Trucizna w centrum

    Trucizna w centrum

    Marcin Torz

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Wrocławianin dostał od szpitala cyjanek i arszenik.
    Sejf pełen niebezpiecznych substancji, m.in. z prawie kilogramem arszeniku, cyjankiem i rtęcią, przez pół roku stał na podwórku przy ulicy Skłodowskiej-Curie we Wrocławiu. Jego właściciel dopiero wczoraj otworzył szafę i poznał jej groźną zawartość. Natychmiast wezwał strażaków.

    Szafa pancerna z truciznami od sześciu miesięcy należała do Jerzego Grodzkiego, ślusarza prowadzącego zakład przy ul. Skłodowskiej-Curie. Był pewien, że w szafie nic nie ma. Dostał ją od pobliskiego szpitala.
    - Po prostu chcieli się tego pozbyć. Do sejfu nie było klucza i nie umieli go otworzyć - wspomina Grodzki. - Zapytali, czy chcę go zabrać. Zgodziłem się. Gdybym tego nie wziął, pewnie sejf wylądowałby na złomie - opowiada ślusarz. Pamięta jednak doskonale, że pracownicy szpitala zapewniali go, że sejf jest pusty.

    Szafa waży aż 1,5 tony, nie można jej więc było wnieść do zakładu. Pół roku stała na podwórzu.
    Niedawno znalazł się na nią kupiec. Poprosił jednak Grodzkiego, by otworzył szafę. Ślusarzowi zajęło to aż tydzień. Wczoraj wreszcie rozbroił zamki.
    - I poczułem straszny smród. A kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem słoiki. Wiele miało etykiety z napisem "trucizna". Zdębiałem, bo część była stłuczona - opowiada rzemieślnik.

    Strażacy, których natychmiast wezwał, nie kryli przerażenia. Gdyby trucizny trafiły w ręce szaleńca, we Wrocławiu doszłoby do niewyobrażalnej tragedii.
    - Gdyby dostały się np. do wodociągów, mogłyby zabić nawet 150 tysięcy osób! - oceniają strażacy.
    - Odpowiednio podany cyjanek zabija człowieka w kilka sekund - przyznaje Michał Szulmanowicz, wrocławski chemik.

    Jak to możliwe, że szpital w tak nieodpowiedzialny sposób pozbył się szafy pełnej niebezpiecznych substancji?
    Andrzej Zdeb, dyrektor Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 przy ul. Skłodowskiej-Curie, nie chciał z nami o tym rozmawiać. Zdenerwowany wyprosił nas z gabinetu.
    Ale konsekwencje zapowiada już profesor Ryszard Andrzejak, rektor Akademii Medycznej (to do tej uczelni należy szpital).
    - Jeśli rzeczywiście sejf został przekazany ślusarzowi przez pracowników szpitala, doszło do rażących naruszeń - mówi prof. Andrzejak. - Gdy tylko potwierdzę to, co się stało, zarządzę postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Winni poniosą surowe konsekwencje.

    Sprawę bada też policja.
    - Wyjaśniamy, kto jest odpowiedzialny za wydanie szafy pancernej z chemikaliami - mówi Magdalena Krauze z zespołu prasowego dolnośląskiej policji. - Na razie trudno określić, jakie i komu policja postawi zarzuty, bo nie wiemy jeszcze, jak ten czyn zostanie zakwalifikowany.

    Sprawą zajmie się również prokuratura.
    Chemikalia pochodziły sprzed około dziesięciu lat. Były też starsze, z napisami w języku rosyjskim. Część z nich służyła lekarzom ze szpitala do konserwacji zwłok i sporządzania preparatów.
    Trucizny zabrali wczoraj chemicy z Uniwersytetu Wrocławskiego. Mają je zabezpieczyć. Później przydadzą im się do doświadczeń.


    Ze znalezionych wczoraj chemikaliów najgroźniejszy jest cyjanek

    Cyjanek dostaje się do krwi np. gdy wypijemy skażoną wodę. W wyniku tego człowiek momentalnie się dusi. Śmierć następuje po kilku sekundach. Cyjanek świetnie rozpuszcza się w wodzie. Arszenik jest zupełnie inną trucizną. Aby był efektywny, to trzeba go podawać regularnie przez dłuższy okres. Podobnie jest z rtęcią.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama