wrażenie było jednak zupełnie inne: zobaczyłem majestatyczny, zapierający dech w piersiach budynek. Owszem, powinno się go wyremontować. Wtedy będzie prawdziwą dumą miasta.
    Niestety. W kasie międzynarodowej (jedynej!) nie ma nikogo, kto mówiłby chociaż po angielsku. Na szczęście rozumiem polski choć trochę.

    A jeśli chcę kupić bilet na przykład do Poznania? Jeśli się uda, z dwudziestu kas będzie otwarta może jedna, gdzie będę mógł zapłacić kartą. Jeśli się nie uda, po dwudziestu minutach czekania w kolejce usłyszę, że pomoc otrzymam w innej kasie, ewentualnie, że pracownicy mają przerwę.
    Ale jakoś sobie na dworcu poradziłem. Gorzej z podróżą po samym Wrocławiu. Naliczyć dokładną ilość monet do automatu z biletami, wsiąść do trzęsącego się tramwaju z ery Breżniewa i mieć nadzieję, że nie przymarznie mi tyłek do plastikowego siedzenia.
    Trochę zmarzłem. Dziwię się, bo w słowackich tramwajach pobierany przez maszynę prąd przetwarzany jest automatycznie też na ciepło.

    Oddzielnym rozdziałem są bilety. Ze zdziwieniem odkryłem, że we Wrocławiu, chcąc dotrzeć gdzieś tramwajem z przesiadką, muszę kupić dwa bilety. U nas coś takiego zniesiono jakieś dziesięć lat temu. W Bratysławie mogę kupić bilet czasowy: na godzinę lub kwadrans. I w tym czasie przesiadać się do woli.

    Nie mam samochodu, ale we Wrocławiu nie ma czego żałować. Bo stałbym w jednym, wielkim korku. Brak jakiejkolwiek obwodnicy wokół miasta da się w dzisiejszych czasach zakwalifikować jako zbrodnię przeciw ludzkości. Zwłaszcza że połowa ulic wyłożona jest kostkami brukowymi jeszcze sprzed drugiej wojny światowej. Co więcej, wiele z nich jest "ozdobionych" torami z tej samej ery. Coś podobnego widziałem tylko we Lwowie. Albo wrocławianie w ten sposób wykazują szczególny sentyment do tego miasta, albo nikt jeszcze władzom nie ogłosił tu, że istnieje asfalt. To drugie wyjaśniłoby brak obwodnic.

    Najlepszym rozwiązaniem we Wrocławiu jest mieć wszystko gdzieś i wsiąść na rower. Tego wam zazdroszczę. Co prawda, nie jest to jeszcze Amsterdam, ale jak na środkowoeuropejskie warunki jesteście daleko w przodzie. Jeśli to miasto, równe jak placek, nadal będzie inwestowało w drogi rowerowe, kiedyś i z Amsterdamem się zrówna.

    Być może go nawet wyprzedzi - bądź co bądź tam nie mają krasnali. Nobla temu, kto coś takiego wymyślił! Absolutnie więcej powinniście je promować i podsunąć turystom pod nos pomysł: "wypożycz rower i zwiedzaj miasto śladami krasnali". Japończycy ze swoimi kamerami będą wniebowzięci!

    Jeśli komuś się nie podobają krasnale, powinien zwiedzić Rynek. Jeśli nazwiemy Wrocław miastem spotkań, to Rynek absolutnie jest punktem spotkań. jednak dokładne określenie miejsca spotkania sprawia obcokrajowcowi spore trudności. Wszak ta przestrzeń jest większa niż cała nasza starówka.

    W pozostałej części centrum już nie jest tak cudownie. Szare, zdezelowane i często rozpadające się kamienice przypominają totalitarną Bratysławę lat osiemdziesiątych. Obok nich Rynek wygląda tylko jak imponująca mistyfikacja dla turystów, a szkoda. Niejeden się zastanawia, dlaczego po wojnie odbudowywano kamienice, skoro i tak pozwolono by się w ten sposób zniszczyły.

    Odskocznią od miejskiej szarości są liczne parki. Dlatego jeśli ktoś powie, że zazdrości wam zieleni, na pewno będzie mówił prawdę. U nas są może tylko trzy parki i w dodatku są zagrożone wszelkiego rodzaju wieżami oraz "plażami".

    Najbardziej lubię zdobiony śpiewem liturgicznym Ostrów Tumski wraz ze wspaniałym Ogrodem Botanicznym. Jest to jedno z miejsc, dla których warto żyć. Najpiękniej wygląda wieczorem, kiedy w blasku światła padającego z latarni można przejść na stylową Wyspę Słodową, z "sokiem w dłoni" i usiąść nad wodami Odry.

    Muszę przyznać, że mimo braków, to miasto złapało mnie za serce. I za nic nie chce puścić.

    Martin Habčák jest Słowakiem, studiuje w Czechach. Do Polski przyjechał w ramach programu Erasmus.

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      złapało za serce...

      tuszek (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 23 / 24

      Miło,że obcokrajowcy widzą to czego my nie widzimy.Tylko czy my widzimy dobrze?Ostatni artykuł z serii-Moja ulica- przedstawia ul.Damrota jako czysty i zadbany rejon Wrocławia. I TO PRAWDA! ,ale...rozwiń całość

      Miło,że obcokrajowcy widzą to czego my nie widzimy.Tylko czy my widzimy dobrze?Ostatni artykuł z serii-Moja ulica- przedstawia ul.Damrota jako czysty i zadbany rejon Wrocławia. I TO PRAWDA! ,ale prostopadłą do niej ul. Jedności Narodowej już jako zaniedbaną i brudną!!! Spieszę zauważyć,żę w3/4 ul Jedności to wyremontowana,piękna,dwupasmowa ulica,obsadzona zielenią!.O taki stan walczyła właśnie p.Anna Szczepińska,w urzędach zostawiła swoje zdrowie I co? I nic... idę na spacer.Pozdrawiam serdecznie.zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama