Nie o knedlikach

    Nie o knedlikach

    Krzysztof Kucharski

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Sąsiedzi po przyjacielsku zaprosili mnie na festiwal. Dokładnie na XV. rocznik Mezinarodni Prehlidky Divadlo Jednoho Herce.
    Gdyby ktoś przypadkowo nie rozumiał tego języka, to objaśniam, że był to piętnasty Międzynarodowy Przegląd Teatrów Jednego Aktora. Byłem w najdalej wysuniętym na zachód czeskim miasteczku Cheb w kraju karlowarskim, słynącym becherovką i słodkim przysmakiem, który nazywa się karlovarske oplatky. To duże i cienkie waflowe krążki o różnych smakach.

    Cheb jest miasteczkiem wielkości naszej Oleśnicy, tylko z historią dłuższą o jakieś sto lat. Stojący do dziś romański zamek w Chebie postawił sobie w roku 1180 książę Szwabii i król Niemiec Franciszek I Barbarossa. Oleśnicę miastem uczynił w roku 1255 wrocławski książę Henryk III Biały.

    Spacerowałem sobie po pięknym rynku, zaglądałem w różne zaułki i zastanawiałem się, dlaczego w tym starym czeskim miasteczku nikt nie maże bezmyślnie po ścianach jakimś sprayem, nie poniewierają się nigdzie puste puszki po piwie i opakowania po papierosach. Zamiast śmieci, łatwiej spotkać kwiaty.

    Zapytałem nawet oswojonego tubylca, jak wysoka jest kara za mazanie po ścianach. Odpowiedział mi pytaniem:
    - A dlaczego ktoś miałby niszczyć ściany? Tu są same stare domy. Ich remont drogo kosztował.
    Mieszkają tam 33 tysiące ludzi, a chlubą miasta jest Zapadnoceskie Divadlo v Chebu, gospodarz festiwalu. Rodowity prażanin, dyrektor teatru i festiwalu, Miloš Ruzicka, żartobliwie opowiada, że w stolicy Czech wyjazd do pracy w Cheb przez całe lata traktowano jak zsyłkę albo karę. Miloša znam od paru lat, bo przyjeżdża niemal co roku na Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Chebski festiwal odbywa się co dwa lata i ma sympatyczną, rodzinną atmosferę.
    A dlaczego ktoś miałby niszczyć ściany? Tu są stare domy.
    W skrócie tylko napiszę, że największe wrażenie zrobił na mnie spektakl młodej Rosjanki, Iriny Andrejevej, "Dubuk", wykorzystujący mity z różnych kultur. Świetnie wypadła jedyna reprezentantka naszego pięknego kraju Wioletta Komar ze słupskiego Teatru Rondo, która pokazała swój obsypany nagrodami spektakl "Przyj, dziewczyno, przyj" Tadeusza Różewicza. Czesi śmiali się tak samo jak Polacy dzięki naprawdę zgrabnemu tłumaczeniu Jerzego Drzewieckiego, wyświetlanemu z tyłu sceny. Nie była to prosta sprawa, bo Różewicz wspaniale bawi się słowem, słowa tworzy i cały czas ironizuje. Pada tam wiele nazwisk, także polskich. Po spektaklu okazało się, że Czesi nie znają naszych wspaniałych profesorów i językoznawców Jana Miodka i Jerzego Bralczyka. Wybaczyliśmy to południowym sąsiadom przy kuflu gambrinusa.

    Nasz wielki poeta i dramaturg nie był jedynym polskim autorem, bo czeska aktorka Jana Kabesova-Vojtkova sięgnęła po znakomity monodram "Jasiek" Andrzeja Maleszki, którego film "Magiczne drzewo" święci teraz triumfy w naszych kinach.

    Trzecią aktorką, która mnie porwała, była Diana Tonikova, obdarzona niebywałym temperamentem i poczuciem humoru, która podlicza Czechów i ten rachunek świetnie pasuje też do naszej dzisiejszej rzeczywistości. Spektakl "Maureen nie przestaje się dziwić albo irlandzkie tańce w czeskim kręgu" zobaczymy w przyszłym roku na WROSTJA.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama