Krzyki w Parku Południowym

    Krzyki w Parku Południowym

    Leszek Niedzielski

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Lubię bardzo często, można powiedzieć: lubię codziennie, można powiedzieć: lubię codziennie w nocy, tuż przed północą, zaczaić się po cichutku, kiedy w domu już wszyscy śpią, usiąść pod ścianą z zegarkiem w ręku, i kiedy tylko sekundnik da mi znak, ciach! - zerwać kartkę z kalendarza.
    Wtedy rozglądam się dookoła i jestem dumny, że udało mi się bezkarnie przyłapać na gorącym uczynku na przykład niedzielę z poniedziałkiem, środę z czwartkiem lub, co ciekawsze, czwartek z piątkiem.

    Tak właśnie zaczaiłem się w jedną z ostatnich letnich nocy. Zawsze czekam, kiedy zegar ścienny uderzy dwanaście razy, a kiedy jeszcze nie śpię o pierwszej w nocy, to z niepokojem słucham, czy zegar się nie zatnie i nie uderzy trzynaście razy. Do tej pory jednak tak jeszcze się nie stało.

    I wspomnianej już ostatniej nocy, ledwo wybiła północ, zerwałem energicznie kartkę, patrzę i czytam takie zdanie: "Czy wiesz, że niektórzy geolodzy twierdzą, iż Morze Bałtyckie przestanie istnieć?".
    - Jak to?! - wykrzyknąłem i w tym momencie obudziłem całą rodzinę. - "Jak to?" - pomyślałem ciszej. - "Morze Bałtyckie przestanie istnieć? Przecież jeszcze w zeszłym roku opalałem się na sopockiej plaży, bez powodu, bez skutku, bezmyślnie, bo przecież opalanie się jest niezdrowe!".

    Jednak kiedy jąłem czytać dalej tę zerwaną kartkę z kalendarza, to się uciszyłem i ucieszyłem, bo przeczytałem, że owszem, Bałtyk przestanie istnieć, ale dopiero za kilkadziesiąt tysięcy lat, a przyczyną tego będą obserwowane przez geologów ruchy skorupy ziemskiej, a zwłaszcza podnoszenie się jej w tym rejonie.

    Odetchnąłem z ulgą i zacząłem uspokajać obudzonego i zapłakanego kilkuletniego wnuczka, tłumacząc mu, że nie ma obawy, że Morze Bałtyckie długo jeszcze będzie istnieć, że jeszcze nieraz tam pojedziemy, popływamy i się poopalamy, mimo że to niezdrowe. W końcu wnuczek mi przerwał i wyjaśnił, że właściwie nie o to chodzi, że, prawdę mówiąc, o Bałtyk się nie obawia, tylko chodzi o to, dlaczego ja mu mówię co innego, a sam robię co innego, to znaczy, dlaczego ja zabraniam mu wyrywać kartki z książek, a sam, w nocy, kiedy nikt nie widzi, robię to samo z dziką radością.
    Piszę o tym normalnie, siedząc na krześle, przy biurku, z długopisem w jednej i z komputerem w drugiej ręce.
    No i jak tu wytłumaczyć dziecku, że kalendarz ścienny jest jedyną książką, z której bezkarnie można, a nawet trzeba wyrywać kartki? Na drugi dzień, rano, kupiłem kilkanaście podobnych kalendarzy, tyle że wydanych dla oszczędności, w dobie kryzysu, w kwietniu. Do końca roku zostało jeszcze kilkadziesiąt dni, a wnuczek wykańcza już ósmy kalendarz. Rwie jak dentysta.

    Taką refleksją o wyrywaniu kartek z kalendarza dzielę się dziś z Czytelnikami "Polski-Gazety Wrocławskiej". Piszę o tym normalnie, siedząc na krześle, przy biurku, z długopisem w jednej i z komputerem w drugiej ręce. Mógłbym oczywiście przybrać inną pozycję i pisać na jednej nodze jak Hemingway, pisać przy zamkniętych okiennicach i przy świeczkach jak Dostojewski, pisać, leżąc na podłodze, jak Mark Twain, pisać jak Bolesław Prus, wąchając mocne perfumy, czy też jak Balzak, od północy do rana, trzymając bose stopy na kamiennej posadzce. Wszelako tak nie będę pisał.

    Z powodów obiektywnych. Przez jakiś czas być może. Dlatego dzisiaj żegnam się z żalem z Szanownymi Czytelnikami, dziękując za wyrozumiałe, cierpliwe i pobłażliwe traktowanie mojej pisaniny. I jak mówi mój wnuczek: Nara!

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama