Wiosna, pora warzyw?

    Wiosna, pora warzyw?

    Katarzyna Kaczorowska

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Takiego uderzenia dawno nie widziałam.
    Mocno, dobitnie, bez owijania w bawełnę i apelowania do rozsądku. Komenda Główna Policji ruszyła właśnie z kampanią społeczną, która ma sprawić, że kierowcy będą jeździć wolniej, że mniej ludzi będzie ginąć i mniej będzie kalekami.

    Dane przemawiające za taką kampanią mówią same za siebie - tylko od początku roku na tzw. ścigaczach, czyli bardzo szybkich motocyklach, zginęło 25 młodych ludzi. Jak zamierzają dotrzeć do nich policjanci i copywriterzy zaangażowani w kampanię? Jedno z haseł - "Idzie wiosna. Będą warzywa" i rysunek marchewki na motorze - nie pozostawiają cienia wątpliwości, że nie ma już ani czasu, ani miejsca na subtelności. To jest wręcz gwóźdź do trumny grzecznego napominania.

    Tak się zdarzyło, że w krótkim czasie byłam świadkiem dwóch tragicznych wypadków we Wrocławiu. Oba wydarzyły się na tej samej ulicy - ruchliwej, na której często słychać charakterystyczny świst pędzących motocykli.

    W jednym dziewczyna biegła do tramwaju. Na czerwonym świetle. Kiedy wysiadłam z tramwaju, który nagle stanął, i szłam wzdłuż torowiska, minęłam najpierw chłopaka, potem dziewczynę. Oboje byli przytomni, nad jednym i drugim pochylali się ratownicy. Karetki czekały w pogotowiu, by zawieźć ich do szpitali. Ale kiedy następnego dnia mijałam to miejsce, zobaczyłam płonące znicze. Przez głowę mi przemknęło "szkoda, byli tacy młodzi".

    Poczucie deja vu dopadło mnie kilka tygodni temu, na tej samej ulicy. Kiedy z okien autobusu miejskiego zobaczyłam światła karetki, pomyślałam "znowu". Na przystanku wsiadła grupka młodych ludzi. Zdenerwowani rozmawiali o wypadku, który widzieli.
    - No przecież mówiłem kretynowi, żeby tak nie jeździł. Zabić się chce? No normalnie facet bez wyobraźni. I jeszcze gadał, że jemu się nic nie stanie. I co? I gówno! Stało się - prawie krzyczał jeden z nich.

    Na poboczu jezdni leżał młody chłopak. Kilka metrów dalej motocykl. Ratownicy nie zwracali uwagi na tłum gapiów, którym chciało się w sobotni wieczór porzucić film w telewizji dla prawdziwego życia - w końcu kino nijak się ma do prawdziwej śmierci. Dzisiaj, kiedy mijam to miejsce, wciąż stoją tam znicze.

    Młodość ma swoje prawa. Ale właśnie dlatego, że te prawa ma, nie powinna trwać zbyt krótko, nie powinna kończyć się głupio.
    Czy policyjna kampania społeczna, w której wykorzystuje się potoczny język, w dodatku mało elegancki i niezbyt subtelny, szokuje?

    Mnie nie. W świecie, w którym wszystko dzieje się szybko, w tempie gry komputerowej czy teledysku, w którym toniemy w natłoku informacji, by przebić się przez ten szum, konieczny jest wstrząs. Takim wstrząsem na pewno była kampania mająca uświadomić Polakom problem przemocy domowej. Przemyślana, dobrze poprowadzona, która w dodatku do obiegowego języka wprowadziła na stałe swoje hasło: "bo zupa była za słona".

    I nawet jeśli czasem wykorzystujemy je w złośliwocynicznych rozmowach, to wierzę, że przynajmniej u części z nas wywołuje jakiś cień refleksji nad losem ofiar domowych katów.
    Bo grzeczny przekaz, pełen statystyk, liczb, opinii ekspertów, dociera do nas coraz rzadziej. By zmienić zachowanie, potrzebujemy bodźca, który wyrzuci nas z kolein.

    I mam nadzieję, że marchewka na motorze sprawi, że zwolnią. I w końcu zrozumieją, że życie - swoje i innych - jest tylko jedno. Po co palić znicze na poboczach polskich ulic?

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama