Koniec szybkich sądów

    Koniec szybkich sądów

    Eliza Głowicka

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Miały być lekiem na całe zło. Nie zdały egzaminu.
    Sądy 24-godzinne, czyli tzw. szybkie sądy, to sztandarowy pomysł poprzedniego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Ich idea polega na tym, by sprawcy przestępstwa byli sądzeni i ukarani krótko po zdarzeniu, a nie po wielu miesiącach.

    Zajmowały się drobniejszymi przestępstwami, za które grozi kara do dwóch lat więzienia. Miały pomóc w zwalczaniu stadionowych bandytów, ulicznych chuliganów i pijanych kierowców. W trybie przyspieszonym miał być sądzony także ten, kto znieważy policjanta.

    Sprawca miał zapewnionego obrońcę z urzędu i nie mógł - choćby chciał - z niego zrezygnować.
    Teraz wszyscy przyznają, że szybkie sądy okazały się pomyłką. Ograniczyły się właściwie do karania pijanych rowerzystów złapanych głównie na wsi, więc złośliwi nazwali je sądami "rowerowymi".
    Wrocławskiemu sądowi nie udało się skazać w tym trybie chuliganów stadionowych. Dlaczego? Działają oni w dużej grupie, a policja na zebranie dowodów i przesłuchania ma tylko 48 godzin. Zatem skuteczność bliska zeru, a kłopoty dla policji i prokuratury - duże. Nic dziwnego, że we Wrocławiu sąd 24-godzinny praktycznie przestał działać.

    - W ciągu ostatnich paru miesięcy nie skierowaliśmy ani jednego wniosku o ukaranie do sądu w tym trybie - mówi nam nieoficjalnie szef jednej z wrocławskich prokuratur rejonowych.
    - Policjanci nie składają wniosków, a my się o nie nie dopominamy - potwierdza nam inny.
    W mniejszych miastach sądy 24-godzinne dogorywają.
    - Kierujemy tam nie więcej niż 10 spraw miesięcznie - potwierdza Dorota Brustman z prokuratury w Oleśnicy.

    Wystarczy zresztą porównać statystyki. W ciągu I półrocza 2008 roku na całym Dolnym Śląsku policjanci skierowali do prokuratury jedynie ok. 400 takich spraw, podczas gdy w II półroczu 2007 roku - aż 3708.
    Policjanci nie ukrywają, że dla nich szybkie sądy to prawdziwy koszmar.
    - To straszna strata czasu, energii i pieniędzy, wydanych na benzynę. Musieliśmy wozić pijanych od izby wytrzeźwień lub szpitala, potem do komendy, prokuratury, a w końcu do sądu. Nieraz po 100 km - opowiadają funkcjonariusze z Jeleniej Góry.

    Tajemnicą poliszynela jest, że policja nie korzysta z tego trybu, jeśli pijany kierowca nie spowodował kolizji czy wypadku.
    Po zmianie przepisów policjanci odetchną. A czy wydłużenie trybu pracy do 2 tygodni będzie korzystne dla sędziów?
    - Dla nas niewiele się zmieni, ale na pewno państwo zaoszczędzi na wydatkach. W wielu przypadkach adwokat był zupełnie zbędny, bo oskarżeni przyznawali się do winy - komentuje sędzia Bogusław Tocicki, rzecznik Sądu Okręgowego we Wrocławiu.

    Współpraca: BEŁ

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama