Balanga w szpitalu

    Balanga w szpitalu

    Magdalena Kozioł

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Sanitariusz i ochroniarz mieli 1,5 prom. alkoholu. W takim stanie pracowali wśród małych dzieci.
    Sanitariusz i pracownik ochrony w Dolnośląskim Centrum Pediatrycznym im. Korczaka przy ul. Kasprowicza we Wrocławiu urządzili sobie w szpitalu alkoholową libację. Policję o skandalicznym zachowaniu mężczyzn zawiadomił jeden z rodziców, który odwiedzał tu swoje chore dziecko.
    - Widziałem, jak jeden z pracowników biegł ze sklepu z wódką do dyżurki. Widać było, że jest w stanie wskazującym - opowiada nam pan Adam, który chce zostać anonimowy.
    Zaniepokojony, że dzieje się to w placówce, która leczy dzieci, poszedł za sanitariuszem. W pomieszczeniu ochrony budynku siedział inny nietrzeźwy mężczyzna i dwie kobiety. Była sobota, tuż po godzinie 16.

    Pan Adam zadzwonił po policję. Potwierdza to Paweł Petrykowski, rzecznik komendanta wojewódzkiego.
    - Gdy policjanci przebadali mężczyzn, okazało się, że sanitariusz ma w wydychanym powietrzu 1,6 promila alkoholu, zaś ochroniarz 1,5 promila - mówi Petrykowski.
    Zaznacza jednak, że policja jeszcze nie postawiła mężczyznom żadnych zarzutów. Na razie trwa wyjaśnianie wszystkich okoliczności tego zdarzenia.
    - Nadal nie wiemy, czy obaj byli w pracy i czy na przykład sanitariusz miał kontakt z pacjentami i jego zachowanie mogło narazić ich na utratę zdrowia i życia - tłumaczy Petrykowski. W takim przypadku mężczyznom groziłyby trzy lata więzienia.
    Ale nie dość, że nieodpowiedzialni pracownicy nie usłyszeli dotąd zarzutów, to nadal pracują w szpitalu. Wczoraj zjawili się tam, jakby nic się nie wydarzyło.

    Wanda Poradowska-Jeszke, dyrektor Dolnośląskiego Centrum Pediatrycznego im. J. Korczaka, wyjaśnia, że to nie ona jest pracodawcą obu mężczyzn. Są zatrudnieni w wynajętej przez szpital firmie ochroniarskiej. Jakiej? Nie chce tego zdradzić.
    - To ta firma podejmie decyzję, co dalej stanie się z jej pracownikami - mówi Poradowska-Jeszke.
    Ale już zapowiada, że jako szef Dolnośląskiego Centrum Pediatrycznego nie zerwie z firmą umowy. Po pierwsze dlatego, że taki incydent zdarzył się po raz pierwszy. Po drugie, dyrektor nie widzi powodów, żeby od razu dyskwalifikować całą firmę.
    - Nie można ich skreślać natychmiast, kiedy raz przydarzy im się coś takiego - przekonuje dyrektor.

    Według szefowej szpitala, należy dać ludziom drugą szansę i przyjrzeć się, czy sytuacja się nie powtórzy.
    Poradowska-Jeszke tłumaczy, że kilka lat temu w jej szpitalu do pracy przyszedł pijany lekarz. Czerwoną kartkę dostał dopiero wtedy, kiedy po raz drugi złapano go po spożyciu alkoholu.
    Urząd marszałkowski, do którego należy szpital przy Kasprowicza, nie chciał wczoraj komentować skandalu i odpowiedzieć, jak zamierza postąpić w tej sytuacji.
    - Wydział zdrowia jest o niej poinformowany. Na razie czekamy na oficjalne wyjaśnienia ze strony szpitala - mówi Marta Libner-Zoniuk, rzecznik prasowy urzędu.

    Nietrzeźwi pracownicy służby zdrowia na Dolnym Śląsku nie należą do rzadkości. Na początku czerwca pracę stracili rozrywkowi pracownicy firmy Triomed, która woziła we Wrocławiu pacjentów na dializy. Zostali też ukarani finansowo. Powód? W karetce pogotowia pili piwo i palili papierosy.
    Prezes firmy Artur Kępa nie widział dla nich żadnej taryfy ulgowej i był wstrząśnięty ich zachowaniem. Tłumaczył, że choć pracownicy skończyli już pracę, to ich zachowanie było naganne i nie można go niczym usprawiedliwić.
    W kwietniu z pracy wyleciała też 51-letnia pediatra, która przyjmowała pacjentów w przychodni w Wołowie. O jej stanie policję poinformowali rodzice małych pacjentów. Kiedy kobietę przebadano alkomatem, okazało się, że ma ponad 2 promile alkoholu w wydychanym powietrzu.
    Funkcjonariusze ustalili wówczas, że podczas swojego dyżuru lekarka przyjęła w gabinecie przychodni kilkoro dzieci.

    Janusz Jerzak, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego przy ul. Koszarowej we Wrocławiu, przyznaje, że i u niego przyłapano pracownika po kieliszku. Natychmiast stracił etat.
    - Został zwolniony dyscyplinarnie, bez wypowiedzenia - mówi dyrektor Jerzak. - W przypadku, kiedy podobna sytuacja przydarzyłaby się pracownikom wynajętej przez szpital firmy, dyrektor może żądać, by jej szef wyciągnął wobec odpowiednich osób konsekwencje. A przynajmniej, by pijące w pracy alkohol osoby nie pojawiały się już w szpitalu - sugeruje.
    Podpowiada też, że dyrekcja może nałożyć na wynajętą firmę karę za niedotrzymanie warunków umowy albo złe wykonanie usługi.
    - Nie wiem, kto odpowiada za tą sytuację, ale nie może ona pozostać bez echa - mówi pan Adam, który przyłapał pracowników szpitala przy Kasprowicza na libacji. - Gdybym nie interweniował, mogło dojść do tragedii - denerwuje się wrocławianin.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama